Wywiad dla BeGoodArt.com

Ostatnio na łamach portalu BeGoodArt.com pojawiła się nie tylko bardzo przychylna recenzja moich Opowieści niesamowitych (dla chętnych – TUTAJ), ale również wywiad z moją skromną osobą. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, co sądzę o, między innymi, łączeniu pisania z grą w zespole, publikowaniu w sieci, vanity press, czy odwiecznym zatargu fantasy oraz sf, zapraszam do lektury. Cały wywiad dostępny jest TUTAJ.

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło. I do zobaczenia już w ten weekend na Polconie!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Różne | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Polcon 2016

Już wkrótce – a nawet bardzo wkrótce, bo w najbliższy weekend – we Wrocławiu wielkie święto fantastyki, a mianowicie Polcon 2016. Impreza długa (od czwartku do poniedziałku włącznie), obfitująca w moc atrakcji i kusząca chociażby okazją do spotkania z wybitnymi gośćmi (w tym roku to m.in. Peter V. Brett, Jack Ketchum, Edward Lee, Bogusław Polch czy Chris Achilleos). Zapowiada się rewelacyjnie i niżej podpisanego również tam nie zabraknie. Poza korytarzami, toaletami i innymi punktami tradycyjnych spotkań towarzyskich będzie można mnie zobaczyć i posłuchać na następujących punktach programu:

Polcon-2016

Piątek, 14:00, Sala 2 – Panel: Czy warto być pisarzem fantastyki? (wraz z Jarosławem Grzędowiczem, Witoldem Jabłońskim i Magdaleną Kucenty)

Piątek, 18:00, Sala 3 – Panel: Steampunk (wraz z Anną Kańtoch i Krzysztofem Piskorskim)

Niedziela, 10:00, Sala 8 – Panel: Młody fantastyczny Wrocław (wraz z Krzysztofem Haladynem)

Niedziela, 12:00, Sala 4 – Panel: Wampir w popkulturze – przeżytek, sztampa czy wciąż potencjał (wraz z Sylwią Błach, Michałem Stonawskim i Witoldem Jabłońskim)

Niedziela, 16:00, Sala 2 – Warsztaty pisania recenzji

Ponadto, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wraz z moim zespołem Scarecrow będziemy mieli zaszczyt i przyjemność wystąpić w Tawernie, czyli w oficjalnej polconowej knajpie w niedzielę około godziny 21:00. Zapraszamy serdecznie!

PS. Podane powyżej punkty programu oraz ich miejsce i czas wzięte są z roboczego harmonogramu i mogą w związku z tym ulec jeszcze drobnym zmianom. Szczególnie zainteresowanych zachęcam do śledzenia wszystkich informacji dotyczących Polconu na oficjalnej stronie internetowej konwentu, czyli TUTAJ.

 

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Genialne kreacje?

Od dość dawna słyszę, że polski rynek wydawniczy ma się coraz gorzej. Nasz rodzimy światek literacki ma jakoby ciążyć ku degrengoladzie i rozpadowi, a pojedyncze pozytywne zjawiska są rzekomo tylko odstępstwami potwierdzającymi smutną regułę. Wydawnictwa padają albo zamykają serie wydawnicze. Czasopisma zdychają lub zawieszają działalność. Te, które wciąż jakoś egzystują, muszą liczyć się z topniejącą rzeszą czytelników. W ogóle mało kto czyta, publikują wyłącznie starzy wyjadacze, a marzący o debiucie raz, że nie mają gdzie puścić swoich książek (no chyba, że stać ich na kosztowny strzał w kolano, jakim jest vanity press), a dwa, że tak naprawdę nie potrafią pisać.

Czyli, nazywając rzecz fachowo, kaszana.

Logo-GC-kolorMoje własne doświadczenia częściowo pokrywają się z tą ponurą wizją przedstawioną powyżej. Ale tylko częściowo. Wciąż nie brakuje bowiem ciekawych inicjatyw, a jedną z takich – jak mi się zdaje – jest wydawnictwo Genius Creations. W jego ofercie znajdują się książki niemal wyłącznie debiutantów, co w obecnej sytuacji jest podejściem nie tyle nawet odważnym, co iście brawurowym. Oczywiście wrodzona złośliwość, a także stara dobra zawiść – tradycyjna nie tylko dla środowiska literackiego, ale dla Polaków w ogóle – podpowiadały, że najlepiej byłoby te debiuty wykpić, autorów wyszydzić, a wydawnictwo jak najpełniej zdyskredytować. Do czego zabrałem się ochoczo.

Moja skromna przygoda z książkami sygnowanymi przez Genius Creations rozpoczęła się od Cudów i Dziwów Mistrza Haxerlina Jacka Wróbla. Moje zdanie na temat tego tytułu znajdziecie TUTAJ, ale na potrzeby niniejszego wpisu wystarczy chyba powiedzieć, że książka okazała się nad podziw zacna i nawet gdybym nie znał się osobiście z Jackiem i zwyczajnie po ludzku go nie lubił, nie mógłbym jej specjalnie zjechać. Jeśli w przypadku panów Haxerlina i Wróbla, a także wydawnictwa GC mam o coś żal, to o to, że wciąż muszę czekać na zapowiadaną już od jakiegoś czasu kontynuację.

Redlum-Katarzyna-RupiewiczNa drugi ogień poszła świeżynka ze stajni GC, a mianowicie Redlum Katarzyny Rupiewicz. Zacząłem czytać i już po kilku stronach zacierałem rączki z niegodziwej uciechy. Opisy skromne albo niemal nieobecne, struktura oklepana, setting aż się prosi, żeby pojechać z nim bardziej po bandzie. Generalnie do bólu klasyczne fantasy o chłopaczku, który odkrywa w sobie niezwykłe moce – jedyną niespodzianką jest to, że ów chłopaczek dorasta w otoczeniu najrozmaitszych potworów, a szkoli się nie na rycerza, maga czy genialnego złodzieja, ale na karczmarza. Już byłem pewien, że Redlum posłuży mi do napisania na tym blogu notki zwięzłej, ale cudownie prześmiewczej, zjawiskowo jadowitej, uroczo gnojącej tak sam utwór, jak i jego autorkę (trochę zgryz, bo ją również zdarzyło mi się poznać i sprawiała wrażenie bardzo sympatycznej, ale co tam). A potem nagle spostrzegłem, że jestem na stronie dwieście którejś, przewracam kolejne kartki Redlum jak opętany i doskonale się bawię. Pomogło na pewno to, że jest lato i taka lekka lektura, nie wymagająca absolutnego skupienia, znakomicie pasuje do słońca i plaży… Ale to nie wszystko. Dużo zmieniają dialogi, zaskakująco zgrabne i obfite w miłe uchu (oku?) one-linery. Do gustu przypadły mi również rozmaite przemyślenia głównego bohatera i w ogóle sposób prowadzenia pierwszoosobowej narracji: nie przegadanej, ale jednak w jakiś sposób barwnej, doskonale spójnej z charakterem postaci. Poza tym jest w tej książce trochę smaczków, które sprawiają, że czyta się ją z przyjemnością – ale nie będę zdradzał więcej, żeby nie psuć Wam frajdy z ewentualnej lektury.

pokoj-swiatowNa koniec sięgnąłem po pierwszą książkę, którą GC zdecydowało się wydać – po zbierający laury i świetne recenzje Pokój światów Pawła Majki. Ten miszmasz Wojny światów, Życzenia śmierci oraz wszelkiej maści bajek, baśni i legend wydaje się hybrydą tak dziwaczną, że nie mogło z tego wyjść nic innego niż stuprocentowy kicz. A jednak, stało się inaczej. Majka wziął te części składowe, wsadził do blendera i zmajstrował koktajl, który spokojnie mógłby stanąć w jednym szeregu z książkami wchodzącymi w skład znakomitej Uczty Wyobraźni wydawnictwa Mag. Autor stworzył kompletną, koherentną wizję świata, która powala rozmachem i oryginalnością, ale to bynajmniej nie wszystko, bywały już bowiem książki z fenomenalnym pomysłem na świat, ale zarżnięte badziewną fabułą oraz bohaterami tak plastikowymi, jakby nosili na dupsku wytłoczony napis MADE IN CHINA. W przypadku Pokoju światów nic takiego nam nie grozi. Pojawiające się w książce postaci tworzą barwny i fascynujący kolektyw, fabuła pełna jest niebanalnych rozwiązań i ciekawych zwrotów akcji, narracja prowadzona umiejętnie, z polotem. Mimo poziomu skomplikowania świata przedstawionego, informacje o nim dozowane są stopniowo, z rozmysłem, tak by nie nudzić i nie zabić dynamiki opowieści. Dialogi u Majki to fragmenty szczególnie ciekawe: błyskotliwe, nastrojowe, zabawne, okraszone adekwatną dla postaci – ale nie przesadzoną – stylizacją. Do tego dochodzi erudycja autora, który wypakował swój tekst po brzegi rozmaitymi obliczami folkloru. Wszystko to sprawia, że Pokój światów jest jedną z najlepszych i najbardziej pomysłowych książek, jakie przeczytałem w ciągu ostatnich miesięcy. Taką jeszcze małą wisienką na torcie, rzeczą która szczególnie mi się spodobała, jest fakt, że Majka nie traktuje czytelników jak debili, którym trzeba wszystko jasno i klarownie wyłożyć – pewne rzeczy pozostawia w sferze domysłów i niedopowiedzeń, pozwala nam wyciągać własne wnioski i samodzielnie domyślać się, kim są niektóre z mitycznych lub baśniowych postaci napotykane przez bohaterów w obłędnym, ale i fascynującym świecie Kresu. Brawo, autorze!

Na koniec dodam, że pod względem wydania – okładki, skład tekstu, korekta – utwory te nie wypadają ani trochę słabiej, niż pozycje sygnowane przez wydawnictwa ze znacznie większym dorobkiem. Nie mam wątpliwości, że moja przygoda z książkami Genius Creations na tym się nie skończy. I choć wciąż liczę na znalezienie jakiegoś tytułu, który pozwoli, żeby się troszkę nad nim poznęcać i powyzłośliwiać, podejrzewam, że trafię tam przede wszystkim na pozycje dobre, oferujące uczciwą rozrywkę.

A Wy? Czytaliście coś wydanego przez GC? Coś godnego polecenia albo wręcz odwrotnie? Może na temat którejś z wymienionych przeze mnie książek macie podobne odczucia… A może zupełnie odmienne? Jeśli tak, piszcie śmiało.

Pozdrawiam ciepło i wakacyjnie, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , | 29 komentarzy

Radiowe rozmówki

Wiadomość z ostatniej chwili: jutro około godziny 19:00 będę miał przyjemność gościć na antenie Radia Wrocław Kultura w programie literackim Łukasza Śmigla i Jacka Antczaka. Nie mam jeszcze bladego pojęcia, o czym będziemy rozmawiać, ale to będzie moja trzecia wizyta u nich i, sądząc po wcześniejszych doświadczeniach, nie wątpię, że będzie wesoło, ciekawie, inspirująco i bardzo sympatycznie. Popatrzeć sobie na nas (a co, radio na miarę XXI wieku, no nie?) oraz posłuchać rozmaitych okołoliterackich rozmaitości będzie można poprzez stronę radia, czyli http://www.radiowroclawkultura.pl/. Zachęcam do udziału i życzę miłych wrażeń.

Trzymajcie się!

Opublikowano Różne | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

„Wszystko dobre…” w Nowej Fantastyce

okladka-200Z przyjemnością i dumą informuję, że w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki można przeczytać moje opowiadanie „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Pod tym przydługim może tytułem kryje się historia łącząca elementy urban fantasy, gangsterskiego noir oraz science fiction bliskiego zasięgu, wszystko doprawione szczyptą humoru i sentymentalną nutą. Będzie złośliwa sztuczna inteligencja, będą orki w garniturach i seksowne wróżki serwujące drinki, będą poważne tarapaty, agenci federalni i sporo akcji! Mam nadzieję, że tekst przypadnie Wam do gustu, szczególnie, że to raczej lekka i niewymagająca lektura, w sam raz na lato.

A z sierpniowym NF-em w ogóle warto się bliżej zapoznać – jeśli nie dla samej okładki z Margot Robbie w roli Harley Quinn, to chociażby ze względu na wywiad z Kenem Liu, na kolejny tekst Krzyśka Piskorskiego o wymyślaniu fantastycznych światów czy opowiadania Kelly Link oraz Alyssy Wong.

Polecam serdecznie i pozdrawiam!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Wampirza maskarada

Mój komputer nie służy do grania. Używam go głównie do błądzenia w odmętach Internetu oraz pisania. Ma szalenie wygodną klawiaturę (model, który niestety nie znajduje się już w produkcji i budzę się zlany zimnym potem, ilekroć śni mi się, że spacja przestaje działać), ale poza tym raczej nie wzbudzi niczyich pożądliwych westchnień: mocą obliczeniową może iść w szranki co najwyżej z przenośnym kalkulatorem, pojemność jego twardego dysku budzi szyderczy śmiech ze strony co nowszych pendrive’ów, a karta graficzna krztusi się i dławi przy wyświetlaniu GIF-ów.

No dobra, odrobinę przesadzam. Ale tylko odrobinę.

Mój komputer nie służy do grania. Jednak, jak niemal każdego uzależnionego, nachodzi mnie od czasu do czasu przemożna chęć, żeby w coś załoić. Zdarza się to mniej więcej raz na pół roku i kiedy już ten impuls się pojawi, jest pozamiatane. Mam problemy ze skupieniem. Pisanie idzie mi jak krew z nosa. Czytając, raz po raz gubię wątek. Ślepiąc w film, wiercę się w krześle czy na fotelu. Już jakiś czas temu przekonałem się, że jest jeden sposób, żeby sobie z tym poradzić – poddać się. I pograć trochę. Czasem wystarcza dzień lub dwa, czasem tydzień, niekiedy trwa to jeszcze dłużej. Muszę zaspokoić głoda i później znowu przez kilka miesięcy mam spokój; mogę znowu zajmować się rzeczami bardziej przystającymi doktorowi literaturoznawstwa i głowie rodziny.

Kiedy dopada mnie wspomniana chętka na odrobinę wirtualnej rozrywki, szaleńcza moc (albo raczej niemoc) mojego komputera znacząco zawęża krąg gier, w które mógłbym pocisnąć. Czasem wracam wtedy do produkcji, które niegdyś sprawiały mi frajdę, czasem szukam czegoś nowego. A jako że zgodnie z moim przekonaniem ludzie są do siebie w gruncie rzeczy podobni, wierzę, że to, co spodobało się mnie, może przypaść do gustu większej rzeszy nieszczęśliwców obdarzonych giercowym apetytem, natomiast pozbawionych kosztownego hardware’u. Stąd pozwolę sobie napisać kilka słów o moim ostatnim odkryciu, czyli Vampire: The Masquerade – Bloodlines.

Vampire_-_The_Masquerade_–_Bloodlines_CoverartVTMB to komputerowe RPG z 2004 roku. To ostatni tytuł Troika Games, firmy odpowiedzialnej także za znakomite Arcanum wydane trzy lata wcześniej. Oparte na znanym i lubianym systemie gier fabularnych Wampir: Maskarada, pozwala nam wcielić się w – uwaga, niespodzianka! – wampira. Jako świeży krwiopijca, pozbawiony umiejętności i wiedzy na temat skomplikowanego świata Dzieci Nocy, gracz będzie musiał zadbać o swoje przeżycie, a następnie odnaleźć swoje miejsce w uniwersum mroku. Nie będzie to łatwe, bowiem starsze wampiry bez wahania spróbują wykorzystać nas jako pionka w swoich wewnętrznych przepychankach, a jakby tego było mało, nasze pojawianie się, jak to często w tego typu grach bywa, dziwnym zrządzeniem losu zbiegnie się w czasie ze zdarzeniami grożącymi całkowitą zagładą świata.

VTMB ma mnóstwo cech klasycznego RPG: tworzenie postaci, wykonywanie questów, zdobywanie punktów doświadczenia i wydawanie ich na rozwój atrybutów oraz umiejętności. Może się jednak pochwalić też kilkoma elementami, które czynią rozgrywkę szczególnie interesującą. Po pierwsze, wybierając jeden z wampirycznych klanów, otrzymujemy dostęp do pewnych specjalnych umiejętności: np. przyspieszenia, niewidzialności, przyzywania magicznych stworów, etc. Każdy klan dysponuje własnym, niepowtarzalnym zestawem trzech takich supermocy, które mogą znacząco wpłynąć na charakter rozgrywki i prowadzenie postaci. Ponadto, praktycznie każde zadanie możemy rozwiązać na przynajmniej dwa sposoby – a co istotne, punkty doświadczenia zdobywamy nie za zabijanych przeciwników, ale za osiągnięcie celu, więc postaci wojowników nie są wcale bardziej promowane niż charyzmatycznych łgarzy albo cichych złodziejaszków. Do tego dochodzi jeszcze konieczność utrzymania Maskarady (dbanie o to, żeby przeciętni śmiertelnicy pozostali nieświadomi istnienia społeczności krwiopijców) czy punkty człowieczeństwa, po utracie których możemy obudzić w sobie Bestię i wpadać w niekontrolowane napady szału.

vtm3Gra ma swoje wady. Bugów jest niewiele (tzn. jest ich mnóstwo, ale znakomitą większość likwiduje zainstalowanie nieoficjalnego patcha), ale do niektórych średnio wygodnych rozwiązań trzeba się zwyczajnie przyzwyczaić. Wymienić tu można na przykład konieczność przeskoku do perspektywy trzeciej osoby w walce wręcz czy to, że po wstawce „filmowej” – a takie poprzedzają większość potyczek z bossami – startujemy z gołymi pięściami i musimy znowu wybrać swoją ulubioną broń, to z kolei potrafi zająć cenną sekundę czy dwie. Jednak da się nad tym wszystkim przejść do porządku dziennego, a wciągająca fabuła bardzo wiele rekompensuje. Miłośników mordowania może nieco zniechęcić stosunkowo wąski przekrój broni (w sumie do dyspozycji gracza oddano kilkadziesiąt różnych narzędzi do robienia kuku, co nie powala w porównaniu z innymi cRPG), ale mnie to pasowało – zamiast godzinami dłubać w statystykach i szukać w nieskończoność amunicji do danej giwery, mogłem skupić się na rozgrywce. Nie boli też szata graficzna – a przynajmniej mnie nie bolała – choć oczywiście od współczesnych produkcji różni się w stopniu zasadniczym. Mroczna estetyka łącząca elementy punkowe i gotyckie sprawdza się jednak na medal, a silnik, na którym hulał też słynny Half-Life 2, śmiga gładko i płynnie nawet na mocno przestarzałym sprzęcie.

vtm2

Nietypowe mechanizmy (punkty człowieczeństwa, supermoce czy Maskarada), fajowi bohaterowie niezależni oraz niebanalna fabuła to rzeczy mające gigantyczny wpływ na radość czerpaną z grania, ale w przypadku VTMB nie najważniejsze. Jak dla mnie bowiem ta produkcja wyróżnia się baaardzo na plus – również na tle znacznie nowszych RPG-ów – za sprawą trzech elementów. Pierwszy to pełne audio do wszystkich dialogów w grze… i to znakomite audio. O ile w większości tytułów własne aktorskie głosy otrzymują postaci o kluczowym znaczeniu dla fabuły, o tyle w VTMB możemy posłuchać absolutnie wszystkich. Wrażenie jest niesamowite i bardzo pomaga w zanurzeniu się w świat gry. Kolejna kwestia to muzyka, a ta również jest doskonała, wszak ścieżkę dźwiękową sygnują takie asy jak Tiamat, Lacuna Coil czy Ministry. Taki dobór artystów ma zaś przełożenie na element trzeci, najistotniejszy: klimat. VTMB jest grą mroczną, o gęstej, ponurej atmosferze i wszystko – postaci, estetyka, muzyka, nawet charakter questów – tworzy w tym przypadku spójną całość, szalenie atrakcyjną, mimo że od premiery tej gry minęło aż dwanaście lat.

vtm1

Jeśli więc szukacie gry niewymagającej technicznie, za to zapewniającej całe mnóstwo fajnych wrażeń, Vampire the Masquerade: Bloodlines polecam z całego, spragnionego świeżej krwi serca.

Opublikowano Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Niepamięć

Zapominam zakończenia książek.

Kobiety_4Zauważam to przy Kobietach Bukowskiego, książce wulgarnej i dość monotonnej, ale też ze świetnymi momentami. Kończę ją nocą, dajmy na to ze środy na czwartek, a już w sobotę podczas rozmyślań nad lekturą nie mogę przypomnieć sobie zakończenia. W pierwszej chwili chcę złożyć to na karb wiecznego niewyspania. Tłumaczę sobie, że ze zmęczenia pobieżnie przeleciałem kilka ostatnich stron zamiast poświęcić im należytą uwagę. Potem jednak myślę o innych książkach, które pochłonąłem na przestrzeni minionych miesięcy i stwierdzam, o zgrozo, że coś jest na rzeczy. Pamiętam sceny, czasami całe długie sploty zdarzeń, postaci, niekiedy pełne kwestie… Ale zakończenia? Bardzo rzadko.

Postanawiam przeprowadzić badanie ilościowe: staję przed biblioteczką i sunę wzrokiem po tytułach, zaznaczając mentalny krzyżyk przy tych tekstach, których zakończenia wyleciały mi z głowy. NeuromancerPieśń łuków Azincourt… Spryciarz z Londynu (w ogóle praktycznie wszystko Pratchetta)… Friday 13 AniołPopiół i kurz… Masa książek i żadnych zakończeń, co najwyżej ogólne wyobrażenie: zakończenie pozytywne albo negatywne, ten przeżył, tamten kojfnął, zbrodnię wyjaśniono, zło pokonano, etc. Wszystko mgliste, żadnych konkretów.

Przestraszyłem się nie na żarty. Latka lecą, to fakt, ale na sklerozę albo, broń Boże, Alzheimera jestem w swoim mniemaniu ciutkę jednak za młody. Nie piję też znowu aż tyle, żeby procenty miały mi wyżerać całe partycje twardego dysku – poza tym cóż za alkohol byłby na tyle złośliwy w swoich efektach ubocznych, żeby kasować tylko szare komórki odpowiedzialne za zakończenia, nie ruszając na ten przykład początków?

złotoW ramach testu przeskakuję na inne medium i oddycham z ulgą. Jeśli idzie o filmy, pamięć działa mi bez zarzutu. Nazwiska reżyserów i aktorów, oryginalne tytuły, fabuła od A od Z – wszystko na swoim miejscu. Seksmisję albo Pulp Fiction dalej jestem w stanie cytować niemal kwestia po kwestii; w Złocie dla zuchwałych pamiętam właściwie każde ujęcie i wtrącony do karcera albo innej ciemnicy pewnie byłbym w stanie odtworzyć sobie ten film pod zamkniętymi powiekami. Podobnie w kwestiach muzycznych. Tytuły płyt i piosenek, składy zespołów, najważniejsze daty – wszystko wciąż grzecznie czeka we właściwych szufladkach.

Wychodzi na to, że pamięć jeszcze jako tako hula. Dobrze. Ale co w takim razie z tymi przeklętymi zakończeniami?

Zmieniam taktykę. Zaczynam myśleć o tych zakończeniach, które szczególnie utkwiły mi w pamięci i siedzą w niej do dzisiaj. Szukam jakiegoś klucza, wspólnego mianownika. Jest wśród tych utworów Mroczna Wieża Kinga, która moim zdaniem może się pochwalić jednym z najlepszych zakończeń ever w historii literatury. Jest Komu bije dzwon. Jest Pan Lodowego Ogrodu. Jest Sapkowski z Panią Jeziora i jednym z tych zakończeń, które swego czasu wzbudziły we mnie skrajną frustrację. Są J.K. Rowling i Suzanne Collins ze swoimi słodko-pierdzącymi, polanymi lukrem happyendami. Są Widma Orbitowskiego – książka przez którą brnąłem żmudnie – natomiast nie ma, o ironio, jego rewelacyjnej Szczęśliwej Ziemi. Są genialne Kłamstwa Locke’a Lamory, ale też przeciętna Tajemnica Diabelskiego Kręgu. Jest Gwiezdny pył Gaimana, ale jego fenomenalni Amerykańscy Bogowie już nie.

Szukam klucza i nie znajduję go.

Daję wreszcie za wygraną. Postanawiam zaakceptować stan rzeczy i zająć się czym innym. Siadam do komputera, odgradzam się od otoczenia ścianą dźwięków firmowanych przez Tiamat i wracam do pisania książki.

Słucham tego ciężkiego, nastrojowego grania i klepię w klawisze. Leci cała płyta, kawałki zlewają się ze sobą, nie zauważam, kiedy kończy się jeden, a zaczyna drugi. Słucham ich na YouTubie, więc w pewnym momencie jeden album przechodzi w kolejny, a ja niczego nie spostrzegam.

I nagle to do mnie dociera. W muzyce – szczególnie w muzyce rozrywkowej – zakończenie jest prawdopodobnie najmniej istotną częścią utworu. Początek, zwrotki, refreny, interludia… to wszystko tworzy mięcho, wpada w ucho, porusza serce albo stopę, wzbudza emocje i zostawia w odbiorcy ślad. Zakończenie fade-outem, zwolnieniem, nagłym ucięciem, podwojenie albo potrojenie refrenu  – to już są kwestie drugorzędne, pozbawione znaczącego wpływu na efekt końcowy.

Podobnie jak w książkach.

Mroczna-Wieża-VII-Mroczna-WieżaPrzed ostatnim fragmentem Mrocznej Wieży Stephen King kieruje do czytelnika takie słowa: „Zakończenia są bezduszne. Koniec to zamknięte drzwi, których żaden człowiek (…) nie zdoła otworzyć. Napisałem wiele, ale większość z tego samego powodu, dla którego wkładam rano spodnie przed wyjściem z sypialni — ponieważ tak jest przyjęte w tym kraju.” Mimo, że po tym fragmencie następuje jedno z najlepszych, najbardziej spójnych i najbardziej klimatycznych literackich domknięć, King ma absolutną rację, kiedy powtarza: „Zakończenia są bezduszne. Zakończenie to po prostu inna nazwa pożegnania.”

Myślę o tym teraz, i sądzę, że wreszcie to złapałem, wreszcie to mam. Wiem, już czemu pamiętam jedne zakończenia, a nie pamiętam innych. Mianowicie, rządzi tym przypadek. Nic więcej. Bo one nie są ważne. Wcale. Ważne jest wszystko to, co je poprzedza.

Zupełnie jak w życiu. To, jak je kończysz, jest rzeczą drugorzędną.

Stokroć istotniejsze jest to, jak je przeżyjesz.

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , | Dodaj komentarz