Drugie wydanie Opowieści niesamowitych – premiera coraz bliżej!

Z nieskrywaną przyjemnością i dumą donoszę, że już za niecały miesiąc – a dokładnie 28.08.2018 – swoją premierę będzie miało drugie wydanie mojego ebookowego zbioru opowiadań Opowieści niesamowite. Jego okładkę (z ilustracją autorstwa niesamowitego Łukasza Matuszka) możecie zobaczyć poniżej, dalej zaś czeka na Was spis treści.

Spis treści:

  1. Zaginięcie Benedicta Constantine’a
  2. Kołysanki dla umarłych
  3. Zły szeląg
  4. Pielgrzymka
  5. Pojedynek
  6. Bociani zagon
  7. Opowieść, którą znam tylko ja
  8. Farid Tkacz i latający dywan
  9. Zabijając ptaki
  10. Koszmat z Yelland
  11. Białe piekło
  12. Pudełko pełne cudów
  13. Ostatni śnieg w roku

Ci z Was, którzy czytali już wcześniej ten zbiorek, zauważyli zapewne, że w miejsce oryginalnych dwunastu opowiadań sprzed pięciu lat jest ich obecnie trzynaście. Jako bonus w drugim wydaniu pojawia się premierowy tekst „Zaginięcie Benedicta Constantine’a” rozgrywający się w uniwersum Wolsunga, a więc coś szczególnie miłego dla miłośników przygodowego steampunka – choć mam nadzieję, że inni też przeczytają ten utwór bez bólu. Jeśli chodzi o pozostałe teksty, to zostały one od nowa przeredagowane i jeszcze raz poddane korekcie; w niektórych przypadkach skończyło się na kilku kosmetycznych zmianach, ale inne opowiadania zostały znacząco rozbudowane, co – szczerze w to wierzę – sprawia, że są o klasę lepsze niż ich pierwotne wersje. Serio, odwaliliśmy z redaktorem drugiego wydana Dawidem Wiktorskim kawał roboty – a czy dobrej? To będziecie mogli ocenić sami już 28. sierpnia. Ebook będzie można wtedy pobrać ze strony projektu wydawniczego Fantazmaty, którego częścią są moje Opowieści niesamowite i gdzie już teraz znajdziecie mnóstwo informacji o książce, a także o innych inicjatywach Dawida i reszty tej znakomitej ekipy.

Pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się!

Reklamy
Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

O dzieciach, płaczu i grozie codzienności

Dzieci robią z rodzicami straszne rzeczy. Nie chodzi mi bynajmniej o aspekt fizyczny i przypadki testowania na ojcu działania młotka, zszywacza albo wiertarki udarowej. Mam na myśli przede wszystkim wymiar psychologiczny i emocjonalny. Nie wiem, czy dotyczy to większości rodziców czy może tylko wyjątkowo podatnej grupki, ale w moim osobistym przypadku wpływ ten jest nie do przecenienia. Obecnie, w pięć i pół roku po narodzinach mojego dziecka jestem – i mogę to ocenić ze sporą dozą obiektywizmu – osobą cierpliwszą, obdarzoną większą empatią i w pewnych dziedzinach znacznie bardziej spostrzegawczą, bowiem niczym ósmopoziomowy łotrzyk z Baldur’s Gate, momentalnie widzę na czerwono wszystkie pułapki, które czyhają na moje biedne dziecko. Są też i bardzo konkretne minusy: przykładowo cierpię z powodu ujemnego modyfikatora do umiejętności „mocna głowa”, w rozmowach z osobami nie posiadającymi dzieci mam radykalnie okrojone opcje dialogowe, do tego większość otrzymywanych przeze mnie questów sprowadza się do „odwieź dziecko do przedszkola i zdąż do pracy”, „zbuduj z klocków Lego Sokoła Milenium” albo „nie zaśnij w trakcie czytania na głos tego samego odcinka Asteriksa i Obeliksa po raz trzydziesty dziewiąty”. Wszystkie te wady blakną jednak wobec zmiany najistotniejszej.

Mianowicie stałem się mazgajem.

Pamiętam jeszcze te wspaniałe chwile sprzed objawienia się mojego potomka, kiedy mogłem bez strachu oglądać najgorsze wyciskacze łez i co najwyżej wzdychać ze zniecierpliwieniem. Pamiętam reżyserskie tricki, które miały za cel chwycić mnie za serce, a na które potrafiłem bez trudu reagować śmiechem. Nic mnie nie ruszało. Cóż, było, minęło. Wszystko przepadło. Pal diabli jeszcze animacje Pixara – jedną łezkę, która gdzieś się tam zakręci w oku można jeszcze od biedy zamaskować, zwalić na alergię czy na paproch, co złośliwie utknął pod powieką. Ale już przykładowo Interstellar zostawił mnie bez szans. Przy scenie, w której Matthew McConaughey odbiera nagromadzone przez kilkadziesiąt lat wiadomości od swojej córki ja po prostu wymiękam i zaczynam ryczeć jak najgorsza pierdoła. Nic na to nie mogę poradzić, to silniejsze ode mnie.

Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby bakcyl na tym poprzestał i nie mutował dalej. Mógłbym pogodzić się z płaczliwością, ale okazuje się, że zmiany postępują, a kolejne lata niosą ze sobą kolejne niespodzianki. Otóż teraz rzuciło mi się na ośrodek mózgu odpowiedzialny za strach, a obserwację tę poczyniłem przy okazji oglądania dwóch seriali, nawiasem mówiąc w moim odczuciu znakomitych. Tym, co obejrzałem były – wreszcie! – drugi sezon Stranger Things oraz zrealizowana przez HBO siedmioodcinkowa perełka pod tytułem Wielkie kłamstewka.  Stranger Things – jak wiedzą prawdopodobnie wszyscy mieszkańcy naszego globu, którzy są świadomi istnienia Netflixa – to młodzieżowa przygodówka z elementami horroru, która czerpie garściami z klimatu lat osiemdziesiątych i takich tekstów kultury jak Goonies, To, E.T. i wiele innych. Natomiast Wielkie kłamstewka to adaptacja powieści Liane Moriarty, podlana kryminalnym sosem obyczajówka o matkach, dzieciach, namiętnościach i ambicjach, o sąsiedzkich intrygach i demonach kryjących się w na pozór zwyczajnych ludziach. Na pierwszy rzut oka trudno o dwa bardziej od siebie różne seriale, a jednak da się znaleźć dla nich pewien wspólny mianownik, w obu bowiem cierpi dziecko. W Stranger Things mamy biednego Willa, który styka się z mrocznymi mocami, a w konsekwencji cierpi okropnie, przede wszystkim fizycznie, ale też psychicznie, wszystko zaś pokazane jest bardzo wiarygodnie, zbliżenia kamery stawiają widza tuż obok tego przerażonego dzieciaka, męczonego ponad ludzkie wyobrażenie. W Wielkich kłamstewkach mamy do czynienia z czymś zgoła innym: pierwszego dnia w szkole chłopiec imieniem Ziggy zostaje oskarżony o próbę duszenia koleżanki. Sam zainteresowany zaprzecza, zapewnia, że jest niewinny, konkretnych dowodów brak, ale to okazuje się bez znaczenia, samo podejrzenie wystarczy, żeby chłopiec został przez pewną grupę rodziców (i w konsekwencji również dzieci) napiętnowany jako agresywny łobuz, wykluczony, społecznie odizolowany.

I tu właśnie uruchamia się we mnie ten specyficzny, rodzicielski wirus. O ile męki Willa ze Stranger Things przyjmuję ze spokojem – bo przecież moje racjonalne ja wie, że nie ma żadnych potworów, a w konsekwencji nie ma powodowanego przez potwory bólu i pochodnych traum – o tyle to, co spotyka Ziggy’ego w Wielkich kłamstewkach napawa mnie autentyczną zgrozą. Bo jest prawdziwe. Bo jest możliwe. Bo twarz Ziggy’ego i jego oczy, oczy dziecka, które nie rozumie, co się dzieje, które boi się i smuci, mogłyby być twarzą i oczami mojego własnego dziecka.

Na koniec tych luźnych rozważań pozwolę sobie dodać coś jeszcze. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, na dniach po raz drugi zostanę ojcem. Wspominam o tym z dwóch względów. Po pierwsze jeśli moja aktywność tutaj, na blogu spadnie na przestrzeni najbliższych miesięcy niemal do zera, będziecie wiedzieli, dlaczego tak się dzieje – bo siedzę po pachy w pieluchach i wyjaśniam z uporem maniaka, że krówka robi „muuu!”. Po drugie skoro bakcyl rodzicielstwa poczynił we mnie takie spustoszenie przy okazji pierwszego dziecka, boję się pomyśleć, co zrobi ze mną dalsze potomstwo. Bo że coś zrobi – i że będzie to coś ekscytującego, ale też potwornego – nie mam najmniejszych wątpliwości.

Trzymajcie się. Do rychłego (tak wiem, łudzę się) przeczytania.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia kwietnia

Paweł Majka, Wojny przestrzeni – Wcześniejsze losy Mirosława Kutrzeby i jego nietuzinkowych towarzyszy, które Paweł Majka opisał w Pokoju światów, podobały mi się bardzo (więcej na temat tamtej książki piszę TUTAJ). Autor, wcześniej mi nieznany, zachwycił mnie wtedy przede wszystkim wizją świata, mnogością odjazdowych pomysłów, wciągającą fabułą, zgrabnym czerpaniem z różnych konwencji. Językowo też było bardzo smacznie, bowiem Majka włada polszczyzną z biegłością, swobodą i polotem, które wprawiłyby w zakłopotanie niejednego znacznie bardziej utytułowanego literata. Wojen przestrzeni, powiem szczerze, trochę się obwiałem, bo po doskonałym w moim odczuciu Pokoju światów, mogło być tylko gorzej, ewentualnie równie dobrze. Niestety, koniec końców okazało się, że te moje niepokoje były uzasadnione: Wojny przestrzeni, choć dalej baaardzo dobre, to książką słabsza niż jej poprzedniczka. Za dużo tu bajerów i smaczków, które mają wzbogacać i uatrakcyjniać świat, ale rozwlekają narrację, spowalniają akcję, ograniczają moc rażenia fabuły. Za dużo oddzielnych płaszczyzn, na których toczą się wydarzenia (płaszczyzn nie tylko przestrzennych, ale i czasowych), za dużo płaskich postaci, ot literackich statystów, którzy są, owszem, ale niewiele wnoszą. Za dużo wreszcie mrugnięć okiem do polskiego poletka fantastycznego – fandom, Zajdel, Parowski. Oczywiście, są to wszystko rzeczy, które dla innego czytelnika, czytelnika oczekującego od literatury innych podniet, mogą się okazać walorami. Dla mnie niestety nie. Co nie znaczy, że Wojny przestrzeni to rzecz słaba. Bynajmniej, powtarzam. Czyta się tę książkę bardzo dobrze, ze sporą przyjemnością, dialogi brzmią znakomicie, a sam autor doskonale potrafi grać na czytelniczych strunach: bawi, wzrusza, a gdy robi się gorąco, przyprawia odbiorcę o szybsze bicie serca. Dlatego Wojny przestrzeni szczerze polecam, choć z delikatną nutką goryczy – bo troszkę mi szkoda, że nie dostałem czegoś aż tak znakomitego jak Pokój światów.

Paolo Bacigalupi, Wodny nóż – O nazwisko tego autora otarłem się wcześniej raz czy drugi, ale żadna z jego książek nie wpadła mi w ręce. Teraz wiem, że z pewnością ten brak nadrobię, bo Bacigalupi Wodnym nożem mnie kupił – co tam zresztą kupił, uwiódł mnie, zbałamucił, totalnie mi zawrócił w głowie. Największe wrażenie zrobiła na mnie wizja świata – Stany Zjednoczone na granicy rozpadu, poszczególne regiony czy miasta walczące bezpardonowo o coraz bardziej deficytową wodę i bezcenne prawa do korzystania z rzek – szczególnie, że autor patrzy na sprawę wieloaspektowo i zmiany klimatyczne mają konkretne przełożenie na demografię, ekonomię, religię, kulturę, zachowania społeczne, praktycznie na wszystko. Bohaterowie są ładnie nakreśleni, wiarygodni, przez co bardzo szybko ich los przestaje nam być obojętny, troszczymy się o nich i martwimy, a zmartwień nam pan Bacigalupi nie szczędzi, bo ludzie źli w jego książce są naprawdę cholernie źli, a całą resztę okoliczności też dobrze przeszkoliły w kwestii bezwzględności i braku zahamowań. Najsłabiej – co bynajmniej nie oznacza, że źle – prezentuje się sama intryga: wątek nazwijmy to szpiegowsko-kryminalny jest, owszem, wciągający i na pewno nie nuży, ale nie oferuje też jakichś oszałamiających fajerwerków i zwrotów akcji, które zapadną nam w pamięć na najbliższą dekadę. Pod tym względem, podobnie zresztą, jak w kwestii konstruowania fabuły (trzy niezależne wątki, każdy z innym bohaterem, stopniowo splatające się w jeden podczas mniej lub bardziej widowiskowego finału) Wodny nóż kojarzy się z tekstami Williama Gibsona i z mojej strony jest to jak najbardziej komplement. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam, a sam jak najprędzej spróbuję dorwać coś jeszcze tego autora.

Jakub Nowak, Amnezjak – W czasach kiedy wszyscy trąbią, że opowiadań nikt nie czyta, decyzja, żeby wydać zbiór krótkich form autora, który nie popełnił wcześniej żadnej powieści, musi trochę dziwić. Szczególnie, jeśli dodać, że są to teksty w większości wcześniej już gdzieś opublikowane – w prasie albo antologiach. Niemniej jednak wystarczyło kilka stron, żebym zrozumiał motywacje decydentów wydawnictwa Powergraph. Jakub Nowak bowiem z całą pewnością potrafi pisać. I z całą pewnością ma pomysły, które zasługują, żeby w takim zbiorze opowiadań w jakiś tam sposób je uwiecznić. Muszę jednak przyznać, choć trochę mi głupio to pisać, ale cóż, prawda musi zwyciężyć – otóż części Amnezjaka zwyczajnie nie zrozumiałem. Są tam teksty dość jasne, kompletne, czytelne i przede wszystkim oszałamiająco napisane, z językową werwą, fantazją i niesamowitym wyczuciem (przede wszystkim „Zimno, gdy zajdzie”, które rzuciło mnie na kolana i kazało zbierać szczękę z podłogi, ale też np. „Rychu”, „Dziwne dni”, czy „Ciężki metal”). Są też jednak utwory, które mnie intelektualnie pokonały – chociażby „Ekumenizm” czy tytułowy „Amnezjak”. Nie wiem, czy zawinił mój brak koncentracji i czytanie z doskoku, czy problem leży w niedoborach mocy obliczeniowej mojego mózgu. A może autor celowo pozostawił wiele rzeczy niedoprecyzowanych i niedopowiedzianych, pragnąc, by czytelnik głowił się i dumał, o cóż tu mogło właściwie chodzić? W każdym razie, choć doceniam pewne elementy tych opowiadań, zmęczyły mnie i koniec końców pożałowały satysfakcji z lektury. Oczekiwałem bowiem wielkiego, wyjaśniającego wszystko twista na koniec, objawienia spływającego na czytelnika wraz z ostatnim zdaniem, a dostałem raczej zdjęcie rentgenowskie jakiejś obcej formy życia i gapię się na nie, gapię i głowię, ale wciąż nie wiem, czy to coś na nim to zęby, ogon, kopyto czy kuśka. Niemniej jednak, sięgnąć po Amnezjaka warto – choćby po to, żeby przeczytać samo „Zimno, gdy zajdzie”.

Altered Carbon (sezon 1) – Odnoszę wrażenie, że po latach względnej posuchy nadszedł czas, kiedy rozmiłowani w SF zwolennicy dziesiątej muzy nie powinni mieć powodów do narzekań. W kinach był przecież niedawno znakomity Blade Runner 2049, a na małym ekranie Black Mirror czy Expanse. Ciąg dalszy tej dobrej passy manifestuje się w postaci Altered Carbon, netfliksowskiej adaptacji powieści Richarda K. Morgana. Ta opowieść o świecie, w którym ludzką świadomość można zapisać na maleńkim dysku, a ciało staje się tylko mało istotnym i doskonale wymienialnym garniturem, to wciągający cyberpunkowy spektakl. Mamy tu wszystko, czego można by oczekiwać od podobnej produkcji: są oszałamiające wizualizacje, świetne efekty specjalne, ciekawe gadżety, do tego solidna dawka golizny i sugestywnie pokazana przemoc. Są fajnie zaaranżowane sceny walki, jest mroczna, duszna atmosfera, jest niemal namacalne uczucie, że wszyscy mają brudne łapska, że bogaci mogą wszystko, a biedotą nie przejmuje się nikt. Jest fabuła obfitująca w zwroty akcji i cliffhangery, jest napięcie i pytania wymagające znalezienia odpowiedzi. Są wreszcie bardzo dobrze grający aktorzy (z jednym wyjątkiem,  o którym później), są bohaterowie wchodzący w wymykające się sztampie relacje, są niegłupie teksty i nienachalne, ale jednak wyraźnie zaznaczone dylematy natury etycznej. Jest całe mnóstwo smaczków i bajerów, które ubogacają świat przedstawiony i pomagają w zanurzeniu się w nim głęboko, aż po pachy. W moim odczuciu jedyną wadą jest Reileen – niestety troszkę za słabo napisana i nie dość dobrze zagrana jak na tak skomplikowaną, kluczową dla fabuły postać – ona jedna bardziej pasuje do przygodowej pulpy z rodzaju Dark Matter. Niemniej jednak Altered Carbon to kawał ekscytującej, znakomicie zakomponowanej rozrywki i mam szczerą nadzieję, że jeśli showrunnerzy zdecydują się wykorzystać pozostawioną sobie furtkę i robić ciąg dalszy, zaserwują nam kontynuację na równie wysokim poziomie.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Fantazmaty – premiera!

Dzisiaj swoją premierę ma antologia Fantazmaty, w której tworzeniu maczałem swoje brudne paluchy. Można ją pobrać zupełnie za darmo w formatach EPUB oraz MOBI ze strony antologii, czyli zaglądając TUTAJ. W tym całkiem imponującym zbiorze (dwadzieścia opowiadań i ponad czterysta stron tekstu) znajdziecie utwory fantastyczne o różnorodnej tematyce i czerpiące z różnych konwencji. Część z nich wyłoniono w ramach konkursu (i wnioskując z pierwszych recenzji, debiutanci musieli poważnie dać czadu, bo te ich opowiadania spotykają się z bardzo dobrym przyjęciem), jest tam jednak również niemało tekstów pisarzy już całkiem na naszym polskim fantastycznym poletku znanych, jak chociażby Paweł Majka, Dawid Kain, Agnieszka Hałas, Magdalena Kucenty, Andrzej W. Sawicki. Aha, no i ja też tam jestem. Z tekstem pt. „Śnienie”. Chcecie fragmencik na zachętę? Proszę bardzo:

Nie uważam siebie za szczególnie przenikliwego obserwatora, ale w ciągu mojego trzydziestoletniego życia doszedłem do wniosku, że jedną z cech uniwersalnych dla przedstawicieli gatunku ludzkiego jest przekonanie o własnej wyjątkowości.

Weźmy jako przykład komiks. Taki klasyczny, z superbohaterami paradującymi w lateksie, z amerykańską flagą powiewającą za plecami. Pofantazjujcie, że się w owym komiksie pojawiacie. Zamknijcie oczy, pomyślcie o arkuszach podzielonych na kadry. Wyobraźcie sobie wasze słowa i myśli upchnięte w dymki i chmurki. Udało się?

Idę o zakład, że każde z was miało przed oczyma komiks o samym sobie. Widzieliście siebie w roli Supermana, Wolverine’a, Wonder Woman albo Hulka – choć nie jestem pewien, czy chciałbym wiedzieć, jakiego rodzaju ludzie identyfikują się z zielonoskórym olbrzymem o IQ szympansa po lobotomii, biegającym tam i nazad w podartych portkach.

Dobra, przyznać się, kto widział siebie w roli Lois Lane albo Mary Jane Watson? Kto w tym swoim wyobrażeniu był Bogu ducha winnym żulikiem, ratowanym przez zamaskowanego herosa przed bandą opryszków na stronie siódmej jedynie po to, by na stronie ósmej pożegnać swojego wybawcę z rozdziawionymi ustami i nie pojawić się nigdy więcej?

Tak sądziłem.

No to teraz, zanim na dobre zaczniemy tę opowieść, trzy fakty, które musicie przełknąć, jeśli chcecie czytać dalej.

Fakt pierwszy: Superbohaterowie istnieją. To znaczy nie ci, których znacie z komiksów i filmów. Ale istnieją.

Fakt drugi: Życie u boku superbohatera może  wydawać się bajecznie łatwe. Nie jest takie.

Fakt trzeci: Jeśli wydaje się wam, że życie u boku superbohatera bywa skomplikowane, to poczekajcie, cwaniaczki, aż pojawi się dziecko.

Podoba się? Super, ściągajcie antologię i miłej lektury. Nie podoba się? Nie szkodzi, w zbiorku obecni są również autorzy o innej wrażliwości i innym podejściu do pióra (tudzież klawiatury), nie wątpię więc, że każdy miłośnik fantastyki (i nie tylko) znajdzie tam całą masę literatury nietuzinkowej, wciągającej i zwyczajnie dobrej. Od siebie dodam tylko, że NIGDY wcześniej nie brałem udziału w projekcie (wliczając te komercyjne – a przecież mówimy o darmowej antologii!), w który włożono taką masę pracy redaktorskiej, korektorskiej i przykładano tak wielką wagę do tego, żeby wszystko zagrało i żeby czytelnik otrzymał produkt możliwie najwyższej jakości. Z tego względu jeszcze goręcej zachęcam do sięgnięcia po tę książkę – wierzę, że z trwającej blisko rok pracy grupy stu osób po prostu musiało wyjść coś wartego uwagi.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia marca

Stephen King, Ręka mistrzaRęka mistrza opowiada historię Edgara Freemantle, odnoszącego sukcesy budowlańca, który po tragicznym wypadku musi ułożyć sobie życie na nowo – bez żony, która zażądała rozwodu, bez ręki i z mózgiem płatającym figle. Rozważający samobójstwo Edgar postanawia posłuchać porady lekarza i zmienia otoczenie, przenosi się na maleńką wysepkę u wybrzeża Florydy, gdzie oddaje się zapomnianej pasji, jaką jest rysowanie i malowanie. Nieoczekiwanie życie Edgara wydaje się na nowo nabierać pozorów sensu: mężczyzna zaprzyjaźnia się z sąsiadami, odzyskuje spokój, jego grafiki zyskują coraz większy poklask. Nietrudno jednak przewidzieć, że coś upiornego czai się za rogiem, pod osłoną mroku. Podobny zarys fabuły brzmi całkiem zachęcająco, przyznacie chyba sami, ale niestety Ręka mistrza nie do końca spełnia pokładane w niej oczekiwania i zaraz wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze, praktycznie całe zło w książce jest nadnaturalnej proweniencji i odseparowane od ludzkiego  pierwiastka. Przy okazji innych tekstów Kinga nie raz i nie dwa wspominałem o tym, że ten konkretny autor horrorów straszy w sposób bardzo specyficzny. Otóż rewelacyjnie radzi sobie z pokazywaniem okropieństw i demonów tkwiących w ludziach, z przerażającą sugestywnością potrafi opisać zło, jakie jeden człowiek jest gotów wyrządzić drugiemu. Takiego Kinga uwielbiam i taki wywołuje prawdziwe ciary na plecach. Niestety, kiedy do gry wkraczają ohydne monstra i zjawiska nadprzyrodzone, groza przeistacza się z horroru w fantastyczną przygodówkę. Tak to u mnie działa i nic na to nie poradzę, ojciec Bev Marsch zawsze będzie dla mnie wielokroć straszniejszy niż potwór przywdziewający maskę klowna Pennywise’a. Niestety rezultat jest taki, że Ręka mistrza jak dla mnie kompletnie się nie sprawdza jako horror. King gawędzi sobie przyjemnie, chętnie słuchamy historii, którą opowiada, przejmujemy się jako tako losem Edgara i jego bliskich, ale o prawdziwym strachu możemy zapomnieć. Poza tym może za dużo ostatnio czytałem Kinga, ale zaczęły mnie męczyć wykorzystywane przez niego postaci i relacje między nimi. Główny bohater napotyka na swojej drodze ludzi, którzy są na każde jego zawołanie, gotowi właściwie bez powodu pójść za nim w ogień i na dodatek „akurat” posiadają umiejętności, które w chwili próby okażą się nieocenione. Tak było w Mrocznej Wieży, tak było w trylogii o detektywie Hodgesie (patrz Holly i Jerome), ale w Ręce mistrza mamy już do czynienia z totalną przesadą: obrazami Edgara zachwycają się wszyscy, wszyscy kochają Edgara, każdy wyciąga do niego pomocną dłoń i życzliwie klepie go po pleckach. Nie ma tu żadnego konfliktu, żadnej ambiwalencji, żadnego „ale” nadającego całej sytuacji pozory realności. Dwaj kompani Edgara, Wireman i Jack, bez wahania ryzykują dla niego życie, a na dodatek pierwszy okazuje się znakomitym strzelcem a drugi brzuchomówcą (sic!). O relacji Edgara z jego żoną pozwolę sobie nie wspominać, bo… nie, po prostu pominę ten temat. Jak w takim razie prezentuje się całokształt Ręki mistrza? Umiarkowanie. Książka ma dobre momenty, ale niestety tylko momenty. Wystarczająco dużo, żeby nie rzucić jej w kąt w połowie lektury, ale na pewno nie dość, żeby mogła stanąć w jednym rzędzie z najlepszymi tekstami Kinga.

Jarosław Grzędowicz, Azyl – Zawiodłem się na Azylu, oj, zawiodłem. Grzędowicz to jeden z moich ulubieńców na polskim poletku fantastycznym, dlatego w nowym zbiorze opowiadań chciałem widzieć kolejny tomik na poziomie wcześniejszych – Wypychacza zwierząt albo najlepiej Księgi jesiennych demonów. Nawet kiedy okazało się, że zawartość Azylu to utwory już nie pierwszej świeżości (obejmują przede wszystkim najwcześniejszy etap działalności autora, od 1982 roku poczynając), dalej byłem pełen dobrych myśli – wszak na publikację jakiejś totalnej miernoty ani autor, ani wydawnictwo z pewnością nie daliby zgody. A jednak zawiodłem się. Bo Azyl może nie jest zły, ale dobry niestety też nieszczególnie. Owszem są tu opowiadania przyzwoite – do takich należy chociażby pierwszy opublikowany tekst Grzędowicza, „Azyl dla starych pilotów”, króciutki, ale napisany bardzo zgrabnie jak na szesnasto- czy siedemnastolatka, w dodatku z fajnym twistem. Przyzwoitych wrażeń mi osobiście dostarczyły również opowiadania „Ruleta”, „Enter i jesteś martwy” oraz „Dom na krawędzi światła”, bo i pomysł niezły, i wykonanie coraz bliższe tej sprawności językowej, którą Grzędowicz zachwycał chociażby w Panu Lodowego Ogrodu. Niestety sporo jest tu tekstów moim zdaniem mało udanych albo takich, które zwyczajnie za bardzo się postarzały. „Przespać piekło” to nieciekawa wariacja na oklepany temat, „Śmierć szczurołapa” przypomina poziomem produkowane taśmowo opowiadania dodawane do podręczników RPG, a „Twierdza Trzech Studni” to niestrawna próba popełnienia klasycznego fantasy, którą to próbę ratuje – a i to tylko nieznacznie – finałowy zwrot akcji. „Rozkaz kochać” trzyma poziom językowo, ale tytuł zdradza za dużo i psuje całą radość z lektury, od pierwszej sceny można z dość dużą dokładnością przewidzieć, jak potoczy się akcja. Wreszcie „Chwila przed deszczem” – znowu językowo bez zarzutu, ale treść… minęły niespełna trzy tygodnie, a ja praktycznie nic z tego opowiadania nie pamiętam, co chyba najlepiej oddaje wrażenie, jakie ten tekst na mnie zrobił. W ramach podsumowania pozwolę sobie powtórzyć: Azyl mnie zawiódł. Z taką przykładowo Księgą jesiennych demonów nie ma co w ogóle go porównywać, bo to jest inna liga literacka, zupełnie inny poziom autorskiej dojrzałości. W efekcie rozpatrywałbym Azyl w kategoriach ciekawostki, kuriozum dla absolutnych miłośników prozy Grzędowicza albo pasjonatów polskiej fantastyki z lat 80-tych i 90-tych. Innym osobom niestety tę antologię odradzam – zbyt wiele jest znakomitych książek, przy których czas można spędzić znacznie przyjemniej i owocniej.

Neil Gaiman, Mitologia nordycka – Neil Gaiman po raz pierwszy zwrócił moją uwagę, pisząc wspólnie z Pratchettem znakomity Dobry Omen. Potem awansował do grona moich absolutnych faworytów, gdy trafiłem na jego Amerykańskich Bogów. Miało to miejsce już kilkanaście ładnych lat temu i od tamtej pory z dziką frajdą poznaję kolejne wytwory wyobraźni Gaimana. Jest to bowiem pisarz, który – poza świetnie opanowanym warsztatem, wybitnym zmysłem narracyjnym i wyjątkowo mi odpowiadającym poczuciem humoru – zachwyca przede wszystkim właśnie pomysłami. Dlatego z pewnym zdziwieniem przyjąłem informację, że kolejnym literackim projektem Gaimana jest Mitologia nordycka, czyli było nie było opowiedzenie w nowy, uwspółcześniony sposób gotowych przecież historii,  w pełni uformowanych fabularnie. Uznałem jednak – a doniesienia na facebookowym froncie utwierdzały mnie w tym przeświadczeniu – że pisarz, będąc wielkim fanem skandynawskich mitów, postanowił stworzyć nie książkę, a Księgę, opasłe tomiszcze, w którym znajdzie się miejsce na każdy, bodaj najdrobniejszy strzęp folkloru północy. Dlatego znowu bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że Mitologia nordycka Gaimana to w gruncie rzeczy książeczka, którą można bezstresowo pochłonąć w jeden wieczór. Co więcej, okazało się, że zgromadzone w niej historie o Odynie, Thorze, Lokim w zdecydowanej większości poznałem już jako nastolatek w różnych ilustrowanych albumach dotyczących mitów – historie dla mnie zgoła nowe stanowiły w najlepszym razie czwartą część całości, a w tych już mi znanych bardzo niewiele znalazło się elementów w jakimkolwiek stopniu rozbudowujących, poszerzających obraz, który już wcześniej posiadałem. Czy w takim razie Mitologia nordycka jest literackim niewypałem? Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim jest to rzecz pięknie napisana, z charakterystycznymi dla Gaimana dialogami i rewelacyjnym poczuciem humoru. Dla osób, które mają bardzo powierzchowną wiedzę na temat nordyckich mitów to doskonałe źródło informacji przedstawionych w sposób niebywale zgrabny i wciągający. Natomiast dla osób bardziej obeznanych z tematem książka Gaimana nie jest żadną pozycją obowiązkową – ot, można sięgnąć i na pewno człowiek nie będzie się przy tej lekturze źle bawił, ale musu nie ma.

UFO, The Salentino Cuts – W większości przypadków nagrywanie płyty z coverami kojarzy mi się z zespołami wypalonymi, pozbawionymi pomysłu na świeżą muzykę, ewentualnie szukającymi łatwego zastrzyku gotówki. Tak też było w przypadku UFO – kapeli, którą kocham bardziej niż wszystkie inne (i o której znacznie obszerniej pisałem TUTAJ). Nie wiedziałem, po co gościom, którzy na scenie muzycznej są obecni z drobnymi przerwami od blisko 50 lat, płyta z utworami innych wykonawców – tym bardziej, że chłopaki z UFO nie próżnują i co 2-3 lata serwują fanom autorski materiał na cholernie wysokim poziomie. Teraz, po kilkukrotnym odsłuchaniu tej płyty, dalej nie posiadam odpowiedzi na to pytanie, wiem natomiast, co innego: a mianowicie, że The Salentino Cuts to fantastyczny krążek, którego słucha się z wielką przyjemnością. Wśród dwunastu zarejestrowanych coverów znaleźć można przedpotopowe starocie (kawałki Doorsów, Animalsów czy The Yardbirds) i klasykę hard rockowych lat 70-tych (Montrose, ZZ Top). Są tu wycieczki w stronę blues rocka (Robin Trower) i americany (Tom Petty, John Mellencamp) oraz kawałki, których po UFO chyba nikt by się nie spodziewał („River of Deceit” Mad Season czy „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa) – a każdy z tych numerów zagrany jest z polotem i ze smakiem, do tego zaśpiewany naprawdę wybornie – Phil Mogg mimo blisko siedemdziesiątki na karku prezentuje się w tych utworach fenomenalnie, bezbłędnie trafia w każdy dźwięk, śpiewa je bardzo swobodnie, a jednak świeżo i z przekonaniem, nic tu nie jest wymuszone i sztuczne. Cała płyta zresztą brzmi bardzo dobrze – w każdej partii słychać, że kapela ma radochę z grania tych numerów, z interpretowania ich na swój sposób. I może to jest właśnie odpowiedź na pytanie: po co ten krążek? Bo chłopcy z UFO zwyczajnie mogli i chcieli to zrobić. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo utworem wieńczącym płytę jest kompozycja Animalsów pt. „It’s My Life”, której refren leci mniej więcej tak: „It’s my life and I’ll do what I want, It’s my mind and I’ll think what I want”. Koniec końców to, że jest to płyta z coverami okazuje się mało ważne – najważniejsze, że jest to po prostu kawał diabelnie dobrego rocka.

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lutego

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu – Debiut, który z miejsca staje się totalnym bestsellerem nie jest w dzisiejszych czasach niczym szczególnie sensacyjnym, większość społeczeństwa wyrobiła sobie już bowiem zdanie  – cyniczne, owszem, ale równocześnie całkiem prawdziwe – że dobra akcja promocyjna wylansuje nawet szmirę. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedy pierwsze miejsce na listach sprzedaży oznacza tyle co nic, odrobiną zaufania obdarzyć można opinię twórcy uznanego i szanowanego. Na okładce debiutu Pauli Hawkins pt. Dziewczyna z pociągu możemy przeczytać słowa samego Stephena Kinga, który serwuje nam następującą rekomendację: „Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc.” Pochwała niczego sobie, przyznacie sami. A jak jest w rzeczywistości? Nieźle, choć po przeczytaniu całości trudno pozbyć się wrażenia, że słowa Kinga są mocno na wyrost i to jednak głównie kurtuazja, a nie rzeczowa ocena. Zacznijmy jednak od początku. Dziewczyna z pociągu to historia opowiadana przede wszystkim przez Rachel (choć narratorów jest w sumie trzech) – rozwódkę bez pracy, z problemami z alkoholem, żyjącą wspomnieniami sielskiej przeszłości. Poznajemy ją, gdy w te i nazad kursuje koleją podmiejską, starając się stwarzać pozory kobiety codziennie dojeżdżającej do Londynu do pracy. Jak nietrudno się domyśleć, pewnego dnia Rachel widzi z okna pociągu coś, czego widzieć nie powinna, a w konsekwencji całe jej życie zostaje wywrócone do góry nogami. Osoby choć trochę zaznajomione z mechaniką rządzącą dreszczowcami mogą z łatwością przewidzieć, co Dziewczyna z pociągu ma do zaoferowania. Sporo zwrotów akcji, prostą, rzeczową narrację, pozbawioną stylistycznych fajerwerków oraz solidną niespodziankę w finale. To wszystko, owszem, znajdziemy tutaj. Czym debiut Hawkins wyróżnia się na niekorzyść? Momentami jest potwornie przegadany: zdarzają się dość liczne fragmenty, że Rachel chodzi tu i tam, telefonuje, gada z różnymi ludźmi, ale absolutnie nic z tego nie wynika. Jej zachowanie też bywa tak nielogiczne, niezrozumiałe dla czytelnika, że skutecznie psuje przyjemność z lektury. Wreszcie sam punkt kulminacyjny jest jakiś dziwaczny, niepotrzebnie rozwleczony, momentami wręcz ocierający się o absurd – jakby autorka założyła sobie z góry pewne część składowe tej sceny, z których później nie potrafiła zrezygnować. Zgadza się, wygląda to nieciekawie. Trzeba jednak przyznać, że Dziewczyna z pociągu ma też swoje mocne strony. Zmagania Rachel z uzależnieniem oddane są może pozbawione przesadnie naturalistycznych szczegółów, ale jednak dość wiarygodnie i niezbyt naiwnie. Kilka zwrotów akcji robi autentyczne wrażenie, a rozwiązanie intrygi może nie wgniata w fotel, ale potrafi w satysfakcjonującym stopniu zaskoczyć. Na plus wypadają też różnice między narratorami – każdy z nich posiada własny, unikalny głos, sposób opowiadania, spod którego wyziera indywidualna mentalność, światopogląd, stan umysłu. Podobać się może też zakończenie – nie mamy tu do czynienia z pełnym błogości happy endem, lecz raczej z ulgą przetrąconą trochę smutkiem, trochę goryczą, troszkę może nawet obawą. W sumie więc otrzymujemy tekst nierówny, niepozbawiony wad, ale chyba jednak wart przeczytania (albo przesłuchania, jak w moim przypadku), o aktualnej i niebanalnej tematyce – nie arcydzieło, ale przyzwoity wytwór początkującego, może nawet obiecującego rzemieślnika.

Łukasz Orbitowski, Exodus – O ile do wczesnych książek Orbitowskiego mam trochę zastrzeżeń, o tyle jego Szczęśliwą ziemię i Inną duszę czytałem z wypiekami na twarzy i totalną podjarką neofity po raz pierwszy obcującego ze świętym tekstem. W tych dwóch książkach Orbitowski osiągnął jak dla mnie poziom mistrzowski, stawiający go w jednym szeregu z literackimi klasykami, odnalazł bowiem rzecz chyba najtrudniejszą i najbardziej ulotną, to jest balans między wysmakowanym językiem a wciągającą treścią, pękającą w szwach od emocji. Dlatego na Exodus czekałem z niecierpliwością i dlatego też z dużym niepokojem zabierałem się za tę powieść. Bo marzyłem o kolejnej uczcie, o kolejnej książce, w której się zakocham. Stało się tak? I tak, i nie, zaraz wyjaśnię dlaczego. Exodus zaczyna się fenomenalnie – oto widzimy głównego bohatera, który wyciąga wszystek forsę z bankowego konta, zaciera za sobą ślady, wsiada w pociąg i jedzie w cholerę. Wiemy, że przed czymś ucieka, wiemy, że spotkało go coś przerażającego, druzgoczącego. Orbitowski wciąga od pierwszego zdania, łapie czytelnika na haczyk i nie daje mu najmniejszych szans – po prostu trzeba czytać, nie można przestać. Widać na pierwszy rzut oka, że autor, choć obecnie postrzegany jako literat głównego nurtu, zjadł zęby na tekstach gatunkowych, wie, jak zadbać o odpowiednie ciśnienie krwi u odbiorcy. Książka spełnia obietnice wypisane na okładce – fabuła prowadzi nas przez Berlin, obóz uchodźców, Lublanę i grecką Salaminę. Każde z tych miejsc autor opisuje przeraźliwie plastycznie, do bólu wiarygodnie, pobudza wyobraźnię do tego stopnia, że mózg produkuje kompletne, wielowarstwowe, polisensoryczne wizje lokacji odwiedzanych przez głównego bohatera. Rewelacja. Bardzo dobrze wypadają również oszczędnie dawkowane retrospekcje, z jednej strony prowadzące ku wyjaśnieniu głównej zagadki, z drugiej zaś zgrabnie przeciwstawiające „zwyczajność” i „codzienność” dawnej egzystencji bohatera jego obecnej, mocno nietypowej sytuacji. Orbitowski zachwyca celnymi obserwacjami i przede wszystkim warsztatem: bogatym słownictwem, błyskotliwymi porównaniami, szeroko pojętym wyczuciem języka. Wreszcie autor pisze o takich rzeczach i w taki sposób, że raz gęba nam się śmieje, raz po plecach wędrują ciary, a raz w kącikach oczu lęgną się łzy. Byłoby wyśmienicie, gdybym mógł na tym poprzestać i nie psuć tego pochwalnego hymnu – ale nie mogę. Exodus ma też bowiem swoje wady: parę drobiazgów, na które można by przymknąć oko, ale też dwa większego kalibru. Najpoważniejszym problemem jest to, co ze swoim bohaterem robi Orbitowski w drugim fragmencie książki, rozgrywającym się w obozie przesiedleńczym, a mianowicie autor przedstawia nam nagle protagonistę jako człowieka odklejonego od rzeczywistości i przez to odklejenie nie tragicznego, ale zwyczajnie śmiesznego – osobiście miałem wrażenie powtórki z rozrywki ze Stu dni bez słońca Szostaka. Psuje to nastrój, wprowadza też czytelnika w lekką konfuzję, bo nie wiemy czy książka – do tej pory diablo klimatyczna i pełna silnych emocji – nie zamieni nam się za kilka stron w jakiś teatr absurdu czy inną komedyjkę. Drugim problemem jest rozwiązanie głównej tajemnicy, a mianowicie odpowiedź na pytanie, dlaczego i przed czym główny bohater ucieka. Wyjaśnienie, które serwuje Orbitowski, do mnie na przykład kompletnie nie trafia – więcej, nie pasuje mi do sylwetki bohatera, którą autor z takim pietyzmem kreuje na tych ponad czterystu stronach. Okej – możecie powiedzieć, że to tylko mój problem. I zgadzam się – to może być wyłącznie mój problem. Co nie zmienia faktu, że psuje radochę z lektury i tyle. Spieszę jednak zaznaczyć, że te niedociągnięcia są właśnie tym – niedociągnięciami. Exodus to bardzo dobra książka, rewelacyjnie napisana, ambitna, wciągająca i niegłupia, bo porusza zdumiewająco wiele ważnych tematów i to porusza je na serio, a nie tylko ślizga się po powierzchni. Dlatego zachęcam do lektury, zachęcam gorąco i bez wahania. Bo nawet przy pewnych brakach i wadach, to dalej jest jedna z najlepszych polskich książek, jakie czytałem na przestrzeni ostatnich lat, książka piękna, straszna i poruszająca.

Medusa, Medusa – Hard rock jest gatunkiem muzycznym, który okres szczytowej popularności dawno już ma za sobą i pełni teraz rolę niszy, produktu adresowanego do ściśle wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Niemniej jednak regularnie pojawiają się nie tylko nowe zespoły proponujące tego typu twórczość, ale z zaskakującą regularnością jesteśmy świadkami powstawania supergrup grających w takiej konwencji. Za przykład niech posłużą takie formacje jak Black Country Communion, The Winery Dogs czy Chickenfoot. Polscy muzycy najwyraźniej pozazdrościli kolegom z Zachodu, czego efektem jest Medusa – projekt, w który zaangażowali się tacy muzycy jak Bartosz „Bratek” Wójcik (solo, Revolucja), Jacek Krzaklewski (Perfect), Grzegorz „ornette” Stępień (Oddział Zamknięty), Mietek Jurecki (Budka Suflera) oraz Krzysztof Żurek (Revolucja), a za mikrofonem stanął Liam McMurray (ponoć współpracował z Ianem Paicem z Deep Purple, ale Internet skąpi informacji na ten temat). Na papierze wygląda to ciekawie, a jak w rzeczywistości? Nad podziw przyjemnie. Debiutancki krążek Medusy dobrze brzmi, muzycy grają znakomicie, wokalista ma charakterystyczną, niebanalną barwę, solidne umiejętności i czuje klimat. To ostatnie zresztą jest chyba tutaj kluczowe – fani klasycznego hard rocka od pierwszego dźwięku poczują się tutaj jak w domu, przy czym nie chodzi bynajmniej o to, że Medusa to plagiaty czy melodie wtórne, nie. To po prostu umiejętne czerpanie z tradycji gatunku i pełne swobody oraz polotu poruszanie się wewnątrz ram konwencji. Są momenty cięższe i bardziej progresywne (tytułowa „Medusa”), są riffy mogące kojarzyć się z dorobkiem UFO czy MSG („Dogs and Girls”) i takie, którym bliżej do Rushu („Get Out Of Here”), są fragmenty cudownie bujające („You Gotta Know”) oraz bardziej nastrojowe („Trouble”, „Think It All Over”), jest też ciężki blues, którego nie powstydziliby się chłopcy z TSA („Little Lady”). Wszystko zagrane szalenie sprawnie, z serduchem, zaśpiewane z feelingiem, werwą i całą paletą emocji. W rezultacie debiutanckiego krążka Medusy, na który składa się dziesięć utworów, słucha się bardzo miło i właściwie każdy fan rasowego hard rocka powinien być tym materiałem więcej niż usatysfakcjonowany. Aha – byłbym zapomniał. Jeśli lubicie podobne klimaty i będziecie mieli okazję wybrać się na koncert Medusy, skorzystajcie. To prawdziwi zawodowcy, którzy na żywo wypadają równie dobrze jak w studio, a przy okazji – takie przynajmniej odniosłem wrażenie będąc na ich wrocławskim gigu – ludzie sympatyczni, skromni, z dystansem do siebie i tego, co robią. Klasa!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Fantazmaty – okładka i data premiery

Na 16-ego kwietnia 2018 zaplanowana została premiera pierwszego tomu odjazdowej antologii, zatytułowanej Fantazmaty, w której pojawi się między innymi również moje premierowe opowiadanie pt. „Śnienie”. Czym w ogóle są te całe Fantazmaty? Wyręczę się cytatem: „Fantazmaty to projekt non-profit, przygotowany w całości przez wolontariuszy, chcących przybliżyć czytelnikom polską fantastykę od jej najlepszej strony. Obok znanych i lubianych twórców, takich jak Agnieszka Hałas, Magdalena Kucenty, Paweł Majka czy Andrzej Sawicki, w antologii znalazły się także konkursowe prace piątki autorów, znajdujących się dopiero na początku literackiej drogi. Usiądź wygodnie i przygotuj się na niezapomnianą podróż po planach astralnych, równoległych światach, dalekich krajach i do… sąsiedniego miasta. Twoimi towarzyszami będą śmiech i wzruszenie, magia i nauka, realizm i fantazja. Przede wszystkim jednak czeka cię dobra zabawa.”

W skład antologii wejdą opowiadania:
„Babie lato” – Piotr Borlik
„Drakodoncja stosowana” – Kamila Dankowska
„Następna stacja: Katastrofa” – Piotr Gruchalski
„Zachwyt” – Wojciech Gunia
„Pod skórą” – Agnieszka Hałas
„Na podobieństwo” – Alicja Janusz
„Pan Kukiełka” – Dawid Kain
„Dwie głowy węża” – Magdalena Kucenty
„Gang Higiena” – Kazimierz Kyrcz Jr, Michał Walczak
„AJAS 22.9.5.12.11.9” – Jacek Łukawski
„Trupy” – Paweł Majka
„Wieczne życie” – Tomasz Przyłucki
„Na obraz i podobieństwo” – Krzysztof Rewiuk
„Dzień Walpurgii” – Ahsan Ridha Hassan
„Śnienie” – Marcin Rusnak
„Błędny rycerz” – Andrzej W. Sawicki
„Ego te absolvo” – Agnieszka Sudomir
„Księga Daat” – Anna Szumacher
„I moją głowę też” – Alicja Tempłowicz
„Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym” – Istvan Vizvary

Okładka antologii prezentuje się następująco:

Nie wiem, jak Wy, ale ja już się nie mogę doczekać 🙂

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz