Sklepik z zabawkami – okładka

Premiera mojego ebookowego zbiorku „Sklepik z zabawkami” coraz bliżej – do chwili, gdy będzie się można zabrać za lekturę, zostały już właściwie pojedyncze dni. W związku z tą, wielce ekscytującą sytuacją, uchylania rąbka tajemnicy ciąg dalszy. A mianowicie: okładka. Jak się Wam podoba?

Przypominam, że więcej na temat zawartości „Sklepiku…” dowiedzieć się można z poprzedniego wpisu na niniejszym blogu – dla leniwych link TUTAJ.

Trzymajcie się ciepło, do rychłego przeczytania!

Reklamy
Opublikowano Fantastyka | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sklepik z zabawkami – pierwsza zapowiedź

Z dumą, radością i nieprzyzwoicie dużą dozą ekscytacji donoszę, że wkrótce w sprzedaży objawi się e-bookowy zbiór opowiadań mojego autorstwa. Tomik ten, zatytułowany Sklepik z zabawkami, wydany zostanie przez oficynę RW2010 i, o ile mi wiadomo, będzie można go pobrać w wersji PDF, Epub oraz Mobi, w związku z czym elektroniczni czytacze wszelkich sortów i preferencji powinni być zadowoleni. Na jego zawartość składać się będą w większości opowiadania publikowane już wcześniej w prasie, antologiach czy Internecie, ale znajdzie się tam również jeden tekst totalnie premierowy. Spis treści przedstawiać się ma następująco:

  1. Sklepik z zabawkami (pierwsza publikacja w antologii Toystories, Wydawnictwo Morpho 2014)
  2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy (oryginalnie w Nowej Fantastyce 08/2016)
  3. Póki śmierć nas nie rozłączy (oryginalnie na portalu Fahrenheit – tutaj wersja poprawiona)
  4. Podwójne życie (pierwotnie w antologii Ostatni Dzień Pary II)
  5. Krąg de Berville’a (pierwotnie w antologii Wolsung, Wydawnictwo Van Der Book 2015)
  6. Fort na wzgórzu (opublikowane w antologii Księga Wampirów, Studio Truso 2014)
  7. W labiryncie (oryginalnie w Fantastyce: Wydaniu Specjalnym 2/2015)
  8. Diabeł na rozstajach (premiera!)
  9. Zbudź się (opublikowane w antologii Zapomniane historie, RW 2010 2016)

Na dzisiaj to wszystko, więcej informacji niebawem.

Trzymajcie się ciepło!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Odkrycia października

Joe Abercrombie, Samo ostrze – Przez ostatnie lata haniebnie zaniedbywałem literaturę fantasy, ograniczając się właściwie do pochłaniania kolejnych tłuściutkich tomów Sagi Lodu i Ognia Martina. Znacznie bardziej ciągnęło mnie do innych konwencji, poza tym solidnie zrażony po kontakcie z wychwalanym pod niebiosa Peterem V. Brettem doszedłem do wniosku, że najwyraźniej ze współczesnym fantasty nie jest mi już po drodze, że z tej konwencji zwyczajnie wyrosłem. Nic bardziej mylnego, potrzeba było po prostu utworu, który trafiłby w moje gusta. Czymś takim okazał się tom otwierający trylogię Pierwsze prawo Abercrombiego. Historia splatających się losów kalekiego inkwizytora, aroganckiego szermierza, zmęczonego życiem wojownika oraz zbiegłej niewolnicy to bardzo dobra, wielowątkowa powieść i frapujący początek serii. Jest to tekst na pierwszy rzut oka głęboko osadzony w konwencji, pełen dobrze wszystkim znanych schematów (quasi-średniowieczny setting, dzicy z Północy, groźba inwazji, rycerze, magia, proroctwa, intrygi, etc.). Owszem, właściwie wszystko, o czym pisze Abercrombie, już było. W tym jednak przypadku ważniejsze od tego „co” staje się „jak”. A owo „jak” jest najwyższej próby. Są bohaterowie, których nie trzeba lubić, ale którzy nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Jest tajemnica, angażująca wyobraźnię i utrzymująca napięcie na właściwym poziomie – a nawet kilka tajemnic. Są zgrabne, dynamiczne opisy walk, są inteligentne dialogi i niegłupie twisty fabularne, jest humor dodający całości smaczku. Jest wreszcie cała gama szarości w miejsce tak typowego dla fantasy jasnego podziału na czarne i białe. Przede wszystkim jednak tym, co najbardziej mnie w tej książce urzekło, jest LOGIKA. Konstrukcja świata u Abercrombiego nie obraża inteligencji czytelnika. Magia nie staje się odpowiedzią na każde karkołomne zagranie narracyjne. Bohaterowie nie zachowują się jak pacynki poruszane kaprysami autora i jego pomysłami na widowiskowe sceny, tylko kierują się własnymi, akceptowalnymi dla odbiorcy motywacjami i uczuciami. Jeśli dodać do tego doskonałe opanowanie warsztatu i styl dostosowany do treści, otrzymujemy bardzo mocną pozycję dla fanów fantasy – z jednej strony klasyczną, z drugiej zaś napisaną bardzo współcześnie.

Stephen King, Pan Mercedes – King należy do pisarzy, którzy lubią literackie skoki w bok. Choć wszyscy kojarzą go przede wszystkim z horrorami, sygnował swoim nazwiskiem także powieści fantasy, postapokaliptyczne, thrillery czy obyczajówki podkolorowane elementami nadprzyrodzonymi. Pan Mercedes stanowi pierwsze podejście Kinga do pełnokrwistego kryminału i to podejście udane. Pierwszoplanowym bohaterem tej opowieści jest Bill Hodges, emerytowany glina, który w chwili, gdy go poznajemy, spędza większość czasu przed telewizorem, coraz odważniej fantazjując na temat samobójstwa. Hodges nie jest w stanie odnaleźć się w „życiu po służbie” i zsuwa się po równi pochyłej. Do momentu, kiedy otrzymuje list od tytułowego Pana Mercedesa – człowieka, który rok wcześniej wjechał samochodem w tłum ludzi, zabijając ośmioro i znacznie większe grono poważnie raniąc. Pan Mercedes należy do wąskiego grona przestępców, których Hodgesowi nie udało się przyskrzynić, ale swoim listem daje staremu detektywowi bodziec potrzebny do wzięcia się w garść i partycypacji w grze, która prawie na pewno skończy się dla kogoś tragicznie. To tyle w kwestii fabuły. A jak wykonanie? Jak najbardziej w porządku. Odbiorcy spodziewający się rasowego kryminału z oszałamiającą zagadką logiczną niekoniecznie znajdą tu to, czego szukają, ale miłośnicy prozy Kinga powinni być zadowoleni. W moim odczuciu ten pisarz i tak zawsze bardziej straszył trafnymi portretami toksycznych relacji międzyludzkich niż wymyślonymi przez siebie poczwarami, toteż dreszczyku w Panu Mercedesie nie brakuje. Jest detektywistyczna wędrówka po nitce do kłębka, są ładnie pokazane wątki obyczajowe, są charakterystyczni, zapadający w pamięć bohaterowie. Jest odrażający i równocześnie fascynujący antagonista. Poza tym King, jak przystało na autora z kilkudziesięcioletnim stażem, umiejętnie dawkuje informacje i buduje napięcie, bezlitośnie rozbudza ciekawość czytelnika, przeskakując między perspektywami narracyjnymi zależnie od potrzeb, a nie od kaprysu. Robi wszystko co trzeba, żeby uczynić z Pana Mercedesa książkę, której się nie czyta, tylko którą się pożera. Zdarza się, owszem, że to czy owo może co bardziej wybrednemu czytelnikowi zazgrzytać, ale są to drobiazgi, które nie zakłócają ogólnej przyjemności z obcowania z lekturą. Ta zaś jest jeszcze większa, gdy ma się do czynienia z wersją oryginalną, pełną często zatracanych w tłumaczeniu albo w ogóle nieprzetłumaczalnych idiomów, kolokwializmów, powiedzonek i gier językowych, które stanowią integralny element stylu Kinga.

Grzegorz Gajek, Powrót królów – Po dwóch powieściach grozy oraz lekko skręcającej w stronę horroru fantastyce naukowej Greg Gajek serwuje nam coś zupełnie innego, a mianowicie powieść historyczną. Powrót królów rozgrywa się na terenach antycznej Grecji w dwadzieścia lat po zakończeniu wojny trojańskiej i w opowiadanej historii nie brakuje postaci dobrze znanych miłośnikom greckiej mitologii: na kartach powieści, w rolach bohaterów pierwszo- i drugoplanowych pojawiają się chociażby Orestes, Odyseusz, Menelaos czy Helena zwana Trojańską. Gajek wplątuje wszystkie te postaci w solidną zawieruchę, bowiem napastowany przez hordy Dorów Peloponez pęka w szwach od intryg i sekretów, od wewnętrznych animozji i konfliktów gotowych lada moment eskalować do rangi pełnoprawnej wojny. Dzieje się w Powrocie królów dużo, ale autorowi udała się trudna sztuka odnalezienia odpowiedniego balansu, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że fabuła pędzi na złamanie karku, ciągnąc czytelnika za sobą jak psa na przykrótkiej smyczy. Wręcz przeciwnie, mnogość wątków i postaci, którymi można by z powodzeniem obdzielić cały cykl, udaje się Gajkowi okiełznać na czterystu pięćdziesięciu stronach i choć niektóre wątki mogą sprawiać wrażenie niedomkniętych, Powrót królów stanowi satysfakcjonującą lekturę, którą pochłania się błyskawicznie i ze sporą przyjemnością. Szczególne wyrazy uznania należą się autorowi za wiarygodne oddanie klimatu starożytnej Grecji i specyficznej mentalności zamieszkujących te tereny ludzi. Podziw budzić może styl: precyzyjny, bogaty w zgrabne, trafne porównania i oszałamiająco plastyczne opisy. Gajek zresztą wydaje się radzić sobie równie dobrze ze scenami batalistycznymi co z fragmentami o zabarwieniu erotycznym, obyczajowym czy przygodowym. Jeśli literacka dojrzałość tego młodego przecież autora w jakimkolwiek momencie zawodzi, to co najwyżej w sferze języka, którym posługują się bohaterowie, w dialogach bowiem czuć na kilometr Sapkowskim z jego umiłowaniem potoczystej wulgarności i językowych anachronizmów, co nie każdemu musi się w kontekście powieści historycznej podobać. Dla mnie w każdym razie Powrót królów to koronny dowód na to, że Grzegorz Gajek to pisarz bardzo zdolny i szalenie wszechstronny, który sumiennie pracuje na swoje nazwisko i w kręgu polskiej literatury gatunkowej może w przyszłości niesłychanie dużo zwojować.

Blade Runner 2049 – Ten sequel jednego z najbardziej kultowych filmów w historii kina sf po prostu nie mógł się udać. Łowca Androidów stał się przecież arcydziełem, legendą, tekstem kultury znanym i nierzadko komplementowanym także przez tych, którzy z fantastyką nie chcą mieć na co dzień nic wspólnego. I tak jak nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewałby się, że hitem zostanie kontynuacja Władcy Pierścieni, Bravehearta albo Casablanki, tak mało kto chyba brał na poważnie opcję, że nowy Blade Runner będzie naprawdę dobrym filmem. Ja w każdym razie spodziewałem się lecącego na kasę gniota albo w najlepszym razie atrakcyjnego wizualnie przeciętniaka z totalnie spłyconą fabułą. Powtórzę: w moim mniemaniu ten film nie miał prawa się udać. Ale się udał. Udał się znakomicie. Blade Runner 2049 to przede wszystkim uczta dla oka – zarówno na poziomie scenografii, jak i zdjęć (pojawiające się tu i tam narzekania, że autorzy zbyt nachalnie pokazują, że znają się na kompozycji, to jak dla mnie argument równie durny jak stwierdzenie, że Marlon Brando za bardzo wszedł w swoją rolę w Ojcu Chrzestnym). Dobrze prezentuje się także muzyka (nawiązująca do Vangelisowej ścieżki z poprzedniej części, ale jej nie kopiująca, bardzo nastrojowa). Aktorzy wykonują swoją robotę bezbłędnie – Gosling i Ford są świetni, ale reszta towarzystwa wcale nie wypada gorzej, widać bez dwóch zdań, że reżyser Denis Villeneuve potrafi wydobyć z obsady wszystko co najlepsze.  Nawet scenariusz, element, który najprędzej mógł zawieść, robi bardzo pozytywne wrażenie (choć akurat do niego można by się w kilku miejscach przyczepić – na przykład wyrzucenie scen z Jaredem Leto pod wieloma względami wyszłoby filmowi na dobre). W sumie wychodzi więc na to, że niemożliwe stało się możliwe – nowy Blade Runner to znakomity obraz, który spokojnie zasługuje na to, żeby wylądować w kanonie obrazów sf. I choć jego finansowa klapa jest przykrym świadectwem tego, jakiego kina pragną masy, to może ma ona też jaśniejszą stronę – dzięki temu Blade Runnery pozostaną po prostu dwoma genialnymi filmami, a nie staną się częścią coraz bardziej rozwodnionej i zatracającej swój wyraz franszyzy, jak miało to miejsce chociażby z innym dzieckiem Ridleya Scotta, czyli Obcym.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Liber horrorum

Doskonałym punktem wyjścia dla poniższego tekstu byłby akapit odmalowujący w obrzydliwie ponurych barwach dzisiejszy stan polskiego komiksu. Mógłbym poutyskiwać sobie na miernotę współczesnych produkcji względem budzących nostalgię klasyków pokroju Kajka i Kokosza czy Ekspedycji. Nie zamierzam tego robić, z jednego prostego względu – o kondycji polskiego komiksu wiem niewiele. Nowości czytam tyle, co kot napłakał, a za mało siedzę w tej dziedzinie, żeby orientować się, czy ta czytana przeze mnie drobina jest w jakimkolwiek stopniu reprezentatywna dla ogółu. Dlatego nostalgiczno-malkontencki akapit pozwolę sobie pominąć i przejść do meritum. A mianowicie do Liber Horrorum.

222Księga grozy to dzieło dwóch bynajmniej nie anonimowych dżentelmenów. Michał Cetnarowski to nie tylko redaktor (m.in. prozy polskiej w Nowej Fantastyce), ale też piekielnie zdolny autor, publicysta i tłumacz. Michał Kułakowski to z kolei rysownik z solidnym dorobkiem i fantastycznym warsztatem. Oczekiwania wobec Liber Horrorum były więc, jak można się łatwo domyślić, niemałe, a jak efekt końcowy?

Bohaterami komiksu są Kozioł i Chuda, aka Kacper i Natalia – specjaliści od handlu rarytasami pokroju osobliwych dzieł sztuki, starożytnych artefaktów, ksiąg zawierających wiedzę rzekomo tajemną. Kłania się Dean Corso z Dziewiątych Wrót tylko w zdecydowanie lżejszej, bardziej popowej wersji. W każdym razie w łapki tej pary trafia tytułowa Księga grozy – owiany złą sławą wolumin. Wydaje się, że znalezienie kupca i zainkasowanie horrendalnie wysokiego honorarium to kwestia kilku dni, ale sprawy się komplikują, gdy Kacper z ciekawości zaczyna zapoznawać się z treścią Liber horrorum i poznaje prawdę na temat legendarnych już zdarzeń, które miały miejsce w siedemnastowiecznym Lublinie.

111Historia, owszem, klasyczna, oparta na dobrze znanych schematach, ale jednak nie pozbawiona zaskakujących smaczków, o których nie będę wspominał, by nie psuć frajdy z lektury. Zresztą na każdym kroku Księgi grozy widać, że obaj autorzy są z popkulturą za pan brat i czerpią z niej pełnymi garściami. Czyli co, wtórność? Nie, w tym przypadku bowiem korzystanie z utartych tropów nie jest wadą, a wręcz przeciwnie – dzięki temu autorzy są w stanie skrócić ekspozycję do minimum i z miejsca wciągnąć czytelnika w samą opowieść. Ta zaś opowiadana jest pierwszorzędnie. Tę mieszankę pulpowej grozy z thrillerem, podlaną specyficznym polskim folklorem pochłania się błyskawicznie i z wielką frajdą. Graficznie album jest znakomity, wysmakowany – zdarza się, że pojedyncze kadry oraz ich kompozycja na stronie to małe dzieła sztuki, na które patrzy się z przyjemnością, niezależnie od idącej za nimi treści. Pod względem oprawy to jest absolutnie światowy poziom. Warstwie tekstowej też niewiele można zarzucić: świetnie wypada językowa stylizacja we fragmentach rodem z XVII wieku, dialogi brzmią naturalnie, nie brakuje humoru, a klimat tajemniczości i grozy jest zgrabnie podsycany pobocznymi historyjkami, które Kacper opracowuje, by wykorzystać w pisanej przez siebie książce. Do tego dochodzi jeszcze szereg drobiazgów pełniących, jak sądzę, rolę mrugnięć okiem do czytelnika – żarcików i bajerów ukrytych gdzieś na obrzeżach kadrów, dostrzegalnych dopiero przy wolniejszej, bardziej skrupulatnej lekturze.

Księga grozy, powiedzmy to sobie wprost, to nie jest grom z jasnego nieba. To nie jest żadne objawienie, żadna nowa jakość w świecie komiksu. To po prostu historia opowiedziana bardzo sprawnie, z polotem i lekkością. Zapewnia rozrywkę więcej niż godziwą i pozostawia czytelnika z ochotą na więcej. Dlatego też mam szczerą nadzieję, że autorzy nie poprzestaną na jednym zeszycie i w przyszłości będą kontynuować opowieść o Kacprze i Natalii. Jak zauważyłem na początku, nie wiem zbyt wiele o polskim komiksie z ostatnich lat, ale panowie Cetnarowski i Kułakowski kupili mnie Księgą grozy, zyskując fana, który z zaciekawieniem będzie śledził ich kolejne twory.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia września

333Patrick Ness, Na ostrzu noża – O trylogii Chaos Walking Nessa słyszałem wiele dobrego i kiedy udało mi się upolować anglojęzycznego audiobooka pierwszego tomu, natychmiast zacząłem „lekturę”. Ness kupił mnie totalnie już pierwszym zdaniem i po ledwie kilku minutach słuchania byłem przekonany, że mam do czynienia z prawdziwą perełką. Wciągająca i nie pozbawiona smaczków pierwszoosobowa narracja, tajemnice w tle, niezły główny bohater, intrygujący świat – zapowiadało się to wszystko bardzo zgrabnie. Do czasu, niestety. W pewnym momencie bowiem całą tę literacką maszynerię zaczął trafiać szlag. Logika (nie tylko w zachowaniu postaci, ale też w konstrukcji świata) zwinęła manatki i poszła na urlop. Fabuła stała się boleśnie przewidywalna. Wielki twist pod koniec okazał się nie dość, że totalnie przewidywalny, to jeszcze niezbyt fair ograny przez autora (Ness stosuje bowiem mało sensowne i jeszcze mniej subtelne sztuczki mające na celu zbudowanie suspensu i zaciekawienia czytelnika, niezbyt kompatybilne z pierwszoosobową narracją). W konsekwencji otrzymałem książkę, która z pewnością ma liczne plusy (np. znakomicie napisana postać psa Mancziego, niektóre pomysły na budowę świata, część zachowań postaci), ale też niemało wad. W sumie nie jest to zły tekst, ale z pewnością poważnie zawiódł moje oczekiwania i nie wiem, czy zdecyduję się sięgnąć po kolejne tomy.

222Patrick Ness, Siedem minut po północy – Po tytule wspomnianym powyżej nie miałem ochoty brać się od razu za ciąg dalszy Chaos Walking, ale coś najwyraźniej w prozie Nessa mnie zaintrygowało – w każdym razie na tyle, żeby przetestować jeszcze jeden audiobook, a mianowicie A Monster Calls (czyli we wersji polskiej Siedem minut po północy). I okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Ta książeczka jest błyskotliwie napisana, a historia – pięknie  opowiedziana. Postacie są barwne i wielowymiarowe, choć nakreślone oszczędnie, zachowują się też bardzo naturalnie i wiarygodnie. Problematyka (mama głównego bohatera choruje – z kontekstu można się domyślić, że ma raka) przedstawiona jest z jednej strony subtelnie i z wyczuciem, a z drugiej strony w taki sposób, że stajemy twarzą w twarz z pełnią grozy i niesprawiedliwości całej tej sytuacji. Siedem minut po północy to rzecz krótka, ale mimo tej zwięzłości wnikliwa i boleśnie prawdziwa. Podobało mi się w niej właściwie wszystko, a fakt, że w pewnym momencie – stojąc na środku tramwaju – z trudem się powstrzymałem, żeby zwyczajnie się nie poryczeć, chyba najlepiej świadczy o klasie utworu. Na koniec jeszcze jedna uwaga – jeśli przyzwoicie znacie angielski, szczególnie gorąco zachęcam do zapoznania się z audiobookiem – w interpretacji Jasona Isaacsa (filmowy Lucius Malfoy) książka Nessa staje się dziełem kompletnym, po prostu znakomitym.

444Brian W. Aldiss, Mrok – Aldiss to jedno z „klasycznych” nazwisk światowego SF, dlatego widząc w bibliotece książkę tego autora, chwyciłem ją bez chwili zastanowienia i bez uprzedniego sprawdzenia, co ona sobą reprezentuje. Zapowiadało się smakowicie i na czasie, fabuła bowiem przedstawia się następująco: młody pisarz zawiera w swojej debiutanckiej powieści motyw wysadzenia w powietrze premiera Wielkiej Brytanii. Niby błahostka, ale pisarz jest muzułmaninem i w rezultacie szybko trafia do pokoju przesłuchań, gdzie czekają już rozmiłowani w swoim fachu oprawcy. Tortury sprawiają, że psychika bohatera coraz bardziej się rozpada i stajemy w obliczu drugiej osi fabularnej, już stricte fantastycznej, rozgrywającej się na kolonizowanej przez Ziemian planecie. Koncept, przyznacie chyba, atrakcyjny i dający niesamowite pole do popisu (wątki przeplatające się między tymi dwiema płaszczyznami, bohaterowie jak lustrzane odbicia, paranoiczna wątpliwość która rzeczywistość jest tą prawdziwą etc.) No po prostu samograj. Niestety, nic z tego. Bardzo szybko (po może 20-30 stronach) przekonałem się, że Mrok ma swoje dobre momenty, ale przez większość czasu jest powieścią niestrawną, męczącą, pozbawioną charakteru i generalnie zmierzającą donikąd. Nie pomaga fakt, że językowo jest do bólu surowa i nijaka, a już na pewno nie działa na jej korzyść fakt, że tłumacz do spółki z redaktorem postanowili ten i tak niezbyt udany twór jeszcze finalnie wykastrować, sponiewierać i boleśnie okaleczyć. Nie polecam.

111To (książka) & To (film) – Książkowe To Stephena Kinga skończyłem ledwie kilka dni przed kinową premierą adaptacji, mogłem więc bardzo uważnie przyjrzeć się ekranizacji w kontekście literackiego pierwowzoru. Książka bardzo mi się podobała, choć nie ukrywam, że fragmentami wydawała mi się przegadana i że pewne powtarzalne schematy (np. seria indywidualnych spotkań dzieciaków z różnymi inkarnacjami potwora) potrafiły mnie odrobinę zmęczyć. Miała jednak całe mnóstwo zalet w dwójnasób rekompensujących te mankamenty (przede wszystkim odjazdowo napisanych bohaterów i fantastycznie nakreślone relacje między nimi, sporo humoru, pełne sentymentu i budujących wiarygodność detali w przedstawieniu młodzieńczych lat bohaterów, kilka autentycznie rewelacyjnych, poruszających scen). Ponadto w znakomity sposób robiła to, co jest według mnie najmocniejszą stroną prozy Kinga – pokazywała, że najstraszniejsze potwory wypadają blado wobec ogromu zła, jakie jeden człowiek może wyrządzić drugiemu. Podsumowując, książkowe To wylądowało może nie na szczycie mojej prywatnej listy „Best of Stephen King”, ale diabelnie wysoko w hierarchii.

A film? Od razu powiem, że szalenie mi się podobał i oglądając go, bawiłem się znakomicie. Wygląda pierwszorzędnie, klimat lat osiemdziesiątych i wewnętrzna dynamika grupy dzieciaków oddane są równie umiejętnie jak miało to miejsce w Stranger Things. Humor dozowany jest tu z umiarem i jeszcze lepszy niż u Kinga, wyeliminowano też dłużyzny, narracyjną powtarzalność i nagromadzenie zbędnych wątków. Bill Skarsgard w roli Pennywise’a jest tak sugestywny, że aż ciary chodzą po plecach, ale młodziutcy aktorzy odgrywający postacie z Klubu Frajerów również spisują się na medal. Szczególnie zapadają w pamięć znany już ze wspomnianego wcześniej Stranger Things Finn Wolfhard oraz Sophia Lillis – śliczna, urocza i mająca w sobie coś takiego, że nie chce się odrywać od niej oczu. Czy jest w takim razie coś, co filmowemu To można by zarzucić? To zależy. Przełożenie książki liczącej jakieś 1100 stron na dwa dwugodzinne filmy to zadanie cokolwiek karkołomne, dlatego uproszczenia i odejścia od pierwowzoru są absolutnie konieczne. Fakt, gdzieś po drodze To staje się bardziej mroczną przygotówką niż rasowym horrorem, ale ja osobiście nie mam z tym problemu. Przyznam jednak, że znacznie chętniej zamiast dwóch filmów zobaczyłbym z tą samą obsadą i podobnie zrealizowany dziesięcioodcinkowy serial, w którym dałoby się zachować znacznie więcej z książkowego oryginału – nie tylko poszczególnych scen, ale przede wszystkim swoistej głębi oraz budujących klimat historii pobocznych – a także poszerzyć i ubogacić profil poszczególnych postaci. To doczekało się bowiem bardzo zacnej ekranizacji, ale moim zdaniem to książka tak dobra, że zasługuje na jeszcze więcej.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia sierpnia

Orson Scott Card, Folk of the Fringe – Siadając do Folk of the Fringe, nie miałem wygórowanych oczekiwań. Carda znałem tylko z cykli o Enderze i o Alvinie Stwórcy, owszem, posiadających znakomite momenty, ale moim zdaniem dość nierównych. A jednak opowiadanie zawarte w postapokaliptycznej antologii Wastelands zaciekawiło mnie do tego stopnia, że postanowiłem przeczytać cały zbiór, z którego zostało zaczerpnięte. I całe szczęście! The Folk of the Fringe, ten zestaw zaledwie pięciu tekstów rozgrywających się w zrujnowanych Stanach Zjednoczonych, okazał się bowiem małą perełką. Card odmalowuje w nim Amerykę Północną po upadku cywilizacji grubymi pociągnięciami pędzla, ale nie zapomina o dorzuceniu tu i ówdzie zwiększających wiarygodność i budujących klimat szczególików. Opowiada pięć zupełnie różnych, a jednak spójnych ze sobą historii, z których każda posiada jakieś głębsze przesłanie, coś zmuszającego czytelnika do namysłu i refleksji. W efekcie każda z nich wydaje się koniec końców czymś innym, czymś więcej niż to, czego spodziewaliśmy się po przeczytaniu kilku pierwszych stron – zaskakują nie tylko twistami fabularnymi, ale niezwykle zgrabnymi zmianami nastroju, przesunięciami emocjonalnego ciężaru, wahaniami w wywoływanych w odbiorcy reakcjach. Co więcej, wszystko to podane jest w znakomitym stylu – językiem poetyckim i naturalnym jednocześnie, używanym z rozmysłem i polotem, perfekcyjnie zespolonym z dynamiką i kierunkiem narracji. Wszystko to czyni z The Folk of the Fringe fantastykę pierwszego sortu i bardzo żałuję, że nikt do tej pory nie pokusił się o wydanie tego zbioru po polsku. Warto po niego sięgnąć, chociażby po to, by przypomnieć sobie – w obecnej powodzi mniej lub bardziej udanych klonów Metra 2033, Stalkera i Mad Maxa – że postapokalipsę można pisać zupełnie inaczej i zupełnie inny można nadać jej wyraz. Aha, byłbym zapomniał – bardzo fajnym dodatkiem do wspomnianych już pięciu opowiadań jest długaśne posłowie, w którym Card zdradza kulisy powstania tego zbioru. Rzecz to niewątpliwie bardzo ciekawa dla wszystkich jego fanów, ale także dla osób próbujących własnych sił w pisaniu.

The Mammoth Book of Steampunk – Steampunk jako konwencja literacka chyba nie cieszy się w Polsce specjalnym uznaniem. Nie dziwi mnie to – zdarzają się co prawda bardzo dobre steampunkowe teksty naszych rodzimych autorów (vide co poniektóre powieści Krzyśka Piskorskiego), ale utwory docierające do nas z zagranicy to niestety w dużej mierze miałka przygodowa pulpa, która nie robi większego wrażenia ani pod względem wykorzystanych pomysłów, ani warstwy językowej. Sięgając po tę antologię miałem więc spore obawy, ale byłem też bardzo ciekaw, jak wypadnie względem co najmniej przyzwoitych przecież polskich zbiorów steampunkowych (Ostatni dzień pary, Wolsung). I jak wygląda werdykt? Pysznie. The Mammoth Book of Steampunk to trzydzieści zaskakująco różnorodnych tekstów – tak pod względem fabuły, jak i stylu. Znaleźć tu można opowiadania autorów w Polsce znanych i lubianych (np. Jeff VanderMeer, Catherine M. Valente czy Michael Swanwick), ale nazwiska naszym czytelnikom kompletnie obce wcale nie oznaczają gorszej prozy. Językowo zbiór ten zawiera utwory dojrzałe, wysmakowane, napisane po prostu ładnie i niebanalnie (wyjątki są może dwa lub trzy, przyznacie więc sami, że na trzydzieści opowiadań to raczej dobry wynik). Równie zacnie prezentuje się kwestia fabuły i pomysłów. Twórcy raz po raz zaskakują klimatem, wizjami świata, nietuzinkowymi zwrotami akcji. Bywa wesoło, bywa ponuro, czasem ckliwie, a czasem ciut straszno. Opowiadania przedstawiające świat duszny, noirowy, sąsiadują z lżejszymi przygodówkami, a nawet z tekstami zahaczającymi o przypowieści czy alegorie. Znowu (choć tutaj jest to już chyba w większym stopniu kwestia indywidualnych preferencji) dwa czy trzy utwory wydawały mi się nieco słabsze niż reszta, ale ogół prezentował szalenie wysoki poziom. Podsumowując, jeśli kogoś bawią steampunkowe klimaty, a włada angielszczyzną w stopniu pozwalającym na swobodne czytanie literatury pięknej w tym języku, polecam tę antologię bez śladu wahania.

Lauren Beukes, Broken Monsters – Bardzo mi się podobało to, co Beukes zrobiła w swojej powieści Lśniące dziewczyny (więcej na temat tej książki TUTAJ); podoba mi się też to, co robi w Broken Monsters (która to książka niestety nie doczekała się na razie przekładu na polski). Na pierwszy rzut oka może się wręcz wydawać, że Beukes celowo chciała powtórzyć sukces poprzedniego tytułu i skorzystała ze sprawdzonego schematu. Podobnie jak w Lśniących dziewczynach, mamy tu osobliwą postać seryjnego mordercy, mamy wnikliwy portret wielkiego amerykańskiego miasta, mamy elementy thrillera flirtującego z fantastyką. Te podobieństwa są jednak pozorne, bowiem Broken Monsters to opowieść zupełnie inne niż Lśniące dziewczyny. Przede wszystkim mamy tu więcej bohaterów, a każda z tych postaci przedstawiona jest z niezwykłym wyczuciem, każda ma swoje mocne i słabe strony, własne gusta, pragnienia, nadzieje, obawy. W konsekwencji bardzo szybko zaczynamy traktować te wymyślone przecież postaci bardzo serio, a ich być albo nie być staje się dla nas sprawą pierwszorzędną, co w oczywisty sposób przekłada się na napięcie towarzyszące lekturze – rzecz w dreszczowcach kluczową. Bohaterowie są pierwszym plusem książki Beukes, ale bynajmniej nie jedynym. Wśród kolejnych wymienić można znakomite, często dowcipne dialogi, wieloaspektowy obraz Detroit (wykraczający poza oklepany już medialnie wizerunek miasta-ruiny) i bardzo sprawne sterownie narracją i dynamiką opowieści. Fascynuje również liczba problemów, którym niejako przy okazji Beukes się przygląda i które na swój sposób komentuje – są to między innymi media społecznościowe, cyberbullying, dziennikarstwo obywatelskie. W efekcie otrzymujemy znakomicie skonstruowaną powieść gatunkową, która dodatkowo dotyka różnorodnej, bardzo aktualnej problematyki oraz stanowi bogaty w detale obraz Detroit i – w jakimś stopniu – amerykańskiego społeczeństwa drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lipca

Szczepan Twardoch, Drach – Rzadko się zdarza, by książka równocześnie irytowała mnie i fascynowała do takiego stopnia, jak miało to miejsce w przypadku Dracha. Czemu fascynowała? Bo Twardoch wziął na warsztat rodzinną sagę, konwencję dziś już niezbyt popularną. Co więcej, opisał historię nie bogatych wielmożów, ale przeciętnych mieszkańców śląskiej wsi rozciągającą się praktycznie na cały wiek dwudziesty i początek dwudziestego pierwszego. Wreszcie trzeba dodać, że opisał ją brawurowo: z wielokrotnie łamaną chronologią, z dbałością o zapis gwary, z fantastyczną rytmiką zdań i akapitów. Co chyba najważniejsze, samą historię opisał w sposób niesłychanie prawdziwy i wiarygodny, tak że niemal mamy przed oczyma nie wymyślone postacie, a ludzi, wielowarstwowych i do bólu autentycznych. Bólu zresztą Twardoch nikomu nie szczędzi, jego postacie cierpią, a cierpienie to przedstawione też jest zjawiskowo sprawnie. W efekcie autor z łatwością wzbudza w nas emocje, które – jak się wydaje – wzbudzić zamierzał: przemoc rodzi w nas grozę albo obrzydzenie, tragedia przyprawia o szczere ciarki, sceny o zabarwieniu erotycznym spowodują pewnie wypieki na twarzy. Wydawać by się więc mogło, że Twardoch popełnił dzieło znakomite. Skąd w takim razie ta wspomniana na wstępie irytacja? Z maniery, bez wątpienia w stu procentach zamierzonej, ale przez tą swoją celowość ani trochę nie mniej wkurzającej. Ma bowiem Twardoch tendencję w tej książce do okropnego powtarzania się – zarówno jeśli idzie o nagminne (i znowu – celowe) wykorzystywanie tej samej konstrukcji w ramach akapitu czy nawet całej sceny, ale przede wszystkim w kwestii treści. O pewnych zdarzeniach autor informuje nas – albo nam o nich przypomina – po dwadzieścia, trzydzieści razy; podobnie wtóre i nużące robi się w pewnym momencie refrenowe niemal powtarzanie narratora, że to czy tamto nie ma znaczenia. Osobiście uważam, że gdyby tę narracyjną manierę odrobinę ograniczyć, książkę dałoby się spokojnie skrócić o dobrą jedną dziesiątą (jeśli nie więcej) bez żadnej szkody dla treści czy warstwy językowej, za to z wyraźnym zyskiem w postaci większej płynności całej opowieści. Nie zmienia to jednak faktu, że Drach jest książką dobrą i jak najbardziej wartą poświęconego jej czasu.

Markus Zusak, Złodziejka książek – Powiem to od razu na wstępie: Złodziejka książek to najlepsza książka, jaką przeczytałem od początku tego roku, i prawdopodobnie najlepsza, jaką przeczytam do jego końca. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wszystkie składniki opowieści zostały starannie dobrane, odmierzone we właściwych proporcjach i zmieszane inteligentnie, z daleko idącym narracyjnym zmysłem, ale też z tym trudnym do opisania czymś, co niektórzy nazywają polotem. Po pierwsze, autorowi udało się ugryźć przeraźliwie – zdawać by się mogło – ograny już temat drugiej wojny światowej i holokaustu z interesującej, świeżej perspektywy, główną bohaterką jest bowiem niemiecka dziewczynka, której przybrani rodzice ukrywają w swoim domu Żyda. Po drugie, uczynił ów autor narratorem w tej swojej opowieści śmierć – i zrobił to na tyle umiejętnie i pomysłowo, że czytelnik ma faktycznie wrażenie, że całą historię relacjonuje istota, która człowiekiem nie jest, choć nieustannie nam przecież towarzyszy. Po trzecie, Zusak stworzył postacie wyraziste i barwne, a jednak równocześnie bardzo ludzkie, wiarygodne. Po czwarte, powieść ta została napisana z niesłychanym wdziękiem i wyczuciem, gładko i naturalnie prowadząc czytelnika od śmiechu do przygnębienia, od zgrozy do radości, od obrzydzenia do rozsadzającej serce nadziei. Po piąte, to historia opowiedziana przepięknym językiem (choć tu akurat mogę się wypowiedzieć wyłącznie na temat oryginału, polskiego przekładu nie miałem w rękach). Po szóste, to powieść pełna emocji, diablo inteligentna, mówiąca rzeczy wartościowe i cenne. Po siódme, to chyba pierwsza książka od czasu Hobbita (którego czytałem, mając lat dziesięć albo coś blisko tego), przy której się najzwyczajniej w świecie popłakałem. Genialna, absolutnie genialna.

Robert J. Schmidt, Apokalipsa według Pana Jana – Problemów z Apokalipsą… Schmidta miałem kilka. Najpoważniejszy był chyba taki, że sięgnąłem po tę powieść zaraz po wspomnianej wyżej Złodziejce książek, a to narzucało pewne czynione mimochodem porównania, z których mało który tytuł wyszedłby zwycięsko. Drugim były spore oczekiwania – nasłuchałem się, że Apokalipsa… to absolutna klasyka polskiego post-apo i po cichu spodziewałem się może nie Bastionu Kinga, ale przynajmniej czegoś na poziomie Drogi do wieczności McDevitta – książki klimatycznej, wciągającej, dającej choć trochę do myślenia. Niestety przez pierwsze sto stron rozczarowanie goniło rozczarowanie. Wątki się sypały, logika szwankowała, postacie gadały jak w tutorialach gier komputerowych. Potem było już lepiej, szczególnie od momentu pojawienia się Zawady, Adamczyka i Filipka: bohaterów, którzy budzili we mnie jako w czytelniku jakiekolwiek uczucia – czego nie można niestety powiedzieć o reszcie apokalipsowego towarzystwa. Generalnie na plus książki Schmidta wypada zrobiony research, znajomość militariów oraz ciekawa wizja zmian natury geograficznej, które okazują się konsekwencją wojny nuklearnej. Minusów niestety jest – przynajmniej jak dla mnie – też niemało: nielogiczności w zachowaniu bohaterów, połamana fabuła, powtarzający się mechanizm, że gdy tylko pojawiają się poważniejsze trudności, ślepy traf usuwa je bohaterom z drogi. W toku lektury skojarzenie z grą komputerową zresztą tylko się umacniało – równie dobrze ktoś mógłby podkoloryzować fabularnie partyjkę postapokaliptycznych Heroesów czy Cywilizjacji – gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy sojusze, gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy… Wiecie, o co chodzi. W rezultacie Apokalipsa według Pana Jana zrobiła na mnie bardzo przeciętne wrażenie, choć równocześnie zachęciła, by w ramach testu sięgnąć po jakąś inną, dojrzalszą książkę Schmidta.

Tabu – Ten serial to dla mnie absolutna perełka. Z jednej strony to w gruncie rzeczy wariacja na temat historii hrabiego Monte Christo (ta sama epoka; człowiek powracający do domu po latach z fortuną w garści i obszerną, powszechnie niedostępną wiedzą; motyw zemsty; próba odzyskania niegdysiejszej miłości) z drugiej jest to opowieść oryginalna, pomysłowa, brutalna i mroczna. Mamy tam fantastycznie ukazaną rywalizację poszczególnych stronnictw (Kompania Wschodnioindyjska, Korona Brytyjska, Amerykanie), mamy tajemnice z przeszłości, mamy bród i nędzę londyńskich slumsów oraz ludzi, dla których cudze życie nie jest warte funta kłaków. Jest to też, co ważne, serial, którego siła bazuje – co osobliwe w dzisiejszych czasach – nie tylko na seksie, krwi i rozmieszczonych z matematyczną precyzją cliffhangerach, ale przede wszystkim na intrygach, na bohaterze, który inteligentnie lawiruje między niebezpieczeństwami, a jego kolejne posunięcia to strategicznie cwane manewry godne wytrawnego szachisty. Mnie osobiście Tabu zachwyciło fantastyczną realizacją (scenografia, kostiumy, montaż), zgrabnie skonstruowanym i trzymającym w napięciu scenariuszem, a przede wszystkim postacią głównego bohatera – napisaną wprost fenomenalnie, a potem kunsztownie zagraną przez Toma Hardy’ego. Polecam wszystkim dorosłym widzom i zacieram rączki w oczekiwaniu na drugi sezon.

Opublikowano Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz