Odkrycia września

333Patrick Ness, Na ostrzu noża – O trylogii Chaos Walking Nessa słyszałem wiele dobrego i kiedy udało mi się upolować anglojęzycznego audiobooka pierwszego tomu, natychmiast zacząłem „lekturę”. Ness kupił mnie totalnie już pierwszym zdaniem i po ledwie kilku minutach słuchania byłem przekonany, że mam do czynienia z prawdziwą perełką. Wciągająca i nie pozbawiona smaczków pierwszoosobowa narracja, tajemnice w tle, niezły główny bohater, intrygujący świat – zapowiadało się to wszystko bardzo zgrabnie. Do czasu, niestety. W pewnym momencie bowiem całą tę literacką maszynerię zaczął trafiać szlag. Logika (nie tylko w zachowaniu postaci, ale też w konstrukcji świata) zwinęła manatki i poszła na urlop. Fabuła stała się boleśnie przewidywalna. Wielki twist pod koniec okazał się nie dość, że totalnie przewidywalny, to jeszcze niezbyt fair ograny przez autora (Ness stosuje bowiem mało sensowne i jeszcze mniej subtelne sztuczki mające na celu zbudowanie suspensu i zaciekawienia czytelnika, niezbyt kompatybilne z pierwszoosobową narracją). W konsekwencji otrzymałem książkę, która z pewnością ma liczne plusy (np. znakomicie napisana postać psa Mancziego, niektóre pomysły na budowę świata, część zachowań postaci), ale też niemało wad. W sumie nie jest to zły tekst, ale z pewnością poważnie zawiódł moje oczekiwania i nie wiem, czy zdecyduję się sięgnąć po kolejne tomy.

222Patrick Ness, Siedem minut po północy – Po tytule wspomnianym powyżej nie miałem ochoty brać się od razu za ciąg dalszy Chaos Walking, ale coś najwyraźniej w prozie Nessa mnie zaintrygowało – w każdym razie na tyle, żeby przetestować jeszcze jeden audiobook, a mianowicie A Monster Calls (czyli we wersji polskiej Siedem minut po północy). I okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Ta książeczka jest błyskotliwie napisana, a historia – pięknie  opowiedziana. Postacie są barwne i wielowymiarowe, choć nakreślone oszczędnie, zachowują się też bardzo naturalnie i wiarygodnie. Problematyka (mama głównego bohatera choruje – z kontekstu można się domyślić, że ma raka) przedstawiona jest z jednej strony subtelnie i z wyczuciem, a z drugiej strony w taki sposób, że stajemy twarzą w twarz z pełnią grozy i niesprawiedliwości całej tej sytuacji. Siedem minut po północy to rzecz krótka, ale mimo tej zwięzłości wnikliwa i boleśnie prawdziwa. Podobało mi się w niej właściwie wszystko, a fakt, że w pewnym momencie – stojąc na środku tramwaju – z trudem się powstrzymałem, żeby zwyczajnie się nie poryczeć, chyba najlepiej świadczy o klasie utworu. Na koniec jeszcze jedna uwaga – jeśli przyzwoicie znacie angielski, szczególnie gorąco zachęcam do zapoznania się z audiobookiem – w interpretacji Jasona Isaacsa (filmowy Lucius Malfoy) książka Nessa staje się dziełem kompletnym, po prostu znakomitym.

444Brian W. Aldiss, Mrok – Aldiss to jedno z „klasycznych” nazwisk światowego SF, dlatego widząc w bibliotece książkę tego autora, chwyciłem ją bez chwili zastanowienia i bez uprzedniego sprawdzenia, co ona sobą reprezentuje. Zapowiadało się smakowicie i na czasie, fabuła bowiem przedstawia się następująco: młody pisarz zawiera w swojej debiutanckiej powieści motyw wysadzenia w powietrze premiera Wielkiej Brytanii. Niby błahostka, ale pisarz jest muzułmaninem i w rezultacie szybko trafia do pokoju przesłuchań, gdzie czekają już rozmiłowani w swoim fachu oprawcy. Tortury sprawiają, że psychika bohatera coraz bardziej się rozpada i stajemy w obliczu drugiej osi fabularnej, już stricte fantastycznej, rozgrywającej się na kolonizowanej przez Ziemian planecie. Koncept, przyznacie chyba, atrakcyjny i dający niesamowite pole do popisu (wątki przeplatające się między tymi dwiema płaszczyznami, bohaterowie jak lustrzane odbicia, paranoiczna wątpliwość która rzeczywistość jest tą prawdziwą etc.) No po prostu samograj. Niestety, nic z tego. Bardzo szybko (po może 20-30 stronach) przekonałem się, że Mrok ma swoje dobre momenty, ale przez większość czasu jest powieścią niestrawną, męczącą, pozbawioną charakteru i generalnie zmierzającą donikąd. Nie pomaga fakt, że językowo jest do bólu surowa i nijaka, a już na pewno nie działa na jej korzyść fakt, że tłumacz do spółki z redaktorem postanowili ten i tak niezbyt udany twór jeszcze finalnie wykastrować, sponiewierać i boleśnie okaleczyć. Nie polecam.

111To (książka) & To (film) – Książkowe To Stephena Kinga skończyłem ledwie kilka dni przed kinową premierą adaptacji, mogłem więc bardzo uważnie przyjrzeć się ekranizacji w kontekście literackiego pierwowzoru. Książka bardzo mi się podobała, choć nie ukrywam, że fragmentami wydawała mi się przegadana i że pewne powtarzalne schematy (np. seria indywidualnych spotkań dzieciaków z różnymi inkarnacjami potwora) potrafiły mnie odrobinę zmęczyć. Miała jednak całe mnóstwo zalet w dwójnasób rekompensujących te mankamenty (przede wszystkim odjazdowo napisanych bohaterów i fantastycznie nakreślone relacje między nimi, sporo humoru, pełne sentymentu i budujących wiarygodność detali w przedstawieniu młodzieńczych lat bohaterów, kilka autentycznie rewelacyjnych, poruszających scen). Ponadto w znakomity sposób robiła to, co jest według mnie najmocniejszą stroną prozy Kinga – pokazywała, że najstraszniejsze potwory wypadają blado wobec ogromu zła, jakie jeden człowiek może wyrządzić drugiemu. Podsumowując, książkowe To wylądowało może nie na szczycie mojej prywatnej listy „Best of Stephen King”, ale diabelnie wysoko w hierarchii.

A film? Od razu powiem, że szalenie mi się podobał i oglądając go, bawiłem się znakomicie. Wygląda pierwszorzędnie, klimat lat osiemdziesiątych i wewnętrzna dynamika grupy dzieciaków oddane są równie umiejętnie jak miało to miejsce w Stranger Things. Humor dozowany jest tu z umiarem i jeszcze lepszy niż u Kinga, wyeliminowano też dłużyzny, narracyjną powtarzalność i nagromadzenie zbędnych wątków. Bill Skarsgard w roli Pennywise’a jest tak sugestywny, że aż ciary chodzą po plecach, ale młodziutcy aktorzy odgrywający postacie z Klubu Frajerów również spisują się na medal. Szczególnie zapadają w pamięć znany już ze wspomnianego wcześniej Stranger Things Finn Wolfhard oraz Sophia Lillis – śliczna, urocza i mająca w sobie coś takiego, że nie chce się odrywać od niej oczu. Czy jest w takim razie coś, co filmowemu To można by zarzucić? To zależy. Przełożenie książki liczącej jakieś 1100 stron na dwa dwugodzinne filmy to zadanie cokolwiek karkołomne, dlatego uproszczenia i odejścia od pierwowzoru są absolutnie konieczne. Fakt, gdzieś po drodze To staje się bardziej mroczną przygotówką niż rasowym horrorem, ale ja osobiście nie mam z tym problemu. Przyznam jednak, że znacznie chętniej zamiast dwóch filmów zobaczyłbym z tą samą obsadą i podobnie zrealizowany dziesięcioodcinkowy serial, w którym dałoby się zachować znacznie więcej z książkowego oryginału – nie tylko poszczególnych scen, ale przede wszystkim swoistej głębi oraz budujących klimat historii pobocznych – a także poszerzyć i ubogacić profil poszczególnych postaci. To doczekało się bowiem bardzo zacnej ekranizacji, ale moim zdaniem to książka tak dobra, że zasługuje na jeszcze więcej.

Reklamy
Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia sierpnia

Orson Scott Card, Folk of the Fringe – Siadając do Folk of the Fringe, nie miałem wygórowanych oczekiwań. Carda znałem tylko z cykli o Enderze i o Alvinie Stwórcy, owszem, posiadających znakomite momenty, ale moim zdaniem dość nierównych. A jednak opowiadanie zawarte w postapokaliptycznej antologii Wastelands zaciekawiło mnie do tego stopnia, że postanowiłem przeczytać cały zbiór, z którego zostało zaczerpnięte. I całe szczęście! The Folk of the Fringe, ten zestaw zaledwie pięciu tekstów rozgrywających się w zrujnowanych Stanach Zjednoczonych, okazał się bowiem małą perełką. Card odmalowuje w nim Amerykę Północną po upadku cywilizacji grubymi pociągnięciami pędzla, ale nie zapomina o dorzuceniu tu i ówdzie zwiększających wiarygodność i budujących klimat szczególików. Opowiada pięć zupełnie różnych, a jednak spójnych ze sobą historii, z których każda posiada jakieś głębsze przesłanie, coś zmuszającego czytelnika do namysłu i refleksji. W efekcie każda z nich wydaje się koniec końców czymś innym, czymś więcej niż to, czego spodziewaliśmy się po przeczytaniu kilku pierwszych stron – zaskakują nie tylko twistami fabularnymi, ale niezwykle zgrabnymi zmianami nastroju, przesunięciami emocjonalnego ciężaru, wahaniami w wywoływanych w odbiorcy reakcjach. Co więcej, wszystko to podane jest w znakomitym stylu – językiem poetyckim i naturalnym jednocześnie, używanym z rozmysłem i polotem, perfekcyjnie zespolonym z dynamiką i kierunkiem narracji. Wszystko to czyni z The Folk of the Fringe fantastykę pierwszego sortu i bardzo żałuję, że nikt do tej pory nie pokusił się o wydanie tego zbioru po polsku. Warto po niego sięgnąć, chociażby po to, by przypomnieć sobie – w obecnej powodzi mniej lub bardziej udanych klonów Metra 2033, Stalkera i Mad Maxa – że postapokalipsę można pisać zupełnie inaczej i zupełnie inny można nadać jej wyraz. Aha, byłbym zapomniał – bardzo fajnym dodatkiem do wspomnianych już pięciu opowiadań jest długaśne posłowie, w którym Card zdradza kulisy powstania tego zbioru. Rzecz to niewątpliwie bardzo ciekawa dla wszystkich jego fanów, ale także dla osób próbujących własnych sił w pisaniu.

The Mammoth Book of Steampunk – Steampunk jako konwencja literacka chyba nie cieszy się w Polsce specjalnym uznaniem. Nie dziwi mnie to – zdarzają się co prawda bardzo dobre steampunkowe teksty naszych rodzimych autorów (vide co poniektóre powieści Krzyśka Piskorskiego), ale utwory docierające do nas z zagranicy to niestety w dużej mierze miałka przygodowa pulpa, która nie robi większego wrażenia ani pod względem wykorzystanych pomysłów, ani warstwy językowej. Sięgając po tę antologię miałem więc spore obawy, ale byłem też bardzo ciekaw, jak wypadnie względem co najmniej przyzwoitych przecież polskich zbiorów steampunkowych (Ostatni dzień pary, Wolsung). I jak wygląda werdykt? Pysznie. The Mammoth Book of Steampunk to trzydzieści zaskakująco różnorodnych tekstów – tak pod względem fabuły, jak i stylu. Znaleźć tu można opowiadania autorów w Polsce znanych i lubianych (np. Jeff VanderMeer, Catherine M. Valente czy Michael Swanwick), ale nazwiska naszym czytelnikom kompletnie obce wcale nie oznaczają gorszej prozy. Językowo zbiór ten zawiera utwory dojrzałe, wysmakowane, napisane po prostu ładnie i niebanalnie (wyjątki są może dwa lub trzy, przyznacie więc sami, że na trzydzieści opowiadań to raczej dobry wynik). Równie zacnie prezentuje się kwestia fabuły i pomysłów. Twórcy raz po raz zaskakują klimatem, wizjami świata, nietuzinkowymi zwrotami akcji. Bywa wesoło, bywa ponuro, czasem ckliwie, a czasem ciut straszno. Opowiadania przedstawiające świat duszny, noirowy, sąsiadują z lżejszymi przygodówkami, a nawet z tekstami zahaczającymi o przypowieści czy alegorie. Znowu (choć tutaj jest to już chyba w większym stopniu kwestia indywidualnych preferencji) dwa czy trzy utwory wydawały mi się nieco słabsze niż reszta, ale ogół prezentował szalenie wysoki poziom. Podsumowując, jeśli kogoś bawią steampunkowe klimaty, a włada angielszczyzną w stopniu pozwalającym na swobodne czytanie literatury pięknej w tym języku, polecam tę antologię bez śladu wahania.

Lauren Beukes, Broken Monsters – Bardzo mi się podobało to, co Beukes zrobiła w swojej powieści Lśniące dziewczyny (więcej na temat tej książki TUTAJ); podoba mi się też to, co robi w Broken Monsters (która to książka niestety nie doczekała się na razie przekładu na polski). Na pierwszy rzut oka może się wręcz wydawać, że Beukes celowo chciała powtórzyć sukces poprzedniego tytułu i skorzystała ze sprawdzonego schematu. Podobnie jak w Lśniących dziewczynach, mamy tu osobliwą postać seryjnego mordercy, mamy wnikliwy portret wielkiego amerykańskiego miasta, mamy elementy thrillera flirtującego z fantastyką. Te podobieństwa są jednak pozorne, bowiem Broken Monsters to opowieść zupełnie inne niż Lśniące dziewczyny. Przede wszystkim mamy tu więcej bohaterów, a każda z tych postaci przedstawiona jest z niezwykłym wyczuciem, każda ma swoje mocne i słabe strony, własne gusta, pragnienia, nadzieje, obawy. W konsekwencji bardzo szybko zaczynamy traktować te wymyślone przecież postaci bardzo serio, a ich być albo nie być staje się dla nas sprawą pierwszorzędną, co w oczywisty sposób przekłada się na napięcie towarzyszące lekturze – rzecz w dreszczowcach kluczową. Bohaterowie są pierwszym plusem książki Beukes, ale bynajmniej nie jedynym. Wśród kolejnych wymienić można znakomite, często dowcipne dialogi, wieloaspektowy obraz Detroit (wykraczający poza oklepany już medialnie wizerunek miasta-ruiny) i bardzo sprawne sterownie narracją i dynamiką opowieści. Fascynuje również liczba problemów, którym niejako przy okazji Beukes się przygląda i które na swój sposób komentuje – są to między innymi media społecznościowe, cyberbullying, dziennikarstwo obywatelskie. W efekcie otrzymujemy znakomicie skonstruowaną powieść gatunkową, która dodatkowo dotyka różnorodnej, bardzo aktualnej problematyki oraz stanowi bogaty w detale obraz Detroit i – w jakimś stopniu – amerykańskiego społeczeństwa drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lipca

Szczepan Twardoch, Drach – Rzadko się zdarza, by książka równocześnie irytowała mnie i fascynowała do takiego stopnia, jak miało to miejsce w przypadku Dracha. Czemu fascynowała? Bo Twardoch wziął na warsztat rodzinną sagę, konwencję dziś już niezbyt popularną. Co więcej, opisał historię nie bogatych wielmożów, ale przeciętnych mieszkańców śląskiej wsi rozciągającą się praktycznie na cały wiek dwudziesty i początek dwudziestego pierwszego. Wreszcie trzeba dodać, że opisał ją brawurowo: z wielokrotnie łamaną chronologią, z dbałością o zapis gwary, z fantastyczną rytmiką zdań i akapitów. Co chyba najważniejsze, samą historię opisał w sposób niesłychanie prawdziwy i wiarygodny, tak że niemal mamy przed oczyma nie wymyślone postacie, a ludzi, wielowarstwowych i do bólu autentycznych. Bólu zresztą Twardoch nikomu nie szczędzi, jego postacie cierpią, a cierpienie to przedstawione też jest zjawiskowo sprawnie. W efekcie autor z łatwością wzbudza w nas emocje, które – jak się wydaje – wzbudzić zamierzał: przemoc rodzi w nas grozę albo obrzydzenie, tragedia przyprawia o szczere ciarki, sceny o zabarwieniu erotycznym spowodują pewnie wypieki na twarzy. Wydawać by się więc mogło, że Twardoch popełnił dzieło znakomite. Skąd w takim razie ta wspomniana na wstępie irytacja? Z maniery, bez wątpienia w stu procentach zamierzonej, ale przez tą swoją celowość ani trochę nie mniej wkurzającej. Ma bowiem Twardoch tendencję w tej książce do okropnego powtarzania się – zarówno jeśli idzie o nagminne (i znowu – celowe) wykorzystywanie tej samej konstrukcji w ramach akapitu czy nawet całej sceny, ale przede wszystkim w kwestii treści. O pewnych zdarzeniach autor informuje nas – albo nam o nich przypomina – po dwadzieścia, trzydzieści razy; podobnie wtóre i nużące robi się w pewnym momencie refrenowe niemal powtarzanie narratora, że to czy tamto nie ma znaczenia. Osobiście uważam, że gdyby tę narracyjną manierę odrobinę ograniczyć, książkę dałoby się spokojnie skrócić o dobrą jedną dziesiątą (jeśli nie więcej) bez żadnej szkody dla treści czy warstwy językowej, za to z wyraźnym zyskiem w postaci większej płynności całej opowieści. Nie zmienia to jednak faktu, że Drach jest książką dobrą i jak najbardziej wartą poświęconego jej czasu.

Markus Zusak, Złodziejka książek – Powiem to od razu na wstępie: Złodziejka książek to najlepsza książka, jaką przeczytałem od początku tego roku, i prawdopodobnie najlepsza, jaką przeczytam do jego końca. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wszystkie składniki opowieści zostały starannie dobrane, odmierzone we właściwych proporcjach i zmieszane inteligentnie, z daleko idącym narracyjnym zmysłem, ale też z tym trudnym do opisania czymś, co niektórzy nazywają polotem. Po pierwsze, autorowi udało się ugryźć przeraźliwie – zdawać by się mogło – ograny już temat drugiej wojny światowej i holokaustu z interesującej, świeżej perspektywy, główną bohaterką jest bowiem niemiecka dziewczynka, której przybrani rodzice ukrywają w swoim domu Żyda. Po drugie, uczynił ów autor narratorem w tej swojej opowieści śmierć – i zrobił to na tyle umiejętnie i pomysłowo, że czytelnik ma faktycznie wrażenie, że całą historię relacjonuje istota, która człowiekiem nie jest, choć nieustannie nam przecież towarzyszy. Po trzecie, Zusak stworzył postacie wyraziste i barwne, a jednak równocześnie bardzo ludzkie, wiarygodne. Po czwarte, powieść ta została napisana z niesłychanym wdziękiem i wyczuciem, gładko i naturalnie prowadząc czytelnika od śmiechu do przygnębienia, od zgrozy do radości, od obrzydzenia do rozsadzającej serce nadziei. Po piąte, to historia opowiedziana przepięknym językiem (choć tu akurat mogę się wypowiedzieć wyłącznie na temat oryginału, polskiego przekładu nie miałem w rękach). Po szóste, to powieść pełna emocji, diablo inteligentna, mówiąca rzeczy wartościowe i cenne. Po siódme, to chyba pierwsza książka od czasu Hobbita (którego czytałem, mając lat dziesięć albo coś blisko tego), przy której się najzwyczajniej w świecie popłakałem. Genialna, absolutnie genialna.

Robert J. Schmidt, Apokalipsa według Pana Jana – Problemów z Apokalipsą… Schmidta miałem kilka. Najpoważniejszy był chyba taki, że sięgnąłem po tę powieść zaraz po wspomnianej wyżej Złodziejce książek, a to narzucało pewne czynione mimochodem porównania, z których mało który tytuł wyszedłby zwycięsko. Drugim były spore oczekiwania – nasłuchałem się, że Apokalipsa… to absolutna klasyka polskiego post-apo i po cichu spodziewałem się może nie Bastionu Kinga, ale przynajmniej czegoś na poziomie Drogi do wieczności McDevitta – książki klimatycznej, wciągającej, dającej choć trochę do myślenia. Niestety przez pierwsze sto stron rozczarowanie goniło rozczarowanie. Wątki się sypały, logika szwankowała, postacie gadały jak w tutorialach gier komputerowych. Potem było już lepiej, szczególnie od momentu pojawienia się Zawady, Adamczyka i Filipka: bohaterów, którzy budzili we mnie jako w czytelniku jakiekolwiek uczucia – czego nie można niestety powiedzieć o reszcie apokalipsowego towarzystwa. Generalnie na plus książki Schmidta wypada zrobiony research, znajomość militariów oraz ciekawa wizja zmian natury geograficznej, które okazują się konsekwencją wojny nuklearnej. Minusów niestety jest – przynajmniej jak dla mnie – też niemało: nielogiczności w zachowaniu bohaterów, połamana fabuła, powtarzający się mechanizm, że gdy tylko pojawiają się poważniejsze trudności, ślepy traf usuwa je bohaterom z drogi. W toku lektury skojarzenie z grą komputerową zresztą tylko się umacniało – równie dobrze ktoś mógłby podkoloryzować fabularnie partyjkę postapokaliptycznych Heroesów czy Cywilizjacji – gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy sojusze, gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy… Wiecie, o co chodzi. W rezultacie Apokalipsa według Pana Jana zrobiła na mnie bardzo przeciętne wrażenie, choć równocześnie zachęciła, by w ramach testu sięgnąć po jakąś inną, dojrzalszą książkę Schmidta.

Tabu – Ten serial to dla mnie absolutna perełka. Z jednej strony to w gruncie rzeczy wariacja na temat historii hrabiego Monte Christo (ta sama epoka; człowiek powracający do domu po latach z fortuną w garści i obszerną, powszechnie niedostępną wiedzą; motyw zemsty; próba odzyskania niegdysiejszej miłości) z drugiej jest to opowieść oryginalna, pomysłowa, brutalna i mroczna. Mamy tam fantastycznie ukazaną rywalizację poszczególnych stronnictw (Kompania Wschodnioindyjska, Korona Brytyjska, Amerykanie), mamy tajemnice z przeszłości, mamy bród i nędzę londyńskich slumsów oraz ludzi, dla których cudze życie nie jest warte funta kłaków. Jest to też, co ważne, serial, którego siła bazuje – co osobliwe w dzisiejszych czasach – nie tylko na seksie, krwi i rozmieszczonych z matematyczną precyzją cliffhangerach, ale przede wszystkim na intrygach, na bohaterze, który inteligentnie lawiruje między niebezpieczeństwami, a jego kolejne posunięcia to strategicznie cwane manewry godne wytrawnego szachisty. Mnie osobiście Tabu zachwyciło fantastyczną realizacją (scenografia, kostiumy, montaż), zgrabnie skonstruowanym i trzymającym w napięciu scenariuszem, a przede wszystkim postacią głównego bohatera – napisaną wprost fenomenalnie, a potem kunsztownie zagraną przez Toma Hardy’ego. Polecam wszystkim dorosłym widzom i zacieram rączki w oczekiwaniu na drugi sezon.

Opublikowano Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Trzy zapałki” w Nowej Fantastyce

Ze sporą dozą dumy i radości donoszę, że w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki pojawiło się moje nowe opowiadanie pt. „Trzy zapałki”. Raczej mroczne i – mam nadzieję – nastrojowe, chwilami wręcz nieco gaimanowskie. Mnie się szalenie podoba, ale rozumiecie dobrze, że nie bardzo mogę w tym przypadku zdobyć się na obiektywizm. Mam nadzieję, że Wam też przypadnie do gustu.

Gdyby jednak (jakimś cudem) okazało się, że specjalnie dla mnie kupicie najnowszy numer NF, po czym „Trzy zapałki” okażą się (patrz powyższa wzmianka o cudzie) totalnym nieporozumieniem, nie trwóżcie się i nie rwijcie włosów z głowy, bowiem ten konretny numer NF zawiera sporo innych dobroci: między innymi opowiadanie Teda Kosmatki (i wywiad z tymże), rozmowy z wybranymi nominowanymi do Zajdla czy tekst o Mrocznej Wieży Kinga (bardzo na czasie, zważywszy na zbliżającą się wielkimi krokami premierę filmu).

Podsumowując – miłej lektury. I jeszcze milszych wakacji (a przynajmniej ich dalszego ciągu).

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , | 2 Komentarze

Odkrycia czerwca

Łukasz Orbitowski, Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego – Orbitowski to człowiek podlegający nieustannej ewolucji, ciągłym przeobrażeniom. Zaczynał od tworzenia horrorów, a teraz obrasta w rozmaite nagrody Nike, Paszporty Polityki i podobne zaszczyty. Pisał powieści bardzo poważne i zgoła pulpowe, wydał pocztówki z podróży po RPA i pękającą w szwach od aforyzmów książkę o parze kotów. Niełatwo znaleźć w Polsce pisarza, którego trudniej byłoby zamknąć w jakichś konkretnych ramach, zakleić mu usta marketingową metką. Wynika to nie tylko z różnorodności jego pisarskich wybryków, ale też z niezwykle szerokiego wachlarza doświadczeń i wyborów, mniej lub bardziej trafionych, z szeregu pozornych przeciwieństw, które składają się na jego wielowymiarowy obraz. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że najnowsza książka Orbitowskiego to wybór spośród wpisów ukazujących się od jakichś dziewięciu lat w tygodniowych odstępach na jego blogu. A głównym tematem tychże wpisów – jak to w przypadku bloga bywa – jest przeważnie sam autor. Jakie w takim razie są te Rzeczy utracone? Podobnie jak ich twórca, różnorodne i pełne pozornie wykluczających się skrajności. Zdarzają się fragmenty wesołe i smutne, anegdoty i opowiastki z życia mieszają się z czymś na kształt spowiedzi czy wyznania wiary. Język śliczny, wyszukany, kotłuje się nie raz i nie dwa z wulgaryzmami, ale cały czas czuje się, że to dzieje się nie bez przypadku, w służbie treści, ku osiągnięciu takiego, a nie innego wyrazu. A treściowo? Dużo tu jest Orbitowskiego obserwującego i analizującego otaczający go świat, ale obudowującego tenże świat specyficznym dla siebie komentarzem, zwięzłym, skromnym, przewrotnym, doskonale oddającym złożoność ludzkiej natury. Rzeczy piękne nieraz zostaną tutaj wyszydzone i zmieszane z błotem, te brzydkie wyniesione na piedestał. Sam autor ucieka od mitologizowania swojej postaci i choć zdarza mu się raz po raz wyrażać zadowolenie z takich, a nie innych kolei, którymi toczy się jego życie, dominuje w tej książce chyba jednak subtelna gorycz i smutna autorefleksja. Więcej niż tryumfalnego wymachiwania ramionami jest też ironicznego dystansu i spoglądania na siebie z przymrużeniem oka. W sumie tematów Orbitowski porusza tu niemało, i nawet jeśli wchodzi w nie może niezbyt głęboko, to regularnie bije po pysku trafnością sformułowań, niebanalnością sądów, plastycznością opisów. W efekcie w postaci Rzeczy utraconych otrzymujemy literaturę nie wymagającą szalonego skupienia, ze względu na zwięzłość formy doskonałą do lektury w drodze, za to inteligentną, pełną emocji i językowo wysmakowaną. Polecam.

Lars Kepler, Plac zabaw – Dawno już żadna książka tak bardzo mnie nie rozczarowała. A szkoda, bo potencjał na dobrą, równą powieść był spory, tylko został okrutnie zmarnowany. Ale od początku, zacznijmy od fabuły. Porucznik Jasmin Pascal-Anderson bierze udział w akcji wojskowej w Kosowie. Zostaje ciężko ranna, jej serce staje. Podczas śmierci klinicznej ma wizję osobliwego przedsionka królestwa zmarłych – niebezpiecznego, nękanego przez zbrodniczą Triadę chińskiego portowego miasta, skąd umarli odpływają ku nieznanemu, a ludzie tacy jak Jasmin, zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, czekają aż ich los stanie się jasny. Młoda pani porucznik zostaje odratowana i wraca do świata żywych. Odchodzi z armii, zakłada rodzinę, ma dziecko. A potem – jak nietrudno przewidzieć – nieszczęśliwy splot wydarzeń sprawia, że musi powrócić w to straszne miejsce i walczyć o życie swojego ukochanego synka na tytułowym placu zabaw.  Z początku Plac zabaw prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Autorzy (Lars Kepler to pseudonim pary szwedzkich pisarzy) dość wiarygodnie opisują wojskową akcję, widać też, że odrobili zadanie domowe w kwestii medycyny czy różnych wierzeń dotyczących życia pozagrobowego. Powieść napisana jest zgrabnie, plastycznym językiem, z dbałością o detale i smaczki budujące fascynującą scenografię królestwa śmierci. Co w takim razie poszło nie tak? Szwankują niestety dwa kluczowe elementy: logika i spójność. Postaci często zachowują się dziwacznie, mało realistycznie. Główna bohaterka, mimo że w wojsku dochrapała się stopnia porucznika, miała spore doświadczenie polowe i była ponoć znakomicie wyszkolona, przez znakomitą część książki poddaje się najprostszym emocjom i reaguje w sposób, którego można by spodziewać się raczej po zastraszonej szarej myszce. Poza tym  sam główny pomysł, na którym zasadza się fabuła Placu zabaw, roi się od logicznych luk i niespójności, które skutecznie odbierają przyjemność z lektury. Mogło być bardzo dobrze – mogła być fascynująca, inteligentnie przedstawiona i wciągająca powieść o matce gotowej zrobić wszystko, żeby ratować swoje dziecko. Dostaliśmy jednak płytki i banalny miszmasz obyczajówki, thrillera i Igrzysk Śmierci, który czyta się błyskawicznie, ale bez większej frajdy i satysfakcji.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon – No i co ja mam począć z tą książką? Z jednej strony Radio Armageddon to stylistyczna petarda. To książka językowo genialna, znakomita na każdym poziomie – od doboru słów, przez rytmikę zdań, na całym pomyśle na narrację kończąc. Wykonanie iście mistrzowskie i godne znacznie starszego, dojrzalszego autora. Z drugiej strony… z drugiej strony jest treść. I nie chodzi o to, że fabuła kuleje, że nuda albo jakieś bezsensowne bzdurzenia o niczym. Nic z tych rzeczy. Żulczyk opowiada pełną brudu i nieprzyjemności historię czterech przyjaciół, którzy zakładają zespół punkrockowy, ten zaś niemal sam z siebie błyskawicznie przeistacza się w organizację terrorystyczną i nieokiełznane zjawisko społeczne.  I tu jak dla mnie pojawia się problem. Bo Żulczyk za pomocą tego szalenie trafnego, precyzyjnego, obrazowego języka, nad którym zdaje się panować aż po najdrobniejszy detal, opowiada historię totalnie odrealnioną, absolutnie niemożliwą. Jego postaci nie są ludźmi, tylko bohaterami rodem z kart komiksu, skrajnie przerysowanymi karykaturami. Zdarzenia tak samo – wszędzie tu pełno przesady, pełno niewiarygodnych konsekwencji i osobliwych rezultatów. Tak jakby autor, podobnie jak opisywany przez niego zespół postanowił rozkręcić swój wzmacniacz do oporu, a potem wycisnąć z niego jeszcze ciupinkę więcej. Nie wyszło – przynajmniej jak dla mnie. To znaczy, nie wyszło o tyle, że mogła z tego powstać jedna z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem, a wyszła książka po prostu bardzo dobra. Bo Żulczyk mówi w niej o różnych rzeczach bardzo trafnie, bardzo pięknie i przygnębiająco zarazem, zachwyca na poziomie słów, zdań i akapitów, ale nie osiąga jednej rzeczy, która dla mnie osobiście jest w literaturze bardzo ważna – zawieszenia niewiary. I choć podczas czytania szczęka opadała mi raz po raz do kolan z podziwu dla językowych popisów autora, ani na moment nie zapomniałem, że czytam książkę, że jestem poza tą opowieścią, a nie w niej.

Marcin Mortka, Tappi i urodzinowe ciasto – Na łamach niniejszego bloga opisuję przeważnie pozycje dla czytelników dorosłych, ewentualnie dla młodzieży. Tym razem pozwolę sobie zrobić wyjątek, a to dlatego, że – jak sądzę – niemało osób, które to czytają mają dzieci/wnuki/młodsze rodzeństwo/kuzynostwo etc. A problem z pozycjami dla szczególnie młodych czytelników jest taki, że wśród mrowia rzekomo dobrych pozycji, sporo jest tekstów zwyczajnie mizernych. Na tym większą uwagę zasługują moim zdaniem książki dobre: treściowo wartościowe i ładnie napisane. Tym bardziej, jeśli nie są tłumaczeniami, ale popełnił je autor polski. Tym razem na pochwałę zasłużył Marcin Mortka, autor, którego teksty dla dorosłych często budziły we mnie raczej mieszane odczucia. Otóż w historyjkach o Tappim Mortka spisał się wybornie. Perypetie poczciwego wikinga oraz jego zamieszkujących Szepczący Las przyjaciół – między innymi niedźwiedzia Brzuchacza, renifera Chichotka czy kruka Paplaka – to dla rodzica szukającego dobrej książki do czytania dziecku prawdziwa perełka. Te historyjki są ładnie napisane, skomponowane przy użyciu słownictwa bogatego, ale bez niepotrzebnej przesady, ujęte w karby płynnej, a równocześnie zwięzłej narracji. Śmieszą, bawią, stymulują wyobraźnię. Charakterystyczni bohaterowie budzą autentyczną sympatię, a fabuła nie obraża inteligencji czytelnika –ani tego młodszego, ani tego starszego. Poza tym, co szczególnie cenne w przypadku tekstów dla dzieci, opowieści o Tappim przekazują – mimochodem, bez sztywnego, nachalnego moralizatorstwa – różne ważne prawdy i promują wartości, które chyba każdy rodzic chciałby wpoić swoim pociechom. Dla mnie bomba, dla mojego cztero(ipół)latka również – dowodem niech będzie fakt, że od miesiąca na dobranoc nie czytamy nic innego.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia maja

Robert Galbraith, Żniwa zła – Kiedy J.K. Rowling kończyła serię spod znaku Harry’ego Pottera, nie brakowało tych, którzy wieścili jej koniec pisarskiej kariery. Jedni sądzili, że autorka odpuści kompletnie i będzie sobie bimbała, ciesząc się milionami na koncie; inni podejrzewali, że spróbuje wypuścić kolejną serię fantasy, która zawiedzie wszelkie oczekiwania, będąc ni mniej ni więcej tylko wariacją na ograny już temat. Tymczasem Rowling DAJE CZADU. Pomijając znakomity (choć kompletnie od HP inny i znacznie trudniejszy) Trafny wybór oraz scenariusz doskonałych moim zdaniem Fantastycznych zwierząt…, jako Robert Galbraith popełniła już trzy części kryminalnej serii z duetem Cormoran Strike i Robin Ellacott w roli głównej. I wszystkie trzy są bardzo, bardzo dobre. Tom trzeci, Żniwa zła, zaczyna się niemal sielsko: po dwóch nagłośnionych sprawach agencja detektywistyczna Strike’a jest rozchwytywana, Robin szykuje się do ślubu, a sam Strike ma nową, zjawiskowo piękną dziewczynę. Wkrótce jednak sprawy poważnie się komplikują – przysłana do biura, ale zaadresowana do Robin paczka okazuje się zawierać odciętą nogę. Co więcej, różne ślady sugerują, że sprawca tego niecodziennego czynu pała osobistą urazą do Strike’a i zrobi wszystko, by skrajnie uprzykrzyć mu życie, a potem go zniszczyć. Detektyw będzie zmuszony sięgnąć do swojej przeszłości i odnaleźć w niej osobę, którą prasa nie bez powodu nazwie kolejnym Kubą Rozpruwaczem. Żniwa zła oferują mniej więcej to samo, co dwa wcześniejsze tomy cyklu:  bardzo dobry styl, umiejętnie prowadzoną narrację, ciekawe postaci i wiarygodnie zarysowane relacje między nimi. Zagadka, z którą zmaga się Strike – a wraz z nim i czytelnicy – jest wciągająca i satysfakcjonująca, a po przeczytaniu całości trzeba przyznać Rowling, że przy konstruowaniu intrygi odwaliła kawał pracy iście koronkowej, wymagającej olbrzymiej precyzji i zastanowienia. W sumie otrzymujemy książkę, która na miejsce w kanonie literatury pięknej niestety nie ma co liczyć, ale jest przykładem perfekcyjnie napisanej powieści gatunkowej.

Mapa Cieni (antologia) – Mapa Cieni to rzecz dziwna. Powodów jest kilka. Po pierwsze, to jedyna znana mi antologia, w której reportaże łączone są z opowiadaniami, a jakby tego było mało – owe opowiadanie są inspirowane lub bezpośrednio powiązane z miejscami przedstawionymi w rzeczonych reportażach właśnie. Po drugie, to książka, wokół której zrobiło się swego czasu sporo medialnego szumu, a jednak znalezienie rzetelnego wydawcy, który dociągnąłby sprawę do mety, trwało bardzo, bardzo długo. Po trzecie, to książka, która ma gigantyczny potencjał marketingowy (chociażby na rynku lokalnym, w Małopolsce, a przede wszystkim w Krakowie), a z którego wydaje się, że nikt nie robi użytku. Ale po kolei. Mapa Cieni to dziecko przede wszystkim dwóch osób: Michała Stonawskiego i Krzysztofa Bilińskiego. Ci dwaj panowie nie tylko odwiedzili szereg rzekomo nawiedzonych miejsc w Krakowie i jego najbliższych okolicach, ale namówili też grupę autorów z polskiego grozowego poletka do popełnienia związanych z nimi tekstów. W efekcie na Mapę Cieni składa się 15 reportaży i 15 opowiadań. Reportaże są napisane dobrze, ze smakiem i pomysłem – Michał Stonawski, który jest autorem wszystkich, spisał się znakomicie, szczególnie jak na tak młodego autora. Jeśli czegoś mi w tych reportażach zabrakło, to chwilami nieco więcej gotowości naszych dwóch domorosłych detektywów do grzebania za informacjami, więcej żarliwości w dochodzeniu prawdy – mam wrażenie, że zbyt łatwo odpuszczali, zbyt łatwo poddawali się i poprzestawali na informacjach łatwo dostępnych. Gdyby troszkę bardziej się wysilili, może mielibyśmy do czynienia z perełkami, a tak reportaże prezentują się po prostu dobrze. A opowiadania? Tu niestety jest różnie. Naprawdę atrakcyjnych, świeżych pomysłów raczej tu nie uświadczymy, ale umówmy się, że w horrorze oryginalność jest często niepotrzebnym zbytkiem. Szalenie ważny jest natomiast styl, umiejętność budowania napięcia albo konstruowania scen, które wpiją się w mózg jadowitymi kłami i na dłuższy czas zatrują nam sny. Tym pochwalić się niestety mogą tylko niektóre z tekstów opublikowanych w Mapie Cieni. Bank rozbija Aleksandra Zielińska – ujmuje stylem, trzyma czytelnika za mordę, na każdym kroku pokazuje, że doskonale czuje swoją opowieść. Michał Stonawski też staje na wysokości zadania: oferuje tekst krótki, ale niesłychanie zgrabny i z kilkoma smakowitymi detalami. Łukasz Radecki zapada w pamięć swoją „Bielą” – zarówno pod względem pomysłu, jak i wykonania. A reszta? Napisana poprawnie i czytana bez bólu, ale też nie zostaje na dłużej w czerepie, nie kołacze się pod czaszką ponurymi obrazami ani niepokojącymi myślami. No i są dwa opowiadania, które zwyczajnie mnie zmęczyły, nie dając niestety nic w zamian – pozwolę sobie przemilczeć które. To jak w sumie jest z tą Mapą Cieni? Warto? Nie warto? Fanom grozy oraz osobom rozmiłowanym w smakowitych tajemnicach Krakowa i okolic polecam. Wobec innych poprzestanę na tym, że nie będę odradzał.

Black Mirror (sezon 3) – Serial produkowany pierwotnie przez brytyjski Channel 4 trafił od trzeciego sezonu pod skrzydła Netflixa. Byli z pewnością tacy, którzy obawiali się, jakie to pociągnie za sobą zmiany, ale spieszę uspokoić czarnowidzów – jest dobrze. Black Mirror to dalej to samo smakowite danie: błyskotliwy i nierzadko mroczny serial w formacie antologii (każdy odcinek opowiada autonomiczną historię, posiada właściwych sobie bohaterów i swój własny świat przedstawiony), gdzie wspólnym mianownikiem poszczególnych epizodów jest wpływ technologii na ludzkie życie. Podobnie jak w przypadku poprzednich sezonów mamy tu do czynienia z science fiction bardzo bliskiego zasięgu (czyt. zaawansowanie technologiczne znajduje się na obecnym albo tylko nieznacznie wyższym poziomie). A same historie, poruszane problemy? Cudownie różnorodne. Jest wariacja na temat życia po życiu, jest krytyka kierunku, w jakim zmierzają media społecznościowe. Pojawiają się wątki technologii użytej do ochrony środowiska, prowadzenia działań militarnych czy dostarczenia rozrywki. Jest odcinek o zabarwieniu stricte obyczajowym, są dwa dreszczowce, jest epizod na wpół wojenny. Jest też horror, jest wreszcie stosunkowo pogodny, momentami wręcz ocierający się o komedię „San Junipero”. A wszystko to opowiedziane z niesłychanym smakiem, pomysłowo, do tego bardzo dobrze skonstruowane, zagrane, wyreżyserowane. Ja osobiście nie mam żadnych zastrzeżeń i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki.

Deep Purple, Infinite & The Long Goodbye Tour – Zespoły rockowe, które powstały w latach 60-tych czy 70-tych i dochrapały się statusu gwiazd można w gruncie rzeczy podzielić na trzy grupy. Pierwsza to te, które z jakichś względów zgasły u szczytu sławy i na zawsze zachowają status ikon – vide Led Zeppelin. Druga to zespoły, które przez kolejne dekady odcinają kupony od dawnej sławy, w jakimś tam stopniu niezdolne albo i niechętne do zdyskontowania niegdysiejszych sukcesów – tu można by przywołać chociażby The Who, którzy choć raz po raz jeżdżą w trasy, na przestrzeni ostatnich 35 lat wypuścili jedną płytę. Jest i trzecia grupa – ci, którzy nie składają broni, tylko uparcie robią swoje, nagrywają nowe albumy, jeżdżą w trasy. Do tej ostatniej kategorii należą panowie z Deep Purple, jednej z moich absolutnie najulubieńszych kapel wszechczasów.  Na szczęście, bowiem ten kwintet ma do zaoferowania nie tylko wielkie doświadczenie, ale też wyśmienite pomysły, wirtuozerskie umiejętności i niegasnącą a przebijającą spod każdego dźwięku miłość do tego, co robią. Ich najnowsza – a zarazem, jeśli wierzyć plotkom, ostatnia – płyta pt. Infinite może się pochwalić wszystkim tym, co u Purpli najlepsze. Mamy tu nieoczywiste, ale wpadające w ucho kompozycje, piękne brzmienie, a także solówki zagrane nie tylko ze stosownym dla wieku wyczuciem i kunsztem, ale też z całkiem młodzieńczą werwą. Ian Gillan, mimo 71 lat na karku, brzmi znakomicie, a na płycie serwuje nam – moim skromnym zdaniem – najlepsze linie od czasu płyty Bananas z 2003 roku. W ogóle cały zespół brzmi świetnie: spójnie, naturalnie, żywo. Muzycy grają z niesłychanym wyczuciem: nie wchodzą sobie w paradę, ale nawzajem komplementują i uzupełniają swoje popisy, przez co wszystko chodzi jak w zegarku i robi autentycznie niesamowite wrażenie. Polecam wszystkim miłośnikom klasycznego rocka i nie tylko.

Płyta to jednak ledwie połowa sukcesu; wiadomo przecież, że zdolny producent i odpowiednia porcja mamony potrafią sprawić, że nawet przeciętny zespół zabrzmi bardzo dobrze (z jakichś względów nie sprawdza się to w przypadku Metalliki, ale może w ten akurat temat się nie zagłębiajmy). Miałem przyjemność posłuchać Deep Purple na ich majowym koncercie w łódzkiej Atlas Arenie i wyszedłem zmiażdżony. Oczywiście, możliwość usłyszenia ukochanych utworów na żywo na pewno jest gigantycznym plusem i wpływa na odbiór całości – ale to nie wszystko. Purple zachwycili brzmieniem (wszystko słychać było znakomicie), fenomenalną formą (cały wypakowany niełatwymi przecież numerami set zagrali praktycznie bez zająknięcia), brawurowymi popisami i energią, której pozazdrościć mogliby im wykonawcy o połowę młodsi. Ian Gillan, fakt, zmieniał niektóre partie (ale, do diabła, mało który wokal znajdujący się obecnie w pełni sił uciągnie partie Gillana napisane przez niego w młodości, a co dopiero podobny dinozaur) ale nie fałszował,  a sposób, w jaki poradził sobie z otwarciem koncertu zrobił na mnie gigantyczne wrażenie (trzy numery – „Time for Bedlam” z ostatniego krążka i potem klasyki „Fireball” oraz „Bloodsucker” – chłopaki zagrali właściwie zlane w jeden, bez najmniejszej przerwy na złapanie oddechu). W sumie był to jeden z najlepszych  koncertów, na których gościłem, i opuszczając Łódź miałem mieszane odczucia: z jednej strony byłem szczęśliwy, że to doświadczenie mnie nie ominęło, z drugiej z jeszcze większym bólem zdałem sobie sprawę z tego, jak wielką pustkę pozostawią po sobie Purple, kiedy zakończą karierę.

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia kwietnia

Christopher Priest, Odwrócony świat – Do tej pory książki wydawane przez Maga w seriach Uczta Wyobraźni i Artefakty darzyłem olbrzymią estymą i żyłem w przekonaniu, że czegokolwiek nie chwycę, trafię na rzecz cenną. Nie zawsze łatwą w odbiorze – przykładowo Welin Duncana męczyłem i męczyłem, ale było to męczenie bardzo satysfakcjonujące – ale obiektywnie wartościową. A tu niestety spotkało mnie rozczarowanie. Zaczyna się, przyznaję, bardzo obiecująco: oto dostajemy miasto poruszające się po nieustannie przestawianych torach i uciekające przed nieokreśloną zagładą, do tego zmagające się z licznymi problemami. Rewelacyjny koncept, a kolejne informacje uzyskujemy powoli, w miarę jak zdobywa je przechodzący szkolenie główny bohater. A potem… potem zaczyna się – moim skromnym zdaniem – wielkie nic. Autor, nie chcąc przedwcześnie zdradzić finałowego twistu, skąpi informacji o świecie, przez co ten wydaje się nieprzemyślany, pozbawiony głębi i charakteru. Sam finał natomiast… cóż, nie posiadam wiedzy naukowej, żeby móc dyskutować z konceptem Priesta, ale dla mnie jest ten finisz ociupinę nazbyt naciągany, zanadto kojarzy się z nachalnym deus ex machina… choć to może tylko mój problem. W każdym razie jestem zdania, że Odwrócony świat to materiał na długie opowiadanie, niepotrzebnie rozdmuchany do rozmiarów powieści, tym bardziej że Priest pisze sucho i prosto, na żadnym etapie nie zachwyca stylem. W efekcie pomysł, który mógłby dać owoce w postaci, powiedzmy, znakomitej noweli, przyjmuje formę przyzwoitej, ale nie rewelacyjnej powieści. Przeczytać można, ale musu nie ma.

Roger Zelazny, Dziewięciu Książąt Amberu – Przyznaję się na wstępie: to moje pierwsze starcie z Amberem. Czytałem wcześniej inne rzeczy Zelaznego, ale Kroniki Amberu jakoś mnie omijały. I może winny jest właśnie fakt, że nie załapałem się na tę książkę w wieku lat dwunastu czy trzynastu, ale teraz daleko mi do zachwytów. Podobnie jak w przypadku wspomnianego wyżej Odwróconego świata, początek jest obiecujący. Jest główny bohater z amnezją, jest szereg tajemnic czekających na rozwikłanie. Jest minimalistyczna, ale klimatyczna narracja, a także sprytnie poprowadzone dialogi, w których protagonista stara się nie zdradzić przed otaczającymi go postaciami ze swoją daleko idącą ignorancją. W pewnym momencie jednak akcja przyspiesza na łeb na szyję. Postacie przeskakują z lokacji w lokację, a opisy tychże są tak szczątkowe, jakby autorowi brakło wyobraźni albo zwyczajnie nie starczyło chęci do klepania w przyciski maszyny do pisania. Jednak największym problemem pierwszego tomu Amberu nie jest ani ta skrajna lakoniczność, ani pędząca na złamanie karku fabuła – jest nim fakt, że główny bohater nie wzbudza żadnych uczuć. Nie jest ani uroczym łotrem, ani szlachetnym naiwniakiem, ani nawet do cna zepsutym sukinsynem – jest pozbawioną charakteru wydmuszką, podobnie zresztą jak jego liczni bracia i szereg innych postaci. A fabularny motor – walka o tron – kompletnie do mnie nie trafia, gdy jest tylko tym i niczym więcej, bez żadnego drugiego dna, bez głębszych motywacji, pragnień, strachów i marzeń. Mogłaby równie dobrze być walką o diamentową marchewkę albo złote kalesony i wzbudzałaby we mnie równie wiele emocji. Podsumowując – jestem tym pierwszym amberowym tomikiem dalece rozczarowany i chyba po ciąg dalszy nie sięgnę. I niby rozumiem, że to staroć, że rok 1970, że wtedy jeszcze w zasadzie mało kto wiedział, jak pisać fantasy… ale jednak w porównaniu z takim Czarnoksiężnikiem z Archipelagu Le Guin (1968) książeczka Zelaznego odpada w przedbiegach.

Rainbow Rowell, Eleanor & Park – To teraz dla odmiany coś, co okazało się pozytywnym zaskoczeniem. Eleanor & Park to młodzieżówka autorstwa Rainbow Rowell. Wydana została w roku 2013, ale jej akcja toczy się w roku 1986 – w czasach, kiedy komiksy odżywały jako medium za sprawą Franka Millera i Alana Moore’a, a na scenie muzycznej tryumfy święcili The Smiths i U2 (choć to drugie akurat jakoś w niewielkim stopniu uległo zmianie na przestrzeni tych 30 lat z okładem). Wspominam o tym nieprzypadkowo, ponieważ właśnie komiksy i muzyka stanowią ważną część tej książki oraz płaszczyznę porozumienia między parą tytułowych bohaterów, na pierwszy rzut oka zupełnie od siebie odmiennych. Ona to duża dziewczyna z zauważalną nadwagą, zamiłowaniem do niespasowanych, dziwacznych kombinacji ubrań oraz fatalną sytuacją rodzinną. On to drobnej budowy syn Amerykanina i Koreanki, który ma ładny dom, dobrze sytuowanych rodziców, a po lekcjach ćwiczy taekwondo. Dzieli ich praktycznie wszystko, a połączy… no dobra, wiadomo że to jest młodzieżówka, wiadomo więc, w jakim kierunku to zmierza. Ale – w przypadku tej książki sęk tkwi nie w tym „co”, ale „jak”. Ta konkretna historia miłosna pary nastolatków ma szereg zalet. Po pierwsze pokazuje relację zmieniającą się powoli, kroczek po kroczku, bardzo wiarygodnie i naturalnie – nie mamy tutaj bajkowej miłości od pierwszego wejrzenia i podobnych bzdurek. Po drugie nie mamy tu tak typowych dla prozy młodzieżowej uproszczeń. Problemy, z którymi stykają się bohaterowie, są boleśnie realne i nie da się dla nich znaleźć prostych, natychmiastowych rozwiązań. Jeśli dodać do tego szczyptę humoru, nawiązania do komiksów i muzyki oraz stosowane przez autorkę narracyjne tricki, proste ale całkiem efektowne, otrzymujemy w rezultacie kawałek bardzo przyjemnej i satysfakcjonującej prozy.

PS. Książka ta została przetłumaczona na polski, ale nie mam pojęcia, na ile został w niej zachowany prosty, ale w swojej prostocie urokliwy styl Rowell. Ja miałem do czynienia z wersją angielską.

PS II. Jeśli przyjdzie Wam do głowy – tak jak niżej podpisanemu – sięgnąć po anglojęzycznego audiobooka tej książki, nastawcie się na dużo szeptania. Czyli albo nie słuchajcie jej w rozklekotanych autobusach, albo zaopatrzcie się w naprawdę dobre słuchawki 🙂

Sherlock, sezon 4 – Kiedy przed kilku laty obejrzałem pierwszy odcinek Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem, byłem zachwycony. Podobały mi się postaci, uwspółcześnione i atrakcyjnie przetworzone motywy z książek Doyle’a, fenomenalna atmosfera i błyskotliwe dialogi. No a gdy jeszcze doszedł absolutnie genialny Andrew Scott w roli Moriartego, niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Pierwsze trzy sezony serialu wciągnąłem bez zastrzeżeń i śladu wahania – nawet gdy część moich znajomych narzekała na trzecią serię, ja akceptowałem każde zagranie twórców (poza samym finałem, który można było rozegrać inaczej – w sposób bardziej przebiegły i godny intelektów Sherlocka oraz Mycrofta). Zgrzyty pojawiły się przy odcinku specjalnym „Upiorna Panna Młoda” – niby postaci wciąż dawały radę, dialogi bawiły, akcja wciągała, a realizacja stała na najwyższym poziomie, ale coś już się nie kleiło tak jak wcześniej. A potem przyszedł wytęskniony sezon 4… który okazał się, moim zdaniem, w dużej mierze niewypałem. Niby znakomita większość elementów prezentuje się tak jak dawniej, ale nie do końca. Znana z wcześniejszych serii konwencja „z przymrużeniem oka” poszła już w zupełnie komiksowe przerysowanie. Intelektualne zagadki zeszły na plan drugi (albo nawet i trzeci), ustępując miejsca niepotrzebnie pędzącej akcji i mnożeniu wątków. Elegancka, przemyślana konstrukcja zniknęła na rzecz sportu pod tytułem „upchnijmy tu jak najwięcej zwrotów akcji”, a w dziurach logicznych można by z powodzeniem zgubić but. Koniec końców z Sherlocka robi się po prostu jeszcze jeden thriller napędzany tanimi emocjami, naciąganymi fabularnymi twistami i patentami ogranymi nie raz i nie dwa w poprzednich sezonach. Mnie osobiście diablenie szkoda zmarnowanego potencjału i mam nadzieję, że twórcy na tym poprzestaną i nie będą dalej rozmieniać na drobne serialu, który swego czasu zmiótł mnie z nóg.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz