Filmowy tydzień (część II)

Przed Wami ciąg dalszy moich filmowych odkryć i przeżyć minionego tygodnia. Zapraszam serdecznie!

Blue Valentine – Nie wiem, jaki jest najsmutniejszy film, jaki w życiu widziałem. Pierwszym, który przychodzi mi do głowy jest Zostawić Las Vegas z Nicolasem Cage’em. Ale Blue Valentine byłoby w tej klasyfikacji wysoko. Bardzo wysoko. Film Dereka Cianfrance’a to wiarygodnie przedstawiona, przejmująca opowieść o miłości, której największą obok scenariusza zaletą są genialne kreacje Ryana Goslinga i Michelle Williams. Historia, w której cudowne, pełne szaleństwa i magii pierwsze chwile wspólnego życia pary głównych bohaterów przeplatają się z mającą miejsce kilka lat później agonią ich związku, potrafi poruszyć do głębi i zmusić do refleksji nad ludzką naturą, miłością i potęgą upływającego czasu. To film równocześnie subtelny i emocjonalnie brutalny; intymny do bólu i stąpający niebezpiecznie blisko obsceniczności. A przede wszystkim przerażający, bo to, o czym opowiada, dotyczyć może tak naprawdę każdego.

Shanghaj – Uwielbiam Johna Cusacka. Nie umiem tego wytłumaczyć – po prostu jest w gębie, głosie i ogólnym zachowaniu tego kolesia coś takiego, że automatycznie budzi we mnie sympatię. I choć zdarzają mu się role bardzo przeciętne, w bardzo przeciętnych filmach, ma na koncie parę obrazów (chociażby Tożsamość i Ława przysięgłych, oba z 2003 roku), które są dla mnie przykładem autentycznie świetnego kina. Na szczęście spotkanie z nieco bardziej pucułowatym Cusackiem w Shanghaju też wspominać będę ciepło – jest to bowiem film udany, który poszczycić się może wciągającym scenariuszem oraz świetnymi kreacjami aktorskimi (poza Cusackiem znany chociażby z Incepcji Ken Watanbe czy zjawiskowa Li Gong). Docenić wypada wspaniałą scenografię oraz zmyślnie odtworzony klimat Shanghaju u progu lat czterdziestych minionego wieku, pozytywne wrażenie zostawia po sobie też narracja sprawnie łącząca elementy filmu szpiegowskiego, wojennego, melodramatu i kryminału. Nie jest to może pozycja wybitna, ale z całą pewnością atrakcyjna i niegłupia.

1408 – kolejne w zestawieniu (choć, wierzcie lub nie, nie było to wcześniej zamierzone) wspólne dzieło Johna Cusacka i reżysera Mikaela Håfströma. Ekranizacja opowiadania Stephena Kinga pod tym samym tytułem opowiada o Mike’u Enslinie, człowieku, który żyje z pisania przewodników po rzekomo nawiedzonych miejscach. Kiedy dowiaduje się o istnieniu tajemniczego pokoju 1408 w nowojorskim hotelu Delfin, nie waha się zbyt długo. Mimo ostrzeżeń dyrektora hotelu, Enslin postanawia spędzić noc w tytułowym lokum. Czy to aby na pewno był dobry pomysł? Przekonajcie się sami. Film, jak na horror przystało, serwuje widzowi parę mrożących krew w żyłach momentów, a korzysta w tym celu z zasobu tricków znacznie obszerniejszego niż standardy regularnie pojawiające się w kinie grozy. Świetnie spisuje się Cusack, na którym spoczywa ciężar całego filmu – dzieło Håfströma to w dużej mierze teatr jednego aktora – choć obecny na początku Samuel L. Jackson też dodaje swoje bezcenne trzy grosze. W efekcie 1408 to, podobnie jak chociażby Lśnienie z Jackiem Nicholsonem, doskonały dowód na to, że prozę Kinga można przełożyć na język kina w sposób bardzo atrakcyjny i sugestywny. Trzeba tylko chcieć.

Serenity – obraz science fiction z 2005 roku. Dzieło Jossa Whedona, artysty odpowiedzialnego za kultowy dla niektórych serial Firefly, którego zresztą Serenity jest swoistą kontynuacją. Oto ludzkość sięgnęła gwiazd, a zawiązany przez planety centralne Sojusz narzucił drogą wojny swój system rządów i sposób myślenia wszystkim skolonizowanym światom. Na pokładzie tytułowego statku Serenity tuła się po świecie grupa najemników, którzy wcześniej walczyli przeciw rządowi centralnemu. Trudna rzeczywistość zmusza ich do poszukiwania często nielegalnych zleceń oraz lawirowania między przedstawicielami władzy a krwiożerczymi Łupieżcami. Nieoczekiwanie okazuje się, że tajemnicze ogniwo łączące Sojusz i Łupieżców tkwi w głowie jednego z członków załogi Serenity. A to tylko początek niespodzianek… Serenity to film science fiction, jakiego szukałem od dawna – o ile bowiem nie brakuje doskonałych obrazów w tej konwencji, z rewelacyjnymi efektami i ciekawymi pomysłami, o tyle rzadko który ma pewien dodatkowy atut: humor. Dzieło Whedona ma tę niecodzienną zaletę, że wprost kipi od zabawnych sytuacji i powiedzonek, a nie cierpi na tym klimat filmu: Serenity ani na moment nie zbliża się do absurdu czy parodii. Jeśli dodać do tego fenomenalnych bohaterów (z Malem na czele – jedną z najlepszych wariacji na temat archetypu kosmicznego kowboja od czasu Hana Solo), wiarygodną, ale nie przepakowaną scenografię i spójną historię, otrzymujemy film pierwszorzędny. Film, który z czystym sercem polecam wszystkim, nie tylko fanom sf.

Na dzisiaj to wszystko, do przeczytania wkrótce. Trzymajcie się ciepło!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Filmowy tydzień (część I)

Powiem wprost, co się będę krył: żona mi wyjechała na narty, a ja siedzę we Wrocławiu uwiązany szkołą i uczniami, jak pies łańcuchem. Za oknem pogoda taka, że tylko wbić się w pianki, nasmarować gębę jakimś tłustym kremidłem i szusować po alpejskich stokach, ale nic z tego – trzeba z uśmiechem na ustach nieść kaganek oświaty.

Nic to. We wszystkim trzeba się doszukiwać pozytywów. To i ja poszukałem i znalazłem – wolna chata, jak wiem już nie od dziś, sprzyja nadrabianiu filmowych zaległości. Szczególnie jeśli chodzi o produkcje, do obejrzenia których moja znacznie śliczniejsza i mądrzejsza połówka raczej by się nie paliła.

W efekcie parę ostatnich wieczorów zeszło mi na ślepieniu w ekran, z czego niniejszym się wyspowiadam, przy okazji to i owo rekomendując.

Kronika – świeżynka kinowa, opowiadająca historię trzech nastolatków, którzy w efekcie kontaktu z dziwną substancją odkrywają w sobie niezwykłe moce. Chłopcy stopniowo uczą się latać, poruszać przedmiotami za pomocą myśli, aż wkrótce wydaje się, że ich możliwości nie mają granic. Kim jednak jest superbohater bez superwroga… Opowieść, od samego początku niepokojąca, zmierza do widowiskowego, choć nieco przewidywalnego finału, a specyficzny klimat buduje w znacznej mierze sposób prowadzenia narracji – widz poznaje praktycznie całą historię za pośrednictwem amatorskiej kamery, z której non stop korzysta jeden z głównych bohaterów. Ciekawe rozwiązanie, choć mnie akurat ten sposób kręcenia na dłuższą metę zmęczył. Na plus wypada nienajgorsza historia i aktorzy, którzy doskonale pasują do roli szkolnych przeciętniaków, choć równocześnie mają w sobie coś charakterystycznego, dzięki czemu szybko zapadają w pamięć. No i dość banalny może, ale mi akurat trafiający do przekonania przekaz: że bardzo mało dzieli geniusza od szaleńca, a bohatera od złoczyńcy.

Projekt: Monster – film z 2008 roku, łączący elementy horroru i filmu katastroficznego. Zaczyna się niewinnie, od pożegnalnego przyjęcia wyprawionego dla faceta imieniem Rob, na którym poznajemy szóstkę głównych bohaterów i załapujemy się na imprezowy klimat. Film przypomina dość banalną obyczajówkę, gdy nagle gaśnie światło, a kilka kilometrów dalej potężna eksplozja wstrząsa Nowym Jorkiem. Moment później pojawia się TO. Jak nietrudno wywnioskować z tytułu – Potwór. I zaczyna totalną demolkę. Projekt: Monster nie jest może filmem najwyższych lotów, ale i do takowego miana nie aspiruje. Podobnie jak w przypadku Kroniki mamy tu akcję przedstawioną jako nagranie z amatorskiej kamery wideo, ale tutaj jakoś to tak nie drażni – wręcz przeciwnie, wzmaga atmosferę bezsilności i strachu, pozwalając przy okazji lepiej wczuć się w klimat. Otrzymujemy w efekcie wciągający spektakl destrukcji i obraz zmagań człowieka z siłami znacznie od niego potężniejszymi, okraszony niezłymi efektami specjalnymi, urodziwymi bohaterkami i przekonującą wyglądającym potworem. Czego chcieć więcej?

Terminator: Ocalenie – nakręcona w 2009 roku kontynuacja hitowej serii. W głównej roli już co prawda brakuje Schwarzeneggera, ale działający w tandemie Christian Bale i Sam Worthington całkiem nieźle to rekompensują. Czwarta część Terminatora, wyreżyserowana przez McG, człowieka znanego bodaj najbardziej za sprawą obu części Aniołków Charliego, to opowieść o jednym z przełomowych momentów w historii walki ludzi ze Skynetem i zbuntowanymi maszynami. Zalet film ma z całą pewnością przynajmniej kilka: świetne wrażenie robi sfera wizualna, bardzo klimatycznie i wiarygodnie wypada postapokaliptyczny świat, nieźle też prezentują się rozmaite modele siejących zniszczenie robotów. Jest też niezbędne w dobrym filmie akcji napięcie i parę fabularnych twistów – może i przewidywalnych, ale zawsze. Minusy są dwa: brak specyficznej charyzmy Schwarzeneggera oraz notorycznie szwankująca logika. I choć Terminator: Ocalenie jest filmem bardzo przyzwoitym, to na status obrazu kultowego nie ma najmniejszych szans.

Mój filmowy tydzień trwa. Co dalej? Na obejrzenie czekają między innymi Serenity, Spirited Away czy Let The Right One In. Relacji ciąg dalszy już wkrótce.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Recenzja “Smykałki do wojny” Jacka McDevitta

Stwierdzenie, że science fiction jest przeżytkiem i chodzącym trupem, który z wolna chowa się w niewielkiej, pozostawionej mu niszy, jest sporą przesadą. Wciąż powstają przecież atrakcyjne teksty w tej konwencji — czy to książki (chociażby Grillbar Galaktyka Kossakowskiej), czy filmy (Moon, Incepcja), czy wreszcie gry komputerowe (seria Mass Effect, zeszłoroczny Deus Ex: Human Revolution). Zasadnym wydaje się jednak spostrzeżenie, że czasy dominacji science fiction nad innymi gatunkami fantastyki minęły. Czy bezpowrotnie, to się dopiero okaże. Faktem natomiast jest, że w obliczu natarcia fantasy wraz ze wszystkimi tej konwencji pododmianami, fantastyka naukowa została zmuszona do swoistego odwrotu na z góry ustalone pozycje.

Jednym z twórców uparcie nie składających broni i z oddaniem piszących science fiction jest Jack McDevitt. Mimo że na rynku zaistniał jeszcze w latach osiemdziesiątych, jego utwory tak naprawdę zawędrowały do Polski dopiero parę lat temu. Dobrze się jednak stało, że dotarły w ogóle, bo inaczej pewnie nie zetknąłbym się ze Smykałką do wojny.

A warto. Oj, warto.

[Pełna recenzja dostępna na portalu unreal-fantasy.pl - zapraszam do lektury]

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

I znowu newsów garść…

Jakoś tak się ostatnio składa, że czas u wszystkich jest towarem deficytowym i nie jestem od tej reguły żadnym wyjątkiem. Dlatego też pozwolę sobie dzisiejszy wpis ograniczyć do paru najważniejszych newsów:

- Opowiadanie „Jean Paul Bonaparte”, które promuje mój Czas ognia, czas krwi, wylądowało w postaci darmowego e-booka na portalach Wydaje.pl oraz RW2010.pl. Jeśli ktoś jeszcze nie miał do czynienia z niezwykłym światem Filipa Saggo, zapraszam serdecznie do ściągania i lektury. Czeka Was ponad czterdzieści stron tekstu, a na nich wartka akcja, troszkę grozy, szczypta cierpkiego humoru, sporo magii (ujarzmionej i nie) oraz, mam nadzieję, wciągająca historia. Opowiadanie dostępne w formatach PDF, EPUB oraz MOBI, do wyboru, do koloru. Nic tylko brać i czytać.

- Na forum Science Fiction Fantasy i Horror rozpoczęła się kolejna edycja nieustającego konkursu szortowego. Zadanie, przeze mnie zresztą ułożone, jest następujące: trzeba napisać miniaturę (max. 3500 znaków ze spacjami) na temat „Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka” (ukłony w stronę Romka Pawlaka), zarejestrować się na forum i wysłać tegoż szorta w wiadomości prywatnej do mnie (mój nick forumowy to „downbylaw”). Wysłać trzeba najpóźniej do godziny 21:00 w niedzielę 12.02.2012, czasu więc zostało niedużo, ale i zadanie nie jest ponad siły, wszak 3500 znaków to nawet nie cała strona. Tych, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej, zapraszam TUTAJ. Aha, byłbym zapomnieł – każdy może nadesłać tylko jeden tekst!

- Coraz bliżej do premiery nowego magazynu zatytułowanego Coś na progu. Skojarzenia z Lovecraftem jak najbardziej trafne, jest to bowiem w założeniu wydawnictwo poświęcone przede wszystkim szeroko pojętej grozie, ale też kryminałowi i fantastyce jako takiej. Pierwszy numer, nieprzypadkowo orbitujący wokół postaci Samotnika z Providance, już wkrótce ma trafić do sprzedaży, na razie trzeba się zadowolić kolejnymi interesującymi wpisami na magazynowym blogu, na którego można wejść klikając TUTAJ. Coś na progu to pierwsze z szeregu przedsięwzięć powstającego we Wrocławiu wydawnictwa Dobre Historie. Zapowiada się pierwszorzędnie, zobaczymy jak ich kolejne pomysły. Śledzić poczynania młodych wydawców można na ich facebookowym profilu, czyli TUTAJ.

- Dla wszystkich piszących: śniegiem jakoś nam za oknem nie sypie, sypnęło natomiast w sieci ogłoszeniami o konkursach literackich. Dla każdego znajdzie się coś miłego: Secretum proponuje konkurs na opowiadanie w klimacie horroru lub dark fantasy (szczegóły TUTAJ), a portal kulturalny DużeKa szuka tekstów w innych konwencjach: fantastycznej, kryminalnej oraz romantycznej. Cóż rzec – dajcie się porwać wenie i do roboty!

Pozdrawiam, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Krótko i na temat

Nigdy nie czułem się pewnie w krótkich formach. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że do warsztatowej wirtuozerii mi daleko, a poczucie humoru mam, i owszem, ale teksty stricte zabawne to nie moja para kaloszy. A miniatura literacka, jeśli nie zaskoczy językowo ani nie rozbawi do łez, ma tylko jedną maleńką szansę na zyskanie sobie przychylności czytelnika: zaskoczenie go. Wiadomo jednak, że dobre pomysły nie grzyby, nie wyrastają po deszczu. Stąd i naprawdę fajnych miniatur jest jak na lekarstwo. I stąd też mój niedawny jeszcze brak entuzjazmu, gdy o taką twórczość idzie.

Od form krótkich, wszelkiego sortu miniatur i szortów, wolałem zawsze teksty nieco dłuższe. W opowiadaniu na dziesięć, piętnaście stron można pobawić się już w budowanie nastroju, opisy, sugestywne dialogi – wszystko to, co moim zdaniem czyni tekst atrakcyjnym. No i najważniejsze: można w nich przedstawić Historię przez duże H, a nie jakąś tam historyjkę z ćwierć twistem. Jeszcze jakiś czas temu uważałem, że o ile opowiadanie przypomina obraz, o tyle miniatura to odpowiednik szkicu. Rzecz szybka, czasem urokliwa, ale generalnie bez znaczenia.

Myliłem się, nie pierwszy raz zresztą.

Dopiero kiedy zacząłem próbować swoich sił w miniaturach, zrozumiałem, że sprawa wygląda zupełnie inaczej. Szort to nie szkic – to pełnoprawny obraz tyle że pomniejszony, zminiaturyzowany. Niekoniecznie gorszy, z całą pewnością inny. Dla autora trudniejszy, bo ograniczenia pod względem ilości słów czy znaków narzucają zwięzłość języka i maksymalne skondensowanie treści. No i pomysł – ileż naprawdę świetnych pomysłów da się wiarygodnie i sprawnie przedstawić na, dajmy na to, jednej kartce A4?

Ale jeśli już nam się powiedzie, jeśli połączymy w jedno dobry pomysł oraz możliwie intensywny język, gdzie każde słowo pojawia się w jakimś konkretnym celu – możemy osiągnąć rezultat przez swoją zwięzłość tym bardziej powalający.

Dla mnie przykładowo absolutną rewelacją jest mikroskopijny tekst Hemingwaya, który leci tak:

For sale: baby shoes, never worn.

Koniec, tyle. Sześć słów i pozamiatane. Pokłon mistrzowi i jedziemy dalej.

Niesamowite wrażenie zrobiły też na mnie swego czasu miniatury Dana Rhodesa zebrane w tomiku Anthropology and a Hundred Other Stories. Sto jeden tekstów, z których każdy liczy dokładnie sto jeden słów, a wszystkie mówią o miłości w sposób bardzo prosty, ale bardzo wiarygodny, łączący smutek i śmiech, gorzką ironię, absurd, dojrzały cynizm i szczenięcą radość. Świetna rzecz, szczególnie gdy czytana w całości. Poniżej wrzucam jedną z miniatur Rhodesa, do zapoznania się z paroma innymi zapraszam TUTAJ.

Face

My girlfriend is so pretty that I can’t get over it. Every week I celebrate the alignment of her features by parading a giant photograph of her lovely face around the town center. I’ve written the words “pretty face” on the picture’s border, and drawn an arrow to direct people’s attention toward it. It’s not bragging, because it’s her that’s the pretty one, not me. I’m going to parade every week for as long as she lets me be her boyfriend, and probably even longer. Nothing’s going to put me off, not even the shouts of “Had her” or “Been there.”

Dla mnie bomba.

Nie tylko anglosasi mają się czym pochwalić w tej materii. Na łamach SFFiH regularnie pojawiają się zestawy szortów, wśród których nierzadko można znaleźć coś naprawdę interesującego. Opublikowanym tam tekstem, który bodaj najbardziej zapadł mi w pamięć, jest „To nie jest już ten sam las, co niegdyś” Marka Ścieszka. Świetna rzecz, możecie znaleźć ten utwór na forum SFFiH, klikając TUTAJ. Numer 6 na liście to właśnie tekst Marka. Miodzio.

No i cóż, wypada przy okazji się pochwalić. Mój szort zatytułowany „Opowieść, którą znam tylko ja” wygrał ostatnio w głosowaniu na najlepszą miniaturę forum SFFiH w edycji zatytułowanej „To długa i skomplikowana historia”. Zapraszam do lektury TUTAJ, tekst numer 3 na liście. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.

To tyle rozważań na dziś, do przeczytania wkrótce. Trzymajcie się ciepło!

PS. Jeśli znacie jakieś dostępne na necie szorty, które naprawdę Wam się spodobały, rzućcie linkiem w komentarzu i podzielcie się z innymi dobrą literaturą :)

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , | 1 komentarz

Fantastyka na zimowe wieczory, czyli recenzja lutowego SFFiH

Ifryty chadzają parami. Zwycięskie ifryty, pozwolę sobie dodać. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie sięgając po najnowszy, lutowy numer Science Fiction Fantasy i Horror. Obok opowiadania Agnieszki Hałas, które zwyciężyło w konkursie Horyzonty Wyobraźni 2010, pojawia się tam bowiem także mój zdobywca pierwszego miejsca w Świetlnym Piórze 2011 – opowiadanie „Zabijając ptaki”. To już drugi raz, kiedy występujemy w tandemie, bowiem mojemu debiutowi na łamach SFFiH w numerze z lipca zeszłego roku także towarzyszył utwór Agnieszki.

Numer lutowy otwiera bardzo długie opowiadanie Romka Pawlaka, „Pusty ogród”. To niepowtarzalna wizja, w której elementy post-apokaliptyczne (świat w ruinie, kanibale, koczownicze życie na resztkach cywilizacji) łączą się z pomysłami rodem z klasycznego sf (obce humanoidalne gatunki, bramy do innych światów, podróże międzygwiezdne). Do tego doskonały warsztat, barwnie oddane postaci i zaskakujące zakończenie. Czego można chcieć więcej? Wątpliwości może ewentualnie budzić drobiazgowość, z jaką autor wprowadza czytelnika w ten nowy, niezwykły świat. Detali i pomysłów jest tyle, że starczyłoby na większą część pełnowymiarowej powieści, przez co w opowiadaniu – wyjątkowo długim, jak na standardy SFFiH – akcji wydaje się być stosunkowo niewiele. Nie zmienia to jednak faktu, że „Pusty ogród” jest z pewnością jednym z lepszych opowiadań, jakie zdarzyło mi się czytać w tym magazynie.

Tekst numer dwa lutowego numeru to moje „Zabijając ptaki”. Ocenę pozwolę sobie pominąć, nadmienię tylko, że jestem z tego opowiadania wciąż bardzo zadowolony, co rzadko mi się zdarza – przeważnie w rok po stworzeniu jakiegoś tekstu łapię się za głowę i zastanawiam, jak mogłem popełnić coś równie szkaradnego. A tu nie, wręcz przeciwnie, wciąż jest ok.

Po „Zabijając ptaki” przychodzi czas na króciutkiego „Podróżnika” Kingi Tomczak. To bardzo sympatyczny tekścik, który w zabawny sposób nawiązuje do fantastycznych stereotypów. Lektura nie dość, że przyjemna, to pouczająca – niejeden początkujący autor mógłby więcej się nauczyć, czytając to opowiadanie niż sięgając po poradnik kreatywnego pisania. Polecam.

Dalej czeka na czytelników wspomniana już „Córka Sztukmistrza” Agnieszki Hałas. Spodziewających się kolejnej przygody Krzyczącego w Ciemnościach czeka rozczarowanie – premierowy utwór Agnieszki zabiera czytelników do innego świata, w inne realia i do innych zupełnie bohaterów. Natomiast nie czeka rozczarowanie tych, którzy spodziewają się literatury najwyższej próby. „Córka sztukmistrza” to opowieść snuta ze zmysłem i bardzo starannie. Nie ma w niej porywającej akcji, jest za to stopniowe budowanie nastroju, pełny wdzięku opis realiów i specyficzna atmosfera rodem z baśni braci Grimm: niby trochę bajkowa, ale w rzeczywistości mroczna i ponura. Wrażenie zepsuł u mnie – w nieznacznym stopniu – finał, ale to już kwestia osobistych preferencji i literackich gustów, a nie rozwiązania zaproponowanego przez autorkę. „Córka sztukmistrza” to świetny kawałek literatury i zasłużony zwycięzca Horyzontów Wyobraźni 2010.

Anna E. Walczak, autorka przedostatniego opowiadania lutowego SFFiH, milczała dość długo. Jej „Kwestia przetrwania” z lipca 2010 była utworem bardzo dobrze napisanym, niestety odrobinę wtórnym. Przy „Bożowoli”, bo tak nazywa się tekst z bieżącego numeru, autorka idzie w tym samym kierunku. Otrzymujemy w efekcie bardzo umiejętnie opisaną historię małżeństwa, które nieopatrznie wybrało się na rajd przełajowy przez mało zaludnioną planetę. Burza zmusza ich do szukania gościny w stacji meteorologicznej zamieszkanej przez podejrzanego samotnika. Co będzie dalej, chyba zdradzać nie muszę, bo podobnych opowieść było już całe mnóstwo. Wykonanie na piątkę, ale niestety pomysł oklepany i wtórny do bólu, co szkodzi odbiorowi całości. Nie poprawia sytuacji zakończenie, którego praktycznie nic w warstwie fabularnej nie usprawiedliwia. Niestety, najlepszym tekstem numeru „Bożowola” z pewnością nie jest.

Im dalej, tym gorzej niestety. Ostatnie opowiadanie, „Judyta z Betulii” Marcela Głaza to historia również napisana warsztatowo poprawnie, ale tutaj kuleje już nie tylko pomysł, ale drażni też pompatyczny miejscami styl. Tekst jest za długi, brakuje porządnego twista, a zakończenie woła o pomstę do nieba. Szort byłby z tego przyzwoity, a tak? Nie przeczę, że ktoś w odpowiednim nastroju może znaleźć w tekście Głaza coś dla siebie – nie jest to wcale utwór słaby, ale w porównaniu do kawałków Pawlaka czy Hałas wypada zwyczajnie blado i mało przekonująco.

Mam niebywałe szczęście. Po raz drugi moje opowiadanie trafia do SFFiH i po raz drugi jest to numer stojący na bardzo wysokim poziomie. Zróżnicowany stylistycznie i warsztatowo, interesujący pod względem treści. Pozostaje mieć nadzieję, że przypadnie do gustu ogółowi czytelników i że znajdzie się wśród odbiorców ktoś, kto po przeczytaniu drugiego opowiadania uśmiechnie się uprzejmie i pokiwa z aprobatą głową.

Pozdrawiam serdecznie, do przeczytania wkrótce!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Feriowe różności :)

Praca nauczyciela ma swoje minusy, jak każda zresztą robota na świecie. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do ewentualnych wad belferskiej profesji, zachęcam do obejrzenia:

Ma jednak też parę niezaprzeczalnych zalet. Takich jak, przykładowo, dwa tygodnie ferii zimowych. Ferie to rzecz sympatyczna i dalece przydatna. Pozwala się zdystansować, odsapnąć od uczniów, lekcji, sprawdzania najrozmaitszych testów, uzupełniania dokumentacji i mnóstwa innych, mniej lub bardziej przykrych czynności składających się na nauczycielski chleb powszedni. Ponadto, jest okazją do nadrobienia mnóstwa zaległości. I tych towarzyskich, i zawodowych, i hobbistycznych.

W naszym województwie ten piękny dwutygodniowy okres laby powoli dobiega końca. Przydałoby się jakieś krótkie podsumowanie i rozliczenie siebie samego z tego, na ile ten czas wykorzystałem. Zobaczmy…

Doktorat. Jak leżał i kwiczał, tak leży i kwiczy, tyle że trochę mniej i jakby ciszej. Drugi rozdział zaczął się pisać… no dobra, sam nie zaczął, ja zacząłem go pisać, ale idzie mi mniej więcej tak szybko i sprawnie jak Schwarzeneggerowi wyciąganie przez nozdrza takiej czerwonej kuleczki na początku Pamięci Absolutnej. Kto widział, ten wie, o czym mówię. W każdym razie, nie polecam. Ale postęp jest. Kilkanaście stron machnięte, drugie tyle i rozdział się zamknie, kolejny krok (maleńki i dla człowieka, i dla ludzkości) zostanie uczyniony.

Opowiadanie miałem w planie machnąć jedno, niezbyt długie. Napisałem pół, ale chyba całkiem przyzwoite – to znaczy, że jak sam je czytam, to nie pukam się co rusz w głowę. Tymczasem składam kolejne fragmenty do wykorzystania przy drugim, finalnym zwiastunie mojej książki Czas ognia, czas krwi. Wydawca dał znać, że powinna ukazać się pod koniec marca, trzymajmy kciuki za brak kolejnych opóźnień. Tymczasem parę liczb napawających jako takim optymizmem – pierwszy zwiastun książki obejrzało na Youtube już blisko 350 osób, jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego uczynić, zapraszam do kliknięcia poniżej.

„Ostatni śnieg w roku”, moje opowiadanie, które trafiło na łamy ostatniego numeru Qfanta zostało już wyświetlone prawie 200 razy (do tego dochodzi jeszcze wersja PDF), a komentarze jakie dotychczas zebrało są dość entuzjastyczne, co też jest miłe i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ma to jak pozytywne wzmocnienie, żeby się tak uciec do terminologii metodycznej.

Na co jeszcze poświęciłem te blisko dwa tygodnie? Parę prób z zespołem, dwa koncerty (świetnie przyjęty występ w Łykendzie, na Łykend Promo Festiwal, oraz nie mniej przyjemne, choć nie tak tłumne AC/DC party w Mecie), jedna parodniowa choroba, kilka obejrzanych filmów (dwie części szwedzkiej wersji Millenium według Stiega Larssona, francuski Renaissance na podstawie komiksu Franka Millera, parę odcinków świetnej Kompanii Braci, na której w końcu udało mi się położyć łapki). No i wciągnięte parę bardzo przyzwoitych płyt, wśród których na szczególną uwagę zasługują dwie: SuperHeavy zespołu o tej samej nazwie oraz Don’t Explain duetu Beth Hart i Joe Bonamassa. O nich parę słów więcej poniżej:

SuperHeavy – supergrupa składająca się z takich gwiazd jak Mick Jagger, Joss Stone, Damian Marley, A.R. Rahman oraz David Stewart. Gdybym ich nie usłyszał, powiedziałbym, że to się nie może udać. A jednak udaje się. Nie przypadnie do gustu każdemu, ale z pewnością zasługuje na uwagę – chociażby ze względu na genialną produkcję i świetne aranże, które nawet po piątym czy szóstym przesłuchaniu wciąż odkrywają przed słuchaczem nowe smaczki i detale, na które wcześniej nie zwrócił uwagi. Do tego rewelacyjne wokale (Joss Stone miażdży, Jagger zachwyca świetną formą, Marley rozwala swobodą i ogólnym luzem). Generalnie SuperHeavy to taki dziwny misz-masz, który mi wyjątkowo przypadł do gustu. Chcecie próbkę? Posłuchajcie:

Beth Hart & Joe Bonamassa – co może wyjść z połączenia sił przez gitarzystę uważanego przez wielu za bluesmana nr 1 XXI wieku oraz wokalistkę regularnie porównywaną z legendarną Janis Joplin? Mogło wyjść wszystko, od klapy po majstersztyk, wyszło natomiast bardzo smaczne danie osadzone mocno w tradycyjnym bluesie. Hart zachwyca drapieżnym głosem, Bonamassa tymczasem pokazuje nieco inne oblicze – gitarzysty pozbawionego ego, umiejącego pozostać w tle i bardzo subtelnie rozbudowywać kolejne utwory o partie gitary. W przeciwieństwie do jego solowych dokonań czy nagrań z Black Country Communion, na Don’t Explain gitara stanowi tylko dodatek do głosu Hart, ale dodatek, bez którego płyta byłaby znacznie uboższa. Kolaboracja Hart i Bonamassy to 10 pięknych bluesowych standardów podanych ze zmysłem i pasją, w których znajdzie coś dla siebie nie tylko fan dwunastotaktowców. Dla niedowiarków przykład poniżej:

 

Na razie to wszystko. Przede mną jeszcze weekend, a później powrót do szkolnej rzeczywistości. Oby bezbolesny. Tymczasem żegnam i życzę, abyście też znaleźli parę chwil, aby tej zimy odpocząć i załapać nieco dystansu do tego, co robicie na co dzień.

Trzymajcie się ciepło!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | 3 komentarzy