Odkrycia maja

Robert Galbraith, Żniwa zła – Kiedy J.K. Rowling kończyła serię spod znaku Harry’ego Pottera, nie brakowało tych, którzy wieścili jej koniec pisarskiej kariery. Jedni sądzili, że autorka odpuści kompletnie i będzie sobie bimbała, ciesząc się milionami na koncie; inni podejrzewali, że spróbuje wypuścić kolejną serię fantasy, która zawiedzie wszelkie oczekiwania, będąc ni mniej ni więcej tylko wariacją na ograny już temat. Tymczasem Rowling DAJE CZADU. Pomijając znakomity (choć kompletnie od HP inny i znacznie trudniejszy) Trafny wybór oraz scenariusz doskonałych moim zdaniem Fantastycznych zwierząt…, jako Robert Galbraith popełniła już trzy części kryminalnej serii z duetem Cormoran Strike i Robin Ellacott w roli głównej. I wszystkie trzy są bardzo, bardzo dobre. Tom trzeci, Żniwa zła, zaczyna się niemal sielsko: po dwóch nagłośnionych sprawach agencja detektywistyczna Strike’a jest rozchwytywana, Robin szykuje się do ślubu, a sam Strike ma nową, zjawiskowo piękną dziewczynę. Wkrótce jednak sprawy poważnie się komplikują – przysłana do biura, ale zaadresowana do Robin paczka okazuje się zawierać odciętą nogę. Co więcej, różne ślady sugerują, że sprawca tego niecodziennego czynu pała osobistą urazą do Strike’a i zrobi wszystko, by skrajnie uprzykrzyć mu życie, a potem go zniszczyć. Detektyw będzie zmuszony sięgnąć do swojej przeszłości i odnaleźć w niej osobę, którą prasa nie bez powodu nazwie kolejnym Kubą Rozpruwaczem. Żniwa zła oferują mniej więcej to samo, co dwa wcześniejsze tomy cyklu:  bardzo dobry styl, umiejętnie prowadzoną narrację, ciekawe postaci i wiarygodnie zarysowane relacje między nimi. Zagadka, z którą zmaga się Strike – a wraz z nim i czytelnicy – jest wciągająca i satysfakcjonująca, a po przeczytaniu całości trzeba przyznać Rowling, że przy konstruowaniu intrygi odwaliła kawał pracy iście koronkowej, wymagającej olbrzymiej precyzji i zastanowienia. W sumie otrzymujemy książkę, która na miejsce w kanonie literatury pięknej niestety nie ma co liczyć, ale jest przykładem perfekcyjnie napisanej powieści gatunkowej.

Mapa Cieni (antologia) – Mapa Cieni to rzecz dziwna. Powodów jest kilka. Po pierwsze, to jedyna znana mi antologia, w której reportaże łączone są z opowiadaniami, a jakby tego było mało – owe opowiadanie są inspirowane lub bezpośrednio powiązane z miejscami przedstawionymi w rzeczonych reportażach właśnie. Po drugie, to książka, wokół której zrobiło się swego czasu sporo medialnego szumu, a jednak znalezienie rzetelnego wydawcy, który dociągnąłby sprawę do mety, trwało bardzo, bardzo długo. Po trzecie, to książka, która ma gigantyczny potencjał marketingowy (chociażby na rynku lokalnym, w Małopolsce, a przede wszystkim w Krakowie), a z którego wydaje się, że nikt nie robi użytku. Ale po kolei. Mapa Cieni to dziecko przede wszystkim dwóch osób: Michała Stonawskiego i Krzysztofa Bilińskiego. Ci dwaj panowie nie tylko odwiedzili szereg rzekomo nawiedzonych miejsc w Krakowie i jego najbliższych okolicach, ale namówili też grupę autorów z polskiego grozowego poletka do popełnienia związanych z nimi tekstów. W efekcie na Mapę Cieni składa się 15 reportaży i 15 opowiadań. Reportaże są napisane dobrze, ze smakiem i pomysłem – Michał Stonawski, który jest autorem wszystkich, spisał się znakomicie, szczególnie jak na tak młodego autora. Jeśli czegoś mi w tych reportażach zabrakło, to chwilami nieco więcej gotowości naszych dwóch domorosłych detektywów do grzebania za informacjami, więcej żarliwości w dochodzeniu prawdy – mam wrażenie, że zbyt łatwo odpuszczali, zbyt łatwo poddawali się i poprzestawali na informacjach łatwo dostępnych. Gdyby troszkę bardziej się wysilili, może mielibyśmy do czynienia z perełkami, a tak reportaże prezentują się po prostu dobrze. A opowiadania? Tu niestety jest różnie. Naprawdę atrakcyjnych, świeżych pomysłów raczej tu nie uświadczymy, ale umówmy się, że w horrorze oryginalność jest często niepotrzebnym zbytkiem. Szalenie ważny jest natomiast styl, umiejętność budowania napięcia albo konstruowania scen, które wpiją się w mózg jadowitymi kłami i na dłuższy czas zatrują nam sny. Tym pochwalić się niestety mogą tylko niektóre z tekstów opublikowanych w Mapie Cieni. Bank rozbija Aleksandra Zielińska – ujmuje stylem, trzyma czytelnika za mordę, na każdym kroku pokazuje, że doskonale czuje swoją opowieść. Michał Stonawski też staje na wysokości zadania: oferuje tekst krótki, ale niesłychanie zgrabny i z kilkoma smakowitymi detalami. Łukasz Radecki zapada w pamięć swoją „Bielą” – zarówno pod względem pomysłu, jak i wykonania. A reszta? Napisana poprawnie i czytana bez bólu, ale też nie zostaje na dłużej w czerepie, nie kołacze się pod czaszką ponurymi obrazami ani niepokojącymi myślami. No i są dwa opowiadania, które zwyczajnie mnie zmęczyły, nie dając niestety nic w zamian – pozwolę sobie przemilczeć które. To jak w sumie jest z tą Mapą Cieni? Warto? Nie warto? Fanom grozy oraz osobom rozmiłowanym w smakowitych tajemnicach Krakowa i okolic polecam. Wobec innych poprzestanę na tym, że nie będę odradzał.

Black Mirror (sezon 3) – Serial produkowany pierwotnie przez brytyjski Channel 4 trafił od trzeciego sezonu pod skrzydła Netflixa. Byli z pewnością tacy, którzy obawiali się, jakie to pociągnie za sobą zmiany, ale spieszę uspokoić czarnowidzów – jest dobrze. Black Mirror to dalej to samo smakowite danie: błyskotliwy i nierzadko mroczny serial w formacie antologii (każdy odcinek opowiada autonomiczną historię, posiada właściwych sobie bohaterów i swój własny świat przedstawiony), gdzie wspólnym mianownikiem poszczególnych epizodów jest wpływ technologii na ludzkie życie. Podobnie jak w przypadku poprzednich sezonów mamy tu do czynienia z science fiction bardzo bliskiego zasięgu (czyt. zaawansowanie technologiczne znajduje się na obecnym albo tylko nieznacznie wyższym poziomie). A same historie, poruszane problemy? Cudownie różnorodne. Jest wariacja na temat życia po życiu, jest krytyka kierunku, w jakim zmierzają media społecznościowe. Pojawiają się wątki technologii użytej do ochrony środowiska, prowadzenia działań militarnych czy dostarczenia rozrywki. Jest odcinek o zabarwieniu stricte obyczajowym, są dwa dreszczowce, jest epizod na wpół wojenny. Jest też horror, jest wreszcie stosunkowo pogodny, momentami wręcz ocierający się o komedię „San Junipero”. A wszystko to opowiedziane z niesłychanym smakiem, pomysłowo, do tego bardzo dobrze skonstruowane, zagrane, wyreżyserowane. Ja osobiście nie mam żadnych zastrzeżeń i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki.

Deep Purple, Infinite & The Long Goodbye Tour – Zespoły rockowe, które powstały w latach 60-tych czy 70-tych i dochrapały się statusu gwiazd można w gruncie rzeczy podzielić na trzy grupy. Pierwsza to te, które z jakichś względów zgasły u szczytu sławy i na zawsze zachowają status ikon – vide Led Zeppelin. Druga to zespoły, które przez kolejne dekady odcinają kupony od dawnej sławy, w jakimś tam stopniu niezdolne albo i niechętne do zdyskontowania niegdysiejszych sukcesów – tu można by przywołać chociażby The Who, którzy choć raz po raz jeżdżą w trasy, na przestrzeni ostatnich 35 lat wypuścili jedną płytę. Jest i trzecia grupa – ci, którzy nie składają broni, tylko uparcie robią swoje, nagrywają nowe albumy, jeżdżą w trasy. Do tej ostatniej kategorii należą panowie z Deep Purple, jednej z moich absolutnie najulubieńszych kapel wszechczasów.  Na szczęście, bowiem ten kwintet ma do zaoferowania nie tylko wielkie doświadczenie, ale też wyśmienite pomysły, wirtuozerskie umiejętności i niegasnącą a przebijającą spod każdego dźwięku miłość do tego, co robią. Ich najnowsza – a zarazem, jeśli wierzyć plotkom, ostatnia – płyta pt. Infinite może się pochwalić wszystkim tym, co u Purpli najlepsze. Mamy tu nieoczywiste, ale wpadające w ucho kompozycje, piękne brzmienie, a także solówki zagrane nie tylko ze stosownym dla wieku wyczuciem i kunsztem, ale też z całkiem młodzieńczą werwą. Ian Gillan, mimo 71 lat na karku, brzmi znakomicie, a na płycie serwuje nam – moim skromnym zdaniem – najlepsze linie od czasu płyty Bananas z 2003 roku. W ogóle cały zespół brzmi świetnie: spójnie, naturalnie, żywo. Muzycy grają z niesłychanym wyczuciem: nie wchodzą sobie w paradę, ale nawzajem komplementują i uzupełniają swoje popisy, przez co wszystko chodzi jak w zegarku i robi autentycznie niesamowite wrażenie. Polecam wszystkim miłośnikom klasycznego rocka i nie tylko.

Płyta to jednak ledwie połowa sukcesu; wiadomo przecież, że zdolny producent i odpowiednia porcja mamony potrafią sprawić, że nawet przeciętny zespół zabrzmi bardzo dobrze (z jakichś względów nie sprawdza się to w przypadku Metalliki, ale może w ten akurat temat się nie zagłębiajmy). Miałem przyjemność posłuchać Deep Purple na ich majowym koncercie w łódzkiej Atlas Arenie i wyszedłem zmiażdżony. Oczywiście, możliwość usłyszenia ukochanych utworów na żywo na pewno jest gigantycznym plusem i wpływa na odbiór całości – ale to nie wszystko. Purple zachwycili brzmieniem (wszystko słychać było znakomicie), fenomenalną formą (cały wypakowany niełatwymi przecież numerami set zagrali praktycznie bez zająknięcia), brawurowymi popisami i energią, której pozazdrościć mogliby im wykonawcy o połowę młodsi. Ian Gillan, fakt, zmieniał niektóre partie (ale, do diabła, mało który wokal znajdujący się obecnie w pełni sił uciągnie partie Gillana napisane przez niego w młodości, a co dopiero podobny dinozaur) ale nie fałszował,  a sposób, w jaki poradził sobie z otwarciem koncertu zrobił na mnie gigantyczne wrażenie (trzy numery – „Time for Bedlam” z ostatniego krążka i potem klasyki „Fireball” oraz „Bloodsucker” – chłopaki zagrali właściwie zlane w jeden, bez najmniejszej przerwy na złapanie oddechu). W sumie był to jeden z najlepszych  koncertów, na których gościłem, i opuszczając Łódź miałem mieszane odczucia: z jednej strony byłem szczęśliwy, że to doświadczenie mnie nie ominęło, z drugiej z jeszcze większym bólem zdałem sobie sprawę z tego, jak wielką pustkę pozostawią po sobie Purple, kiedy zakończą karierę.

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia kwietnia

Christopher Priest, Odwrócony świat – Do tej pory książki wydawane przez Maga w seriach Uczta Wyobraźni i Artefakty darzyłem olbrzymią estymą i żyłem w przekonaniu, że czegokolwiek nie chwycę, trafię na rzecz cenną. Nie zawsze łatwą w odbiorze – przykładowo Welin Duncana męczyłem i męczyłem, ale było to męczenie bardzo satysfakcjonujące – ale obiektywnie wartościową. A tu niestety spotkało mnie rozczarowanie. Zaczyna się, przyznaję, bardzo obiecująco: oto dostajemy miasto poruszające się po nieustannie przestawianych torach i uciekające przed nieokreśloną zagładą, do tego zmagające się z licznymi problemami. Rewelacyjny koncept, a kolejne informacje uzyskujemy powoli, w miarę jak zdobywa je przechodzący szkolenie główny bohater. A potem… potem zaczyna się – moim skromnym zdaniem – wielkie nic. Autor, nie chcąc przedwcześnie zdradzić finałowego twistu, skąpi informacji o świecie, przez co ten wydaje się nieprzemyślany, pozbawiony głębi i charakteru. Sam finał natomiast… cóż, nie posiadam wiedzy naukowej, żeby móc dyskutować z konceptem Priesta, ale dla mnie jest ten finisz ociupinę nazbyt naciągany, zanadto kojarzy się z nachalnym deus ex machina… choć to może tylko mój problem. W każdym razie jestem zdania, że Odwrócony świat to materiał na długie opowiadanie, niepotrzebnie rozdmuchany do rozmiarów powieści, tym bardziej że Priest pisze sucho i prosto, na żadnym etapie nie zachwyca stylem. W efekcie pomysł, który mógłby dać owoce w postaci, powiedzmy, znakomitej noweli, przyjmuje formę przyzwoitej, ale nie rewelacyjnej powieści. Przeczytać można, ale musu nie ma.

Roger Zelazny, Dziewięciu Książąt Amberu – Przyznaję się na wstępie: to moje pierwsze starcie z Amberem. Czytałem wcześniej inne rzeczy Zelaznego, ale Kroniki Amberu jakoś mnie omijały. I może winny jest właśnie fakt, że nie załapałem się na tę książkę w wieku lat dwunastu czy trzynastu, ale teraz daleko mi do zachwytów. Podobnie jak w przypadku wspomnianego wyżej Odwróconego świata, początek jest obiecujący. Jest główny bohater z amnezją, jest szereg tajemnic czekających na rozwikłanie. Jest minimalistyczna, ale klimatyczna narracja, a także sprytnie poprowadzone dialogi, w których protagonista stara się nie zdradzić przed otaczającymi go postaciami ze swoją daleko idącą ignorancją. W pewnym momencie jednak akcja przyspiesza na łeb na szyję. Postacie przeskakują z lokacji w lokację, a opisy tychże są tak szczątkowe, jakby autorowi brakło wyobraźni albo zwyczajnie nie starczyło chęci do klepania w przyciski maszyny do pisania. Jednak największym problemem pierwszego tomu Amberu nie jest ani ta skrajna lakoniczność, ani pędząca na złamanie karku fabuła – jest nim fakt, że główny bohater nie wzbudza żadnych uczuć. Nie jest ani uroczym łotrem, ani szlachetnym naiwniakiem, ani nawet do cna zepsutym sukinsynem – jest pozbawioną charakteru wydmuszką, podobnie zresztą jak jego liczni bracia i szereg innych postaci. A fabularny motor – walka o tron – kompletnie do mnie nie trafia, gdy jest tylko tym i niczym więcej, bez żadnego drugiego dna, bez głębszych motywacji, pragnień, strachów i marzeń. Mogłaby równie dobrze być walką o diamentową marchewkę albo złote kalesony i wzbudzałaby we mnie równie wiele emocji. Podsumowując – jestem tym pierwszym amberowym tomikiem dalece rozczarowany i chyba po ciąg dalszy nie sięgnę. I niby rozumiem, że to staroć, że rok 1970, że wtedy jeszcze w zasadzie mało kto wiedział, jak pisać fantasy… ale jednak w porównaniu z takim Czarnoksiężnikiem z Archipelagu Le Guin (1968) książeczka Zelaznego odpada w przedbiegach.

Rainbow Rowell, Eleanor & Park – To teraz dla odmiany coś, co okazało się pozytywnym zaskoczeniem. Eleanor & Park to młodzieżówka autorstwa Rainbow Rowell. Wydana została w roku 2013, ale jej akcja toczy się w roku 1986 – w czasach, kiedy komiksy odżywały jako medium za sprawą Franka Millera i Alana Moore’a, a na scenie muzycznej tryumfy święcili The Smiths i U2 (choć to drugie akurat jakoś w niewielkim stopniu uległo zmianie na przestrzeni tych 30 lat z okładem). Wspominam o tym nieprzypadkowo, ponieważ właśnie komiksy i muzyka stanowią ważną część tej książki oraz płaszczyznę porozumienia między parą tytułowych bohaterów, na pierwszy rzut oka zupełnie od siebie odmiennych. Ona to duża dziewczyna z zauważalną nadwagą, zamiłowaniem do niespasowanych, dziwacznych kombinacji ubrań oraz fatalną sytuacją rodzinną. On to drobnej budowy syn Amerykanina i Koreanki, który ma ładny dom, dobrze sytuowanych rodziców, a po lekcjach ćwiczy taekwondo. Dzieli ich praktycznie wszystko, a połączy… no dobra, wiadomo że to jest młodzieżówka, wiadomo więc, w jakim kierunku to zmierza. Ale – w przypadku tej książki sęk tkwi nie w tym „co”, ale „jak”. Ta konkretna historia miłosna pary nastolatków ma szereg zalet. Po pierwsze pokazuje relację zmieniającą się powoli, kroczek po kroczku, bardzo wiarygodnie i naturalnie – nie mamy tutaj bajkowej miłości od pierwszego wejrzenia i podobnych bzdurek. Po drugie nie mamy tu tak typowych dla prozy młodzieżowej uproszczeń. Problemy, z którymi stykają się bohaterowie, są boleśnie realne i nie da się dla nich znaleźć prostych, natychmiastowych rozwiązań. Jeśli dodać do tego szczyptę humoru, nawiązania do komiksów i muzyki oraz stosowane przez autorkę narracyjne tricki, proste ale całkiem efektowne, otrzymujemy w rezultacie kawałek bardzo przyjemnej i satysfakcjonującej prozy.

PS. Książka ta została przetłumaczona na polski, ale nie mam pojęcia, na ile został w niej zachowany prosty, ale w swojej prostocie urokliwy styl Rowell. Ja miałem do czynienia z wersją angielską.

PS II. Jeśli przyjdzie Wam do głowy – tak jak niżej podpisanemu – sięgnąć po anglojęzycznego audiobooka tej książki, nastawcie się na dużo szeptania. Czyli albo nie słuchajcie jej w rozklekotanych autobusach, albo zaopatrzcie się w naprawdę dobre słuchawki 🙂

Sherlock, sezon 4 – Kiedy przed kilku laty obejrzałem pierwszy odcinek Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem, byłem zachwycony. Podobały mi się postaci, uwspółcześnione i atrakcyjnie przetworzone motywy z książek Doyle’a, fenomenalna atmosfera i błyskotliwe dialogi. No a gdy jeszcze doszedł absolutnie genialny Andrew Scott w roli Moriartego, niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Pierwsze trzy sezony serialu wciągnąłem bez zastrzeżeń i śladu wahania – nawet gdy część moich znajomych narzekała na trzecią serię, ja akceptowałem każde zagranie twórców (poza samym finałem, który można było rozegrać inaczej – w sposób bardziej przebiegły i godny intelektów Sherlocka oraz Mycrofta). Zgrzyty pojawiły się przy odcinku specjalnym „Upiorna Panna Młoda” – niby postaci wciąż dawały radę, dialogi bawiły, akcja wciągała, a realizacja stała na najwyższym poziomie, ale coś już się nie kleiło tak jak wcześniej. A potem przyszedł wytęskniony sezon 4… który okazał się, moim zdaniem, w dużej mierze niewypałem. Niby znakomita większość elementów prezentuje się tak jak dawniej, ale nie do końca. Znana z wcześniejszych serii konwencja „z przymrużeniem oka” poszła już w zupełnie komiksowe przerysowanie. Intelektualne zagadki zeszły na plan drugi (albo nawet i trzeci), ustępując miejsca niepotrzebnie pędzącej akcji i mnożeniu wątków. Elegancka, przemyślana konstrukcja zniknęła na rzecz sportu pod tytułem „upchnijmy tu jak najwięcej zwrotów akcji”, a w dziurach logicznych można by z powodzeniem zgubić but. Koniec końców z Sherlocka robi się po prostu jeszcze jeden thriller napędzany tanimi emocjami, naciąganymi fabularnymi twistami i patentami ogranymi nie raz i nie dwa w poprzednich sezonach. Mnie osobiście diablenie szkoda zmarnowanego potencjału i mam nadzieję, że twórcy na tym poprzestaną i nie będą dalej rozmieniać na drobne serialu, który swego czasu zmiótł mnie z nóg.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia marca

Philip Pullman, Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus – Trzeba być pisarzem wielkim, pomysłowym i niesłychanie uzdolnionym, żeby wziąć na warsztat najważniejszą (a przynajmniej najbardziej znaną) opowieść zachodniego świata i wyjść z tego starcia z tarczą. Pullman, który zachwycił mnie swoimi Mrocznymi Materiami, wydawał się człowiekiem, który przy odrobinie szczęścia może podobnie ambitnemu zadaniu podołać – warsztatu nie sposób mu przecież odmówić, podobnie jak znakomitego teologicznego zaplecza i zrozumienia ludzkiej natury. Czy podołał? I tak, i nie. Zacznijmy jednak od początku: opowieść Pullmana zasadza się na pomyśle, że Maryja rodzi nie jednego syna, ale bliźniaków: silnego, aroganckiego Jezusa oraz słabszego, dobrotliwego, skłonnego do kompromisów Chrystusa. Autor prowadzi nas po kolei przez różne wydarzenia i epizody znane z ewangelii, ale zmienia je i opowiada na swój sposób, dostosowując do swojej wizji: ukazuje Jezusa jako surowego, trudnego do zrozumienia, ale w pełni oddanego Bogu proroka, Chrystusa zaś jako jego kronikarza, człowieka racjonalnego, naiwnego, podatnego na cudze wpływy. Historia tych dwóch braci, których w pewien sposób łączy miłość do Boga, ale dzieli niemalże wszystko inne, to znakomity punkt wyjścia do rozmaitych rozważań – nad religijnością i pobożnością, nad sensem istnienia Kościoła jako instytucji, nad istotą prawdy. Książka Pullmana ma wiele zalet: ciekawie przeobrażone fragmenty ewangelii; język nad podziw wdzięcznie mieszający biblijną stylizację i wtręty właściwie współczesne; oszczędną, ale mimo wszystko ładną narrację. Pokazuje też bardzo udatnie, jak łatwo można naginać prawdę, by realizować własne cele. A jednak po przeczytaniu całości pozostaje jakiś niedosyt… Może wynika on z tego, że Pullman nie jest w stu procentach konsekwentny – oferuje racjonalne tłumaczenie dla części opisywanych cudów, ale nie dla wszystkich. Może winna jest w pewnym momencie nazbyt natarczywa, nachalna, oczywista ideologia, którą autor próbuje w tej książce forsować. A może po prostu oryginalna historia Jezusa jest opowieścią tak ważną i wyrazistą, że nawet najlepsza wariacja na jej temat musi pozostać zaledwie jej ułomnym, niedoskonałym cieniem? Tak naprawdę nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że moim zdaniem po powieść Pullmana sięgnąć warto, bo to utwór mądry i ładnie napisany.

John Green, Szukając Alaski – Przed kilku laty sięgnąłem po bestseller Johna Greena Gwiazd naszych wina – jako nauczyciel w gimnazjum chciałem się przekonać, o co tyle szumu. Zacząłem czytać, nastawiając się na ckliwą opowiastkę dla tępych nastolatków… i potem musiałem zbierać szczękę z podłogi. Green zaskoczył mnie nie tylko bardzo zgrabną narracją, precyzyjnym językiem i elegancką strukturą swojej powieści, ale przede wszystkim jej głęboką treścią i niezwykłą umiejętnością łączenia równie przykrej tematyki z rozbrajającym humorem. Jego debiut, Szukając Alaski, prezentuje się niewiele gorzej. Fakt, niektóre żarty wydają się mniej subtelne, bardziej rubaszne, niektóre rozwiązania fabularne nieco bardziej toporne… ale kompletnie nie zmienia to faktu, że Szukając Alaski to książka bardzo dobra. Świetnie poskładana (tutaj naprawdę chyba każda scena ma jakieś znaczenie, stanowi kolejny klocuszek w układance), pełna humoru, a przy tym podejmująca bardzo poważne tematy w sposób inteligentny, przemyślany, niebanalny. Mamy w niej barwne postaci, które można z miejsca pokochać (albo znienawidzić – podejrzewam, że niektórzy mogą tak na nie reagować), mamy też kilka absolutnie rewelacyjnych scen (jak chociażby intymne chwile Milesa i Lary), mamy szereg zaskakująco głębokich obserwacji i przemyśleń. A Green robi z nami, czytelnikami, dokładnie to samo, co w Gwiazdach… – gra na naszych emocjach z lekkością i zmysłem wirtuoza, prowadząc nas za rękę od śmiechu do łez i z powrotem. Przy okazji, zwracam się do wszystkich osób, które na przestrzeni ostatniego tygodnia widziały mnie na ulicach Wrocławia albo w tramwajach i autobusach, szczerzącego zęby jak głupi do sera, chichoczącego pod nosem albo z trudem powstrzymującego wzruszenie – spokojnie, jeszcze nie zbzikowałem do reszty, po prostu słuchałem audiobookowej wersji Szukając Alaski. Tyle. Aha, jeśli macie taką możliwość i znajomość angielskiego Wam na to pozwala, zachęcam do wysłuchania tej książki po angielsku właśnie, czytanej przez samego autora. Green odwala tak znakomitą robotę imitując głosy kolejnych postaci i różne akcenty, że aż trudno uwierzyć, że nie jest zawodowym aktorem.

G.R.R. Martin, Taniec ze smokami – Sam do końca nie wiem, co napisać na temat tej książki. Jest dobra. Martin ma tak opanowany warsztat i takie wyczucie opowieści, że nawet ciągnące się w nieskończoność i prowadzące donikąd fragmenty czyta się względnie bezboleśnie… tyle że cała ta książka wydaje się takim fragmentem. Przeczytałem 1100 stron i mam wrażenie, że wszystko, co tam się wydarzyło można by z powodzeniem streścić na stronie albo dwóch. Akcja sunie do przodu leniwie i bez pośpiechu, bohaterowie dużo gadają i dużo myślą, ale mało działają. Do tego te momenty, które mogłyby wzbudzać szybsze bicie serca zostały potraktowane po macoszemu, zepchnięte na plan dalszy albo w ogóle sprowadzone do roli wzmianki w czyjejś tam relacji, liście czy czym jeszcze innym. Nie podobała mi się też struktura tej książki: przez znakomitą jej część mamy do czynienia ze zdarzeniami rozgrywającymi się równolegle do tych z poprzedniego tomu, ale w pewnym ulotnym momencie autor dociera w chronologii do takiego momentu, że zaczyna z większą dowolnością przeskakiwać między postaciami i lokacjami. Efekt jest dość dziwny – pozostaje wrażenie, że Martinowi z wątków równoległych względem Uczty dla wron wyszła za krótka książka i że musiał coś dołożyć… i potem nie bardzo wiedział, kiedy skończyć. Brakuje jakiegoś wieńczącego ten tom tąpnięcia – czegoś, co zostawiłoby czytelników naprawdę wstrząśniętymi i spragnionymi sięgnięcia po następny tom. Chociaż może, biorąc pod uwagę tempo pisania Martina, to jednak przemyślana decyzja :). Podsumowując, Taniec ze smokami to, jak podejrzewam, takie troszkę zło konieczne, chwila wyciszenia i uspokojenia przed jazdą po bandzie w dwóch ostatnich tomach. I to pierwszy tom w sadze Pieśni Lodu i Ognia, który w moim odczuciu wypada słabiej niż jego serialowa adaptacja.

Jonah Hex – Widząc na IMDB ocenę poniżej pięciu punktów na dziesięć możliwych, trochę spodziewałem się otrzymać westernowego Ghost Ridera albo podobny koszmarek, który wyłączę po dziesięciu minutach. Na szczęście tak się nie stało. Oparta na komiksach historia obdarzonego niezwykłymi mocami łowcy nagród nie trafi może do kanonu kinematografii, ale moim zdaniem to kawałek bardzo przyzwoitego, stricte rozrywkowego kina. Jest całkiem znośna fabuła, są fajne kreacje aktorskie (z zasady nie przepadam za Malkovichem, ale Brolin i Fassbender spisują się zacnie), jest widowiskowo, jest zjawiskowo ładna Megan Fox, są nienajgorsze efekty specjalne. Scenografia pozwala wczuć się w klimat Stanów z okresu Wojny Secesyjnej, a ujęcia, montaż i pewna ekstrawagancja w kwestii rekwizytów i charakteryzacji podkreślają komiksowość materiału wyjściowego. Może po prostu mam filmowy gust godny jętki albo delfina z porażeniem mózgowym, ale muszę przyznać, że podczas oglądania tego filmu bawiłem się dobrze i w żadnym razie nie uznałbym tego czasu za stracony.

PS. W omówieniu powyższych książek podawałem ich polskie tytuły, by ewentualnie ułatwić czytelnikowi dotarcie do nich. Sam jednak czytałem je (albo ich słuchałem) po angielsku, więc warto wziąć pod uwagę, że wszystkie moje komentarze dotyczące stylu i języka odnoszą się wyłącznie do wersji oryginalnej.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lutego

Wiem, wiem, luty już dawno za nami, a ja mam poślizg. Jak zwykle. Wiem. Wszystko przez wyjazd do Anglii oraz premierę Ostatniego dnia pary 2 (o tym drugim więcej było w poprzednim poście). Ale już jestem i już piszę, czym to się zachwycałem (albo i nie) w lutym.

Jeff VanderMeer, Shriek: Posłowie – Z utworami VanderMeera spotkałem się po raz pierwszy w którejś antologii z serii Kroki w Nieznane. Potem chwyciłem za jego zbiór Miasto Szaleńców i Świętych, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie formą, ale też trochę zmęczył, jeśli idzie o treść. Shriek: Posłowie również rozgrywa się w fikcyjnym mieść Ambergris, pojawiają się tu niektóre postaci z Miasta…, kontynuowane i rozwijane są wątki wspomniane w tamtym zbiorze. A jednak Shriek: Posłowie można spokojnie czytać bez znajomość tamtych historii, powieść nic na tym nie straci, a kto wie – może nawet odrobinę zyska, bo pierwiastek niezwykłości i wszechobecnej osobliwości będzie jeszcze większy. Ale czy warto? Warto! Powieść VanderMeera nie należy do lekkich i łatwych czytadeł, ale setnie odpłaca czytelnikowi za poświęcony jej czas. To rasowy twór w konwencji new weird – jest dziwacznie, niekiedy surrealistycznie czy onirycznie, bywa też, że ocierająca się o steampunk przygoda miesza się z lovecraftowskim koszmarem. Olśniewa forma utworu – pretekstem do odpowiedzenia zajmującej historii jest tu pisanie tytułowego posłowia do książki, które prędko zamienia się w rodzaj biografii czy pamiętnika. To fascynujący kolaż, bowiem narracja prowadzona przez jednego z bohaterów przeplata się z fragmentami książek, artykułów, listów i cudzych pamiętników, a nade wszystko raz po raz przełamywana jest osobistymi wtrętami samozwańczego redaktora. Natomiast pod względem treści Shriek: Posłowie to perła, która – odarta z fantastyczności – nadawałaby się na hollywoodzki wysokobudżetowy melodramat: są tu wzloty i upadki rodzeństwa, które łączy skomplikowana mieszanka miłości i niechęci, są tajemnice czekające na rozwiązanie, są namiętności i skandale, a to wszystko na tle długotrwałej wojny pokazanej ze wszystkimi jej okropieństwami i absurdami. Jak dla mnie rewelacja, którą polecam bez wahania wszystkim miłośnikom ciut ambitniejszej fantastyki.

Jack McDevitt, Droga do wieczności – Statystycznemu czytelnikowi postapokalipsa kojarzy się obecnie głównie z zombie, klimatami rodem ze Stalkera i Metra 2033, ewentualnie z serią Mad Max czy wyraźnie nią inspirowanymi Falloutami. Jednak teksty w tej konwencji powstają na całym świecie – ze szczególnie silnym naciskiem na autorów ze Stanów Zjednoczonych – od ponad pięćdziesięciu lat i prezentowały najróżniejsze wizje, często bardzo od siebie odmienne. Jednym z takich klasycznych już utworów jest Droga do wieczności Jacka McDevitta z 1998 roku. Jej akcja rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych w dwieście albo trzysta lat po upadku cywilizacji enigmatycznych Drogowców, gdy niedobitki ludzkości wiodą niełatwe życie w otoczeniu ruin pełnych niebezpieczeństw i tajemnic wymykających się pojmowaniu. Treść, choć czerpie garściami z oklepanych schematów, wciąga od pierwszych stron prologu: oto z niedużej społeczności wyrusza na poszukiwanie mitycznej Przystani grupa śmiałków. Po kilku miesiącach wraca tylko jeden z nich, a na domiar złego nie chce opowiadać o zakończonej klęską ekspedycji. Dopiero po latach, gdy ów ocalały umiera, wśród jego rzeczy znalezione zostają przedmioty, który podają w wątpliwość jego okrojoną wersję wydarzeń i sugerują, że może wyprawa jednak osiągnęła zamierzony cel. Chaka Milana, której brat zginął podczas pierwszej ekspedycji, decyduje się zorganizować kolejną, aby poznać prawdę. Droga do wieczności to pod względem konstrukcji klasyczna powieść przygodowa: mamy grupę indywidualności wyruszających w niebezpieczną podróż, a kolejne odwiedzane lokacje nie tylko pozwalają nam powoli poznać losy ich poprzedników, ale też dowiedzieć się więcej o opisywanym przez McDevitta świecie. Jest to książka dobra, którą czyta się z przyjemnością, choć zdarzają się i nieco nudniejsze momenty. Podobać się może bardzo prosty, wręcz surowy, ale często niesłychanie trafny język wykorzystywany przez autora. Dobre wrażenie robią też postaci, wyraziście nakreślone mimo ograniczonej przestrzeni utworu. Ciekawie prezentuje się wizja świata, nie zawodzi też – czego bardzo się obawiałem – finał powieści. Wisienką na torcie jest natomiast ostatnie zdanie Drogi do wieczności, które w moim prywatnym zestawieniu ostatnich zdań powieści znajduje się bardzo, bardzo wysoko. Jak ono brzmi – tego już dowiecie się tylko i wyłącznie czytając książkę. Warto, mimo fatalnej nawiasem mówiąc korekty – w wydaniu Prószyńskiego i S-ki z 2003 roku zdarzają się bowiem nawet i po dwie, trzy literówki na stronę.

The Expanse – serialowa adaptacja powieści sygnowanych nazwiskiem James S. A. Corey. Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość rozpanoszyła się po sporej części układu słonecznego. Szybko eskalujące przepychanki między Ziemią a Marsem dotyczą przede wszystkim pasa asteroidów, gdzie mieszczą się najważniejsze placówki wydobywcze i zakłady przemysłowe układu, a ludzie żyją w slumsach, traktowani podle i regularnie wyzyskiwani, gotowi lada moment odpowiedzieć krwawym buntem. Na takim tle rozgrywają się z pozoru nie powiązane ze sobą losy kilkorga bohaterów: wypalonego detektywa Millera (znakomity Thomas Jane), cwanej pani podsekretarz organizacji Narodów Zjednoczonych (również bardzo dobra Shohreh Aghdashloo) oraz załogi małego promu cudem ocalałego z tajemniczego ataku na bogu ducha winny transportowiec. Fabularnie jest w porządku, choć mnie opowiadana historia nie do końca porwała – nie ona jest jednak moim zdaniem siłą napędową tego serialu. The Exapanse to przede wszystkim niesamowity klimat – ciężki, mroczny, duszny – ale też fascynujący świat, genialna scenografia, doskonała realizacja; słowem cała otoczka robi niesamowite wrażenie i sprawia, że każdy fan science fiction po to dziełko sięgnąć po prostu powinien.

Kings of Leon, WALLS – Kings of Leon to kapela nierówna. Spodobali mi się bardzo, gdy wyszła ich debiutancka płyta Youth and Young Manhood, garażowo surowa, energetyczna, a przy tym pełna świetnych melodii. Drugi krążek okazał się niewypałem, próbującym na siłę kopiować sprawdzone wzorce poprzednika, więc po trzecią nie bardzo chciało mi się sięgać. A potem znienacka Kingsi wydali wypakowaną przebojami Only By The Night i rzucili mnie na kolana. Z niecierpliwością czekałem na ich kolejne dokonania i… znowu się zawiodłem. Come Around Sundown była boleśnie nijaką próbą powtórzenia sukcesu poprzedniczki, a szósty album, Mechanical Bull, choć równiejszy i ciekawszy, to ciągle nie była ta sama kapela, która powalała takimi numerami jak „Closer” czy „Crawl”. Dlatego po WALLS, najnowsze dzieło chłopaków z Kings of Leon sięgałem bez wielkich oczekiwań, spodziewając się, że przesłucham ją dwa razy i zapomnę. A tu niespodzianka – Amerykanie zaserwowali fanom kolejny fajny, wpadający w ucho album! Stylistycznie to dalej ta sama kapela, trzymają się tych samych rozwiązań co na Only By The Night. Są tutaj refreny proszące się o chóralny śpiew na stadionie, są przestrzenne gitary, znajomy chrapliwy wokal, do bólu prosty, pulsujący bas. Ale słucha się tego bardzo przyjemnie, głównie dlatego, że umiejętnościom i produkcji dorównują pomysły, a piosenki są dość zróżnicowane pod względem tempa i charakteru. Jest chwytliwy „Waste a Moment”, jest niespieszny „Reverend”, jest przyjemnie bujający „Around the World”, jest opatrzony znakomitym riffem „Find Me”… a to tylko początek, potem wcale nie jest gorzej. Podsumowując – Kings of Leon na WALLS to już dojrzały zespół, który doskonale wie, co robi, może też z racji wielkich komercyjnych sukcesów odniesionych w przeszłości pozwolić sobie na świetną produkcję. W takiej sytuacji potrzeba tylko garści dobrych pomysłów, żeby dać fanom płytę, do której ci będą z przyjemnością raz za razem wracać – i tak na szczęście jest w przypadku WALLS. Sobie i innym miłośnikom rodziny Followillów życzę, żeby kolejne płyty Kingsów okazały się przynajmniej równie dobre. Aha, byłbym zapomniał – „Find Me”, oprócz tego, że jest moim zdaniem najlepszym numerem na albumie, ma też bardzo fajny teledysk wyraźnie inspirowany Stranger Things. Polecam!

To na tyle. Do rychłego przeczytania, trzymajcie się!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Ostatni dzień pary 2 – premiera!

Z dumą i radością donoszę, że kilka dni temu swoją premierę miał zbiór (a biorąc po uwagę rozmiary – zbiorzysko wręcz!) opowiadań pt. Ostatni dzień pary 2. Pierwsza część tej antologii objawiła się światu bodajże w 2013 i okazała się bardzo ciekawą propozycją, jeśli idzie o darmowe zbiory opowiadań, znalazło się tam bowiem sporo naprawdę dobrej prozy. Idea przyświecająca części drugiej się nie zmieniła: na zbiór składają się utwory autorów zapraszanych oraz te wyłonione spośród prac konkursowych, wszystko to natomiast w klimatach steampunka albo postapokalipsy. No dobrze, wszystko pięknie, ale dlaczego właściwie powinniście sięgnąć po Ostatni dzień pary 2?

  1. Znajdziecie tam moje premierowe opowiadanie pt. „Podwójne życie”. To krótki, humorystyczny tekst w konwencji steampunkowej, baaardzo mocno nawiązujący do rozmaitych komiksowych superbohaterów, a może nawet troszkę ich parodiujący. To najśmieszniejsze z moich dotychczasowych opowiadań, więc wierzę, że zapewni Wam kilka chwil miłej i niezobowiązującej rozrywki.
  2. Gdyby punkt pierwszy nie wystarczył – absurd, wiem, ale trzeba być przygotowanym na najgorsze – innych tekstów jest w tej antologii sporo i to nie byle jakich. Wśród pozostałych 36 opowiadań znajdziecie utwory popełnione przez tak uznanych i lubianych pisarzy jak Marcin Przybyłek, Rafał Dębski, Michał Cholewa, Marcin Podlewski, Sebastian Uznański czy Piotr Patykiewicz.
  3. Jakby tego było mało, to wszystko – w sumie 728 stron – zupełnie za darmo. Na razie w formacie PDF, a już wkrótce także w MOBI i EPUB.
  4. Innych zbiorów opowiadań steampunkowych i postapokaliptycznych za bardzo w Polsce nie ma, więc jeśli kręcą Was te klimaty to i tak nie macie wyboru.
  5. Wewnątrz jest też niemało fajnych grafik. Nawet jeśli nie lubicie czytać, można przynajmniej pooglądać obrazki.
  6. Jeśli trzydziestu siedmiu autorów poświęciło swój nieziemsko cenny czas na napisanie opowiadań, graficy zmajstrowali grafiki, redaktorzy poredagowali, korektorzy pokorektorowali, składacze połamali i poskładali, co się dało, a wszyscy zrobili to zupełnie za darmo, to chyba warto ich docenić chociażby w ten sposób, że ściągnie się książkę i spróbuje poczytać, no nie? Kto wie, czy kilka literackich perełek nie czeka tam przypadkiem na odkrycie.

To na tyle. Nie wiem jak wy, ale ja kończę pisać i idę czytać. Howgh!

PS. Ostatni Dzień Pary 2 można pobrać TUTAJ.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia stycznia

Miałem szczerą nadzieję, że będę mógł się Wam już pochwalić kolejnym opublikowanym opowiadaniem, ale okoliczności na to niestety nie pozwalają. W efekcie musimy wszyscy zadowolić się kilkoma polecankami. Miłej lektury!

monalisaturboWilliam Gibson, Mona Liza Turbo

Trzecia część słynnej cyberpunkowej Trylogii Ciągu stanowi bardzo udane spięcie i dokończenie wątków z dwóch wcześniejszych części (Neuromancera i Grafa Zero). Podobać się może nastrojowość powieści, styl (oszczędna, precyzyjna narracja), naturalnie brzmiące i nie pozbawione cierpkiego humoru dialogi, a także szereg intrygujących postaci, które mimo skromnych rozmiarów utworu (pi razy oko 300 stron) udało się autorowi przedstawić jako twory złożone i wielowarstwowe. Fabuła rozkręca się powoli (podobnie jak w przypadku Grafa Zero pozornie osobne wątki dopiero pod koniec łączą się ze sobą i splatają w przemyślaną, fascynującą konstrukcję). Nie mam pojęcia, czy to ja dorosłem i zmądrzałem od czasu pierwszego zetknięcia z Neuromancerem te dziesięć lat temu, czy po prostu Graf Zero i Mona Liza Turbo napisane są już ciut inaczej – klarowniej? – w każdym razie, choć zupełnie się tego nie spodziewałem, obie te książki podobały mi się chyba bardziej niż klasyczny i chwalony na wszystkich frontach Neuromancer. Gibson natomiast całą trylogią zasłużył u mnie na ogromny kredyt zaufania – zaraz kupiłem kilka innych tytułów jego autorstwa; zobaczymy, na ile sprostają oczekiwaniom.

44-piskorskiKrzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery

Dobry steampunk jest zjawiskiem chyba jeszcze rzadszym niż uczciwy polityk. Tym bardziej trzeba się cieszyć, gdy takowy wychodzi spod pióra polskiego autora – a tak jest w tym przypadku. Czterdzieści i cztery stanowi niejako kontynuację Zadry (to samo uniwersum, parę tych samych wątków i postaci w tle), jednak różnic jest niemało. Zadra była raczej steampunkiem ze sporą domieszką prozy militarnej, zdarzały się w niej jeszcze dłużyzny czy podobne niedoróbki. Tymczasem Czterdzieści i cztery to widowiskowa przygotówka, w dodatku ze znacznie silniej zaznaczonymi elementami rodem z literatury fantasy. Na plus wypadają ciekawe postacie (przede wszystkim główna bohaterka, barwniejsza i bardziej charakterna niż ciut nijacy Dalmont i Tyc z Zadry), ogólny pomysł, sposób prowadzenia akcji. Na pochwałę zasługuje przemyślany, ciekawy świat oraz – pod względem warsztatowym – ten sam styl, który pojawił się już w świetnym Cieniorycie: obfitujący w plastyczne opisy, trafne porównania, zgrabne określenia, a przy tym nieprzegadany, pozostający w służbie fabuły, a nie na odwrót. Wisienką na torcie są znane wiersze i poematy przefastrygowane tak, aby pasowały do świata powieści. Wszystko to sprawia, że Czterdzieści i cztery to bardzo udana, wartościowa propozycja – a dla miłośników steampunka absolutny must read – i kolejne potwierdzenie zasłużonej już pozycji Krzyśka Piskorskiego jako jednego z czołowych polskich fantastów.

wastelandsWastelands – antologia opowiadań postapokaliptycznych

Antologia Wastelands na razie nie ukazała się w języku polskim. Mam szczerą nadzieję, że wydawcy prędzej czy później jednak nadrobią ten błąd, wszak postapo cieszy się obecnie ogromną popularnością. A ten zbiorek to prawdziwy samograj już nawet na poziomie nazwisk: Stephen King, G.R.R. Martin, Gene Wolfe, Paolo Bacigalupi, Orson Scott Card, Cory Doctorow… wymieniać można by długo. Ważniejsze od nazwisk są jednak teksty – a te prezentują się wyśmienicie. Znajdziemy tu zarówno klasyki z lat 70-tych i 80-tych, jak i nowinki popełnione specjalnie z myślą o tym wydawnictwie, a każde z nich podejmuje temat końca świata – albo raczej tego, co po nim – w niepowtarzalny, barwny i świetnie napisany sposób. Znajdzie tu coś dla siebie zarówno miłośnik socjologii, melancholijnej obyczajówki czy przygody spod znaku wybuchów i strzelanin; momentami będzie wesoło i rozrywkowo, kiedy indziej nastrojowo czy wręcz przygnębiająco. Podsumowując – Wastelands to uczta krótkiej formy, którą z czystym sercem polecam wszystkim sprawnie czytającym prozę po angielsku. Sam zaś już zacieram rączki i przymierzam się do ściągnięcia Wastelands 2.

case-lang-veirscase/lang/veirs, case/lang/veirs

Starzeję się. Wspominam o tym, nie po to, żeby się publicznie nad sobą użalać, ale żeby zaznaczyć pewien prosty fakt: kiedyś każda nowa płyta była czymś ekscytującym i godnym skrajnej uwagi. Teraz mam często wrażenie, że już wszystko słyszałem i nawet nowe krążki moich ulubieńców mają pod górkę, rzadko kiedy wchodzą łatwo i bezboleśnie – o płytach artystów wcześniej mi nieznanych już w ogóle nie wspominając. Czasem jednak zdarza się, że natrafiam na jakąś nową perełkę i tonę – zauroczenie jest wtedy totalne. Tak było jakiś czas temu w przypadku funkowo-soulowego składu Sister Sparrow and the Dirty Birds. Tak też stało się właśnie w przypadku debiutanckiej płyty supergrupy case/lang/veirs. Te trzy folk rockowe artystki połączyły swoje siły, żeby nagrać album bardzo nastrojowy, a przy tym różnorodny, wysmakowany, przemyślany, ślicznie zaaranżowany. Na czternaście utworów tylko jeden ma ponad cztery minuty, można się więc od razu domyślić, że piosenki będą proste, a nacisk położony na ciekawe melodie – i tak właśnie jest. Całość brzmi świeżo, naturalnie, po prostu pięknie. Poniżej, na próbkę, utwór, który mnie kupił już pierwszymi nutami.

jeffbeck_loudhailer-coverJeff Beck, Loud Hailer

Mnóstwo jest gwiazd rocka, które od lat odcinają kupony, żyją na oparach niegdysiejszej sławy. Znacie ten model: przez dwie trzecie koncertu łoją klasyki z lat 70-tych lub 80-tych, bo nawet jeśli wydają nowe płyty, nie bardzo da się ich słuchać. Całe szczęście, Jeff Beck nie należy do tego grona. Ten gitarowy geniusz regularnie serwuje płyty, które może niekoniecznie podejdą każdemu, ale z całą pewnością nie stanowią żadnego powodu do wstydu. Najlepiej o jego pozycji, pomysłach i umiejętnościach świadczą zresztą panie, które na przestrzeni lat wspierały go wokalnie: Imogen Heap, Joss Stone, Beth Hart – czyli bezapelacyjnie najwyższa światowa klasa. Na swoim najnowszym krążku Beck postawił jednak na współpracę z mało jeszcze znanym zespołem Bones złożonym z charyzmatycznej wokalistki Rosie Bones, gitarzystki Carmen Vanderberg oraz producenta Filippo Cimattiego. Efektem jest bodajże jego najlepszy album od czasu You Had It Coming z 2001 roku. Loud Hailer to z jednej strony klasyczna płyta Jeffa Becka: pełna rewelacyjnych solówek, pięknie brzmiących gitar, a chwilami (jak chociażby w znakomitym „Pull It”) niemal industrialnego ciężaru i dźwięków ocierających się o fałsz. Z drugiej jednak, znacznie więcej niż na wcześniejszych płytach jest tu partii wokalnych, przez co całość brzmi bardziej jak autentyczny zespół, Beck zaś nie wychodzi aż tak bardzo na pierwszy plan, ale regularnie usuwa się w cień, żeby zrobić miejsce Rosie Bones. Jej niesamowicie zrytmizowany sposób śpiewania, chrapliwy głos, wyrazisty akcent fantastycznie współgrają z gitarami Becka i Vanderberg. W rezultacie poszczególne piosenki błyskawicznie wpadają w ucho, a płyty słucha się z gigantyczną przyjemnością, na co wpływ ma też na pewno duże zróżnicowanie utworów: od czadowych, rockowych kompozycji jak „Live in the Dark” czy „Right Now”, przez bluesowate „Revolution Will Be Televised” i „Thug’s Club”, funkowe „O.I.L.”, kończąc na pięknych, balladach w rodzaju „Scared for the Children” i „Shrine”. Loud Hailer to moim zdaniem jedna z najlepszych płyt 2016 roku i kolejny wyśmienity album w dorobku siedemdziesięciodwuletniego gitarzysty. Mam szczerą nadzieję, że nie ostatni.

Na dzisiaj to wszystko. Nie bójcie się napisać, jeśli czytaliście/słuchaliście którejś z powyższych pozycji i macie podobne albo zupełnie inne odczucia 🙂

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z mapą wśród cieni

Dzisiaj zrobię coś nietypowego. Nie będę was męczył nowinkami z mojego prywatnego literackiego poletka. Nie zrecenzuję żadnej książki. Nie podzielę się z Wami swoimi niesłychanie błyskotliwymi i w 100% oryginalnymi spostrzeżeniami na temat ostatnich wydarzeń w Polsce czy na świecie. Przemilczę nawet to, że chłopaki z The Answer wydali nową płytę i jest ona znakomita (cholera, jednak nie przemilczałem… sorry).

Nie, dzisiaj zrobię coś nietypowego. I będę potrzebował Waszej współpracy. Będę potrzebował potęgi Waszej wyobraźni.

Gotowi? No to zaczynamy.

Chciałbym, żebyście wyobrazili sobie książkę. Taką normalną, zwyczajną książkę. Białe kartki. Klejony grzbiet. Zapach farby. Kartonowa okładka. Na okładce szaro: smukłe szkielety bezlistnych drzew, stary płot i uchylone furta, w głębi dom oraz dwóch ludzi, bardziej widma niż namacalne postaci, wszystko przykryte mgłą, z gatunku tych, w których czekają na nas znacznie większe niebezpieczeństwa niż przemoczone buty i lekki katar. Rzeczona okładka ładna jest i estetyczna – nie strach byłoby postawić coś takiego na półce, otworzyć w pociągu albo nawet dać komuś w prezencie.

Jest na tej okładce również tytuł: Mapa cieni.

Nie, to nie koniec, nie rozpraszajcie się! Zabawa dopiero się rozpoczyna. Wasza wyobraźnia będzie mi teraz potrzebna bardziej niż wcześniej. Musicie otworzyć tę książkę. Poczuć pod palcami aksamitną gładkość papieru. Spojrzeć na czarne kształty liter, w pocie czoła układanych w zgrabne linie i eleganckie bloki przez łamacza. Przewróćcie kilka stron. No dalej, nie bójcie się. To nie jest książka z pratchettowskiego Niewidocznego Uniwersytetu, nie pogryzie Was. Nie jest to też żaden lovecraftowski grimuar pełen bluźnierczych praktyk – przypadkiem dostrzeżone zdanie nie sprowadzi na Was nieuleczalnego szaleństwa, nie sprawi też, że Wielcy Przedwieczni odwiedzą Was w snach. Co nie znaczy, że obcowanie z zawartymi tam tekstami jest bezpieczne. W końcu to literatura. To słowa. Historie. A słowa i historie potrafią być diablo niebezpieczne.

Ale, ale – odbiegliśmy od tematu. Skupcie się proszę. Wyobraźcie sobie te strony, wciąż pachnące świeżym drukiem. Przerzućcie kilka kartek. Widzicie zdjęcia? Te rudery o oknach jak puste oczodoły czaszek? Ten śnieg, opadłe liście, cichy strumień? Przypatrzcie się tym miejscom – każde z nich kryje swoją mroczną historię. Co takiego? Ach, więc znacie tamten dom? Nic dziwnego – wszystkie te miejsca istnieją naprawdę. I ich ponurych losów też nikt nie wyssał z palca.

Mapa cieni, którą chciałem, żebyście sobie właśnie wyobrazili, jeszcze nie istnieje. Ten skomplikowany projekt, który łączy w jednym tomie reportaże (prawdziwe historie rzekomo nawiedzonych miejsc) oraz literacką fikcję (inspirowane tymi lokacjami historie spisane przez takich twórców jak Dawid Kain, Magdalena Kałużyńska, Aleksandra Zielińska, Łukasz Radecki czy Kazimierz Kyrcz Jr.), to rzecz na polskim rynku książki nowatorska. I komercyjnie wątpliwa – wszak zbiory opowiadań sprzedają się znacznie gorzej niż powieści, a takie dziwne hybrydy zdaniem wydawców już kompletnie nie mają racji bytu i szans na zaistnienie.

Dzięki usilnym staraniom swoich pomysłodawców i pierwszoplanowych twórców, czyli Michała Stonawskiego i Krzysztofa Bilińskiego, Mapa cieni znalazła w końcu wydawcę. Sęk w tym – rzecz prozaiczna – że wydawca nie ma dostatecznie dużo forsy, żeby opublikować tę książkę w optymalnej formie.

I dlatego zwracam się do Was, łudząc się, że znajdzie się wśród osób odwiedzających tę stronę ktoś, kogo pomysł na Mapę cieni zainteresuje. Możecie bowiem przyczynić się do powstania tego wyjątkowego tekstu: na portalu crowdfundingowym możecie wesprzeć wydanie Mapy cieni. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś darowiznę czy coś podobnego – nic z tych rzeczy. Za każdą wpłaconą sumę przysługuje Wam bowiem adekwatna nagroda, na przykład papierowa wersja Mapy cieni przesłana na Wasz adres w momencie, kiedy książka opuści drukarnię. Więcej informacji na ten temat – a także na temat samego projektu – znajdziecie TUTAJ.

Na zakończenie chciałbym Wam tylko powiedzieć, że ja ten projekt już wsparłem i zachęcam Was do tego samego. Nie tylko dlatego, że szykuje się prawdziwa gratka dla fanów szeroko pojętej grozy. Nie. Są powody, moim zdaniem, ważniejsze.

Po pierwsze, wspierając ten projekt, pokazujemy „dużym wydawnictwom”, że lejemy na ich politykę wydawania niemal wyłącznie miałkiej papki i bestsellerów, utworów zapewniających bezpieczny zysk; że wkurza nas ich asekuranctwo i chcielibyśmy, by osoba mająca się za wydawcę literatury celowała w coś więcej niż tylko zbijanie mamony.

Po drugie, wspierając ten projekt, utrzemy nosa wszystkim internetowym haterom, zazdrośnikom, notorycznym malkontentom i zwykłym gnojom. Znacie ich, wszyscy ich znamy. To ci ludzie, którzy nie mają jaj, żeby zrobić coś z własnym życiem, i w efekcie rajcuje ich oglądanie cudzych niepowodzeń, niespełnionych nadziei, planów palących na panewce. To te osoby, które zaznaczają kciuk w dół pod Waszymi ulubionymi piosenkami na YouTube i które mówią „To się nigdy nie uda”, a potem: „A nie mówiłem?” Siedzą teraz przed komputerami i zacierają rączki, widząc jak dni mijają, a kwota potrzebna na realizację Mapy cieni wciąż jeszcze nie została zebrana. Proponuję wesprzeć ten projekt choćby po to, żeby w ten sposób pokazać im wirtualny środkowy palec.

Po trzecie, i chyba najważniejsze, wspierając ten projekt, pomożecie dwóm sympatycznym zapaleńcom zrealizować marzenie, któremu w jakimś tam stopniu poświęcili kilka lat swojego życia.

Mnie to wystarczy.

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz