Odkrycia stycznia

Dmitry Glukhovsky, FUTU.RE – Powiedzmy to sobie od razu: to nie jest książka autora Metra 2033. Zbieżność nazwisk jest zupełnie przypadkowa. To znaczy, musi być, nieważne, co piszą we wszystkich Wikipediach i tym podobnych. Ja w każdym razie nie wierzę, że te dwa tytuły mogła popełnić ta sama osoba. Okej, zdaję sobie sprawę z tego, że publikację Metra 2033 i FUTU.RE dzieli niebagatelne jedenaście lat, ale dalej wierzyć mi się nie chce, żeby ktoś mógł zrobić taki skok. Metro 2033 to młodzieżowa przygodówka, w fajnym settingu, oparta na niezłym pomyśle, przyznaję, ale w gruncie rzeczy mocno wtórna, bardzo naiwna, językowo totalnie przeciętna. Czytadełko. Tymczasem FUTU.RE to jest poziom klasyków gatunku – to książka, która może spokojnie stać w jednym szeregu z takimi prominentami literackiej dystopii jak 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego albo nawet Rok 1984 Orwella. Objawia się to na różne sposoby. Po pierwsze Glukhovsky bierze na warsztat bardzo poważny temat – oto ludzkość ogarnęła wreszcie pod względem medyczno-technologicznym kwestię nieśmiertelności i musimy jako gatunek zmierzyć się z problemem ekstremalnego przeludnienia i znajdujących się na skrajnym wyczerpaniu zasobów naszej planety. Po drugie autor obrabia ten temat niesłychanie sprawnie, jak stary wyga: historię poznajemy z perspektywy szeregowego funkcjonariusza Nieśmiertlenych, czegoś na kształt specjalnej policji wyłapującej ludzi, którzy wbrew nakazom prawa decydują się na posiadanie dzieci. Główny bohater punktuje pod względem literackim na paru płaszczyznach – ma nieszablonowy charakter, niemal namacalną przeszłość, jego rozdarcie i niezdarne próby nakarmienia pożerającej go od środka pustki pokazane są po prostu znakomicie. Jego ewolucja – bo przecież znamy ten model, kojarzymy go ze wspomnianego już Bradbury’ego czy chociażby z Equilibrium – opisana jest niebywale przekonująco, bez uproszczeń i skrótów, a książka jest tak cholernie długa właśnie po to, żeby wiarygodnie oddać zachodzące w bohaterze przemiany. Trzeci element, za sprawą którego Glukhovsky pokazuje jak bardzo dojrzał, jak niesamowicie się pisarsko rozwinął, to język. Język wysmakowany, pełen świetnych porównań i niespodziewanych puent, doskonale komponujący się z nad podziw celnymi spostrzeżeniami autora. I nawet jeśli FUTU.RE rozkręca się powoli, jeśli przez pewne fragmenty trzeba przebrnąć, jeśli momentami dialogi brzmią trochę dziwacznie, wrażenie, jakie ta książka po sobie pozostawia, sprawia, że warto poświęcić jej ten czas, ten wysiłek. Bo momentami – i jest tych momentów niemało – FUTU.RE to jest literatura najwyższego sortu, science fiction, które swoją jakością miażdży znakomitą większość literatury głównego nurtu.

Brandon Sanderson, Studnia Wstąpienia – Akcja drugiego tomu trylogii Ostatnie Imperium rozpoczyna się wkrótce po tym, jak wyhamowała na koniec tomu pierwszego. Ostatni Imperator nie żyje, młody Elend Venture został osadzony na tronie i stara się zaprowadzić w kraju nowy ład, oparty na sprawiedliwości i równości, a jego ukochana, obdarzona niezwykłymi mocami Vin dba o jego bezpieczeństwo i próbuje dojść do porządku ze swoją tożsamością, swoją rolą, oraz możliwościami, jakie daje jej panowanie nad allomancją. Sielanka i spokój trwają krótko, bo prędko okazuje się, że w pogrążonym w chaosie Imperium nie brakuje chętnych do odebrania Elendowi tronu. Jakby tego było mało, złe moce, do tej pory trzymane na wodzy przez Ostatniego Imperatora, coraz śmielej sobie poczynają i uprzykrzają ludziom życie. Tak się ma zarys fabuły. A jak frajda z lektury. Cóż, Studnia Wstąpienia jest niestety książką nierówną. Z jednej strony Sanderson potrafi zaskoczyć ciekawymi zwrotami akcji, a sceny walki nie raz i nie dwa przyprawią czytelnika o wypieki na twarzy. Autor całkiem zręcznie bawi się napięciem i sprawia, że opowiadana przez niego historia nie nuży. Niestety są też i wady. Podobnie jak w tomie pierwszym, sporo jest tutaj scen zwyczajnie przegadanych, niepotrzebnie rozdymających całość, ale na to akurat spokojnie mógłbym jeszcze przymknąć oko. Dużo poważniejszym problemem jest manifestujący się raz po raz brak logiki i wewnętrznej spójności. Autor zależnie od potrzeb danej sceny swobodnie żongluje możliwościami i ograniczeniami allomancji oraz feruchemii, bardziej troszcząc się o filmową spektakularność niż o zgodność z informacjami przedstawionymi wcześniej. Ponadto Sanderson, choć wziął na swoje barki napisanie książki tak naprawdę mówiącej o oblężeniu miasta, nie pokusił się o porządny research, w związku z czym to jego oblężenie jest śmieszne, naiwne, momentami wręcz idiotyczne, a poczynania postaci powodują u choć troszkę bardziej rozgarniętego czytelnika regularne walenie dłonią we własne czoło. W efekcie za Studnię Wstąpienia można chwycić, owszem, szczególnie jeśli ktoś lubi klasyczne fantasy, ale lepiej zrobić to bez większych oczekiwań, otrzymujemy bowiem tekst przyzwoity, ale wybijający się ponad tę przyzwoitość bardzo sporadycznie.

Jakub Małecki, Dygot – Jakoś tak się poskładało, że na przestrzeni ostatnich miesięcy co się chwytałem za polską literaturę piękną, lądowałem na prowincji, w dodatku na prowincji wojennej, powojennej albo inaczej z wojną związanej. Tak było w przypadku Dracha Szczepana Twardocha, tak było w przypadku Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica Kuby Wojtaszczyka, tak też ma się sprawa z Dygotem Małeckiego. Osobiście uważam, że powieść Małeckiego wypada w tym gronie najlepiej. U Twardocha – mimo świetnej historii – drażniła mnie specyficzna maniera i ciągłe powtarzanie tych samych zwrotów, Wojtaszczyk natomiast rozczarował, bo choć językowo sprawny, pisał w gruncie rzeczy o niczym. Tymczasem w Dygocie wszystko się zgadza. Stylistycznie – bomba, czyta się błyskawicznie i z wielką przyjemnością wynikającą z obcowania z bogatą, nietuzinkową polszczyzną. Fabularnie też jest zacnie. Zlewająca się w pewnym momencie w jedno historia dwóch rodzin prowadzi nas od lat poprzedzających drugą wojnę światową aż po dwudziesty pierwszy wiek. Dzieje się sporo, ale jednocześnie bez przesady rodem z powieści awanturniczej, sprawność Małeckiego sprawia zresztą, że zdarzenia mało prawdopodobne łykamy bez zająknięcia, a te zupełnie zwyczajne nabierają mocy i potrafią podnieść człowiekowi ciśnienie. Kluczem zresztą jest tu chyba ładny balans pomiędzy zdarzeniami popychającymi fabułę do przodu a drobiazgami, które pomagają nam osadzić sobie akcję w kolejnych dekadach dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku – to, co robi Małecki kojarzy mi się z osiągnięciami Orbitowskiego ze Szczęśliwej Ziemi czy Innej Duszy; autor bardzo umiejętnie portretuje nie tylko bohaterów, ale chyba przede wszystkim czasy, w których każe im żyć. Dygot poziomu tekstów Orbitowskiego nie osiąga – jest od nich krótszy, bardziej powierzchowny, brakuje mu też ich specyficznego humoru – ale z całą pewnością zasługuje na uwagę i wart jest każdej spędzonej na lekturze minuty.

Dark – Niemiecka produkcja Netflixa przyciągnęła moją uwagę z dwóch względów. Pierwszym było rzekome podobieństwo do Stranger Things. Drugim – zachwyty licznych znajomych, na których guście zazwyczaj mogę spokojnie polegać. Nie zawiodłem się i  tym razem, okazało się bowiem, że Dark to serial bardzo dobry. Tę opowieść o kryjącym zaskakującą tajemnicę niemieckim miasteczku i splatających się ze sobą losach kilku mieszkających w nim rodzin ogląda się znakomicie, a to z paru powodów. Przede wszystkim na uznanie zasługuje klimat, posępny, ale jednak nie popadający w depresyjną monotonię, budowany bardzo starannie i umiejętnie, od zdjęć, przez muzykę, przez scenografię i wykorzystane lokacje, na elegancko pogmatwanym scenariuszu kończąc. Na medal spisują się aktorzy, reżyseria jest bez zarzutu, sam pomysł – jakkolwiek zupełnie nie innowacyjny – też ograny został z odpowiednią dozą oryginalności i narracyjnego zmysłu. W rezultacie otrzymujemy dziesięć wciągających odcinków, w których śledzimy losy wyrazistych, nieobojętnych nam bohaterów. Czego chcieć więcej? Ja osobiście byłem tylko zawiedziony finałem – łudziłem się mianowicie, że na podobieństwo wspomnianego już Stranger Things większość wątków zostanie zamknięta wraz z końcem pierwszego sezonu, a producenci pozostawią sobie jedynie furtkę pod kontem ewentualnej kontynuacji. Tymczasem w chwili, gdy pojawiają się napisy końcowe, wiele towarzyszących nam pytań dalej pozostaje bez odpowiedzi. Nie jestem też pewien, czy podoba mi się kierunek, w jakim wydaje się zmierzać Dark – ale to będzie można ocenić tak naprawdę dopiero w konfrontacji z sezonem drugim, za który na pewno chwycę się, gdy tylko będzie on miał swoją premierę.

Reklamy
Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Sklepik z zabawkami – premiera

Dzisiaj ma swoją premierę zapowiadany przeze mnie już od pewnego czasu zbiór opowiadań pt. „Sklepik z zabawkami”. To dziewięć tekstów, które popełniłem od roku 2013 do 2017,  w sumie blisko trzysta stron szerokopojętej fantastyki. Książka została zresztą okraszona blurbem następującej treści:

To nie jest zwyczajny sklepik, nie znajdziesz w nim zabawek reklamowanych w telewizji. W jego ciemnym, dusznym wnętrzu podejrzane typy przemykają chyłkiem, rozmawiają przyciszonymi głosami, a na przypadkowych przybyszy spoglądają spode łba. Rozejrzyj się, skoro tak bardzo chcesz, ale zaufaj mi, nie znajdziesz tutaj gadającej lalki dla swojej siostrzenicy ani klocków Lego dla młodszego brata. Możesz za to trafić na mapę świata, gdzie między Rosją a Niemcami leży tylko placek ziemi niczyjej. Znajdziesz tu miecz pamiętający czasy Celtów i papierzyska gęsto zadrukowane runami na gnomich automatach, i sześciostrzałowy rewolwer, za pomocą którego zabito kiedyś Minotaura. Jest tu akustyczna gitara z łapą diabła odbitą na cienkim drewnie pudła, a także twardy dysk, w którym pomieszkuje wyjątkowo #cenzura# sztuczna inteligencja… Racja, to wcale nie są zabawki. Bo to właśnie taki sklepik – nie sprzedajemy w nim zabawek. My tu sprzedajemy opowieści.

„Sklepik z zabawkami” to dziewięć opowiadań w różnych konwencjach fantastyki – od dark fantasy po horror, od postapokalipsy po cyberpunk. To zarówno teksty publikowane wcześniej w prasie oraz antologiach, jaki i utwory premierowe, wszystkie jednak mają ten sam wspólny mianownik: autora. Autora, który czerpie garściami z popkultury, bawi się schematami i opowiada historie pełne niezwykłości, a wszystko to ku uciesze swojej i czytelników.

„Sklepik z zabawkami” pobrać można ze strony wydawcy, czyli RW2010.PL w dowolnym z trzech klasycznych ebookowych formatów: pdf, epub, mobi. Żeby przejść na podstronę książki, wystarczy kliknąć TUTAJ. Można tam również pobrać darmową wersję demonstracyjną, ot, kilkunatostronicową zajawkę – bezpośredni link podaję TUTAJ.

Przy okazji tej dość szczególnej dla mnie chwili, chciałbym szybciutko podziękować kilku osobom. Przede wszystkim ekipie RW2010.PL za fachową, profesjonalną współpracę przy książce, za entuzjazm i pasję, za gotowość włożenia czasu i energii w projekt o, powiedzmy sobie wprost, średnim potencjale komercyjnym. W dalszej kolejności chciałbym podziękować kolegom i koleżankom po piórze, którzy od czasu do czasu życzliwie kopią mnie w tyłek i mobilizują do działania. Dziekuję też rodzinie: rodzicom, którzy wspierają mnie od zawsze, żonie, która jakimś cudem toleruje wszystkie moje fanaberie i trzyma kciuki za moje kolejne projekty, synkowi, który po prostu jest i tym swoim byciem dzień po dniu przypomina mi, że prawdziwe życie jest tysiąc razy ważniejsze od fikcji.

Wreszcie dziękuję Wam – gdyby nie Wy, moje słowa trafiałyby w próżnię, a tekstów nikt by nie czytał. Dzięki, że jesteście. Dzięki, że mam dla kogo pisać.

Mam nadzieję, że przy „Sklepiku z zabawkami” będziecie się świetnie bawić. Ja w każdym razie nie żałuję ani jednej chwili spędzonej przy pisaniu opowiadań, które tam znajdziecie.

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sklepik z zabawkami – okładka

Premiera mojego ebookowego zbiorku „Sklepik z zabawkami” coraz bliżej – do chwili, gdy będzie się można zabrać za lekturę, zostały już właściwie pojedyncze dni. W związku z tą, wielce ekscytującą sytuacją, uchylania rąbka tajemnicy ciąg dalszy. A mianowicie: okładka. Jak się Wam podoba?

Przypominam, że więcej na temat zawartości „Sklepiku…” dowiedzieć się można z poprzedniego wpisu na niniejszym blogu – dla leniwych link TUTAJ.

Trzymajcie się ciepło, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sklepik z zabawkami – pierwsza zapowiedź

Z dumą, radością i nieprzyzwoicie dużą dozą ekscytacji donoszę, że wkrótce w sprzedaży objawi się e-bookowy zbiór opowiadań mojego autorstwa. Tomik ten, zatytułowany Sklepik z zabawkami, wydany zostanie przez oficynę RW2010 i, o ile mi wiadomo, będzie można go pobrać w wersji PDF, Epub oraz Mobi, w związku z czym elektroniczni czytacze wszelkich sortów i preferencji powinni być zadowoleni. Na jego zawartość składać się będą w większości opowiadania publikowane już wcześniej w prasie, antologiach czy Internecie, ale znajdzie się tam również jeden tekst totalnie premierowy. Spis treści przedstawiać się ma następująco:

  1. Sklepik z zabawkami (pierwsza publikacja w antologii Toystories, Wydawnictwo Morpho 2014)
  2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy (oryginalnie w Nowej Fantastyce 08/2016)
  3. Póki śmierć nas nie rozłączy (oryginalnie na portalu Fahrenheit – tutaj wersja poprawiona)
  4. Podwójne życie (pierwotnie w antologii Ostatni Dzień Pary II)
  5. Krąg de Berville’a (pierwotnie w antologii Wolsung, Wydawnictwo Van Der Book 2015)
  6. Fort na wzgórzu (opublikowane w antologii Księga Wampirów, Studio Truso 2014)
  7. W labiryncie (oryginalnie w Fantastyce: Wydaniu Specjalnym 2/2015)
  8. Diabeł na rozstajach (premiera!)
  9. Zbudź się (opublikowane w antologii Zapomniane historie, RW 2010 2016)

Na dzisiaj to wszystko, więcej informacji niebawem.

Trzymajcie się ciepło!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Odkrycia października

Joe Abercrombie, Samo ostrze – Przez ostatnie lata haniebnie zaniedbywałem literaturę fantasy, ograniczając się właściwie do pochłaniania kolejnych tłuściutkich tomów Sagi Lodu i Ognia Martina. Znacznie bardziej ciągnęło mnie do innych konwencji, poza tym solidnie zrażony po kontakcie z wychwalanym pod niebiosa Peterem V. Brettem doszedłem do wniosku, że najwyraźniej ze współczesnym fantasty nie jest mi już po drodze, że z tej konwencji zwyczajnie wyrosłem. Nic bardziej mylnego, potrzeba było po prostu utworu, który trafiłby w moje gusta. Czymś takim okazał się tom otwierający trylogię Pierwsze prawo Abercrombiego. Historia splatających się losów kalekiego inkwizytora, aroganckiego szermierza, zmęczonego życiem wojownika oraz zbiegłej niewolnicy to bardzo dobra, wielowątkowa powieść i frapujący początek serii. Jest to tekst na pierwszy rzut oka głęboko osadzony w konwencji, pełen dobrze wszystkim znanych schematów (quasi-średniowieczny setting, dzicy z Północy, groźba inwazji, rycerze, magia, proroctwa, intrygi, etc.). Owszem, właściwie wszystko, o czym pisze Abercrombie, już było. W tym jednak przypadku ważniejsze od tego „co” staje się „jak”. A owo „jak” jest najwyższej próby. Są bohaterowie, których nie trzeba lubić, ale którzy nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Jest tajemnica, angażująca wyobraźnię i utrzymująca napięcie na właściwym poziomie – a nawet kilka tajemnic. Są zgrabne, dynamiczne opisy walk, są inteligentne dialogi i niegłupie twisty fabularne, jest humor dodający całości smaczku. Jest wreszcie cała gama szarości w miejsce tak typowego dla fantasy jasnego podziału na czarne i białe. Przede wszystkim jednak tym, co najbardziej mnie w tej książce urzekło, jest LOGIKA. Konstrukcja świata u Abercrombiego nie obraża inteligencji czytelnika. Magia nie staje się odpowiedzią na każde karkołomne zagranie narracyjne. Bohaterowie nie zachowują się jak pacynki poruszane kaprysami autora i jego pomysłami na widowiskowe sceny, tylko kierują się własnymi, akceptowalnymi dla odbiorcy motywacjami i uczuciami. Jeśli dodać do tego doskonałe opanowanie warsztatu i styl dostosowany do treści, otrzymujemy bardzo mocną pozycję dla fanów fantasy – z jednej strony klasyczną, z drugiej zaś napisaną bardzo współcześnie.

Stephen King, Pan Mercedes – King należy do pisarzy, którzy lubią literackie skoki w bok. Choć wszyscy kojarzą go przede wszystkim z horrorami, sygnował swoim nazwiskiem także powieści fantasy, postapokaliptyczne, thrillery czy obyczajówki podkolorowane elementami nadprzyrodzonymi. Pan Mercedes stanowi pierwsze podejście Kinga do pełnokrwistego kryminału i to podejście udane. Pierwszoplanowym bohaterem tej opowieści jest Bill Hodges, emerytowany glina, który w chwili, gdy go poznajemy, spędza większość czasu przed telewizorem, coraz odważniej fantazjując na temat samobójstwa. Hodges nie jest w stanie odnaleźć się w „życiu po służbie” i zsuwa się po równi pochyłej. Do momentu, kiedy otrzymuje list od tytułowego Pana Mercedesa – człowieka, który rok wcześniej wjechał samochodem w tłum ludzi, zabijając ośmioro i znacznie większe grono poważnie raniąc. Pan Mercedes należy do wąskiego grona przestępców, których Hodgesowi nie udało się przyskrzynić, ale swoim listem daje staremu detektywowi bodziec potrzebny do wzięcia się w garść i partycypacji w grze, która prawie na pewno skończy się dla kogoś tragicznie. To tyle w kwestii fabuły. A jak wykonanie? Jak najbardziej w porządku. Odbiorcy spodziewający się rasowego kryminału z oszałamiającą zagadką logiczną niekoniecznie znajdą tu to, czego szukają, ale miłośnicy prozy Kinga powinni być zadowoleni. W moim odczuciu ten pisarz i tak zawsze bardziej straszył trafnymi portretami toksycznych relacji międzyludzkich niż wymyślonymi przez siebie poczwarami, toteż dreszczyku w Panu Mercedesie nie brakuje. Jest detektywistyczna wędrówka po nitce do kłębka, są ładnie pokazane wątki obyczajowe, są charakterystyczni, zapadający w pamięć bohaterowie. Jest odrażający i równocześnie fascynujący antagonista. Poza tym King, jak przystało na autora z kilkudziesięcioletnim stażem, umiejętnie dawkuje informacje i buduje napięcie, bezlitośnie rozbudza ciekawość czytelnika, przeskakując między perspektywami narracyjnymi zależnie od potrzeb, a nie od kaprysu. Robi wszystko co trzeba, żeby uczynić z Pana Mercedesa książkę, której się nie czyta, tylko którą się pożera. Zdarza się, owszem, że to czy owo może co bardziej wybrednemu czytelnikowi zazgrzytać, ale są to drobiazgi, które nie zakłócają ogólnej przyjemności z obcowania z lekturą. Ta zaś jest jeszcze większa, gdy ma się do czynienia z wersją oryginalną, pełną często zatracanych w tłumaczeniu albo w ogóle nieprzetłumaczalnych idiomów, kolokwializmów, powiedzonek i gier językowych, które stanowią integralny element stylu Kinga.

Grzegorz Gajek, Powrót królów – Po dwóch powieściach grozy oraz lekko skręcającej w stronę horroru fantastyce naukowej Greg Gajek serwuje nam coś zupełnie innego, a mianowicie powieść historyczną. Powrót królów rozgrywa się na terenach antycznej Grecji w dwadzieścia lat po zakończeniu wojny trojańskiej i w opowiadanej historii nie brakuje postaci dobrze znanych miłośnikom greckiej mitologii: na kartach powieści, w rolach bohaterów pierwszo- i drugoplanowych pojawiają się chociażby Orestes, Odyseusz, Menelaos czy Helena zwana Trojańską. Gajek wplątuje wszystkie te postaci w solidną zawieruchę, bowiem napastowany przez hordy Dorów Peloponez pęka w szwach od intryg i sekretów, od wewnętrznych animozji i konfliktów gotowych lada moment eskalować do rangi pełnoprawnej wojny. Dzieje się w Powrocie królów dużo, ale autorowi udała się trudna sztuka odnalezienia odpowiedniego balansu, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że fabuła pędzi na złamanie karku, ciągnąc czytelnika za sobą jak psa na przykrótkiej smyczy. Wręcz przeciwnie, mnogość wątków i postaci, którymi można by z powodzeniem obdzielić cały cykl, udaje się Gajkowi okiełznać na czterystu pięćdziesięciu stronach i choć niektóre wątki mogą sprawiać wrażenie niedomkniętych, Powrót królów stanowi satysfakcjonującą lekturę, którą pochłania się błyskawicznie i ze sporą przyjemnością. Szczególne wyrazy uznania należą się autorowi za wiarygodne oddanie klimatu starożytnej Grecji i specyficznej mentalności zamieszkujących te tereny ludzi. Podziw budzić może styl: precyzyjny, bogaty w zgrabne, trafne porównania i oszałamiająco plastyczne opisy. Gajek zresztą wydaje się radzić sobie równie dobrze ze scenami batalistycznymi co z fragmentami o zabarwieniu erotycznym, obyczajowym czy przygodowym. Jeśli literacka dojrzałość tego młodego przecież autora w jakimkolwiek momencie zawodzi, to co najwyżej w sferze języka, którym posługują się bohaterowie, w dialogach bowiem czuć na kilometr Sapkowskim z jego umiłowaniem potoczystej wulgarności i językowych anachronizmów, co nie każdemu musi się w kontekście powieści historycznej podobać. Dla mnie w każdym razie Powrót królów to koronny dowód na to, że Grzegorz Gajek to pisarz bardzo zdolny i szalenie wszechstronny, który sumiennie pracuje na swoje nazwisko i w kręgu polskiej literatury gatunkowej może w przyszłości niesłychanie dużo zwojować.

Blade Runner 2049 – Ten sequel jednego z najbardziej kultowych filmów w historii kina sf po prostu nie mógł się udać. Łowca Androidów stał się przecież arcydziełem, legendą, tekstem kultury znanym i nierzadko komplementowanym także przez tych, którzy z fantastyką nie chcą mieć na co dzień nic wspólnego. I tak jak nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewałby się, że hitem zostanie kontynuacja Władcy Pierścieni, Bravehearta albo Casablanki, tak mało kto chyba brał na poważnie opcję, że nowy Blade Runner będzie naprawdę dobrym filmem. Ja w każdym razie spodziewałem się lecącego na kasę gniota albo w najlepszym razie atrakcyjnego wizualnie przeciętniaka z totalnie spłyconą fabułą. Powtórzę: w moim mniemaniu ten film nie miał prawa się udać. Ale się udał. Udał się znakomicie. Blade Runner 2049 to przede wszystkim uczta dla oka – zarówno na poziomie scenografii, jak i zdjęć (pojawiające się tu i tam narzekania, że autorzy zbyt nachalnie pokazują, że znają się na kompozycji, to jak dla mnie argument równie durny jak stwierdzenie, że Marlon Brando za bardzo wszedł w swoją rolę w Ojcu Chrzestnym). Dobrze prezentuje się także muzyka (nawiązująca do Vangelisowej ścieżki z poprzedniej części, ale jej nie kopiująca, bardzo nastrojowa). Aktorzy wykonują swoją robotę bezbłędnie – Gosling i Ford są świetni, ale reszta towarzystwa wcale nie wypada gorzej, widać bez dwóch zdań, że reżyser Denis Villeneuve potrafi wydobyć z obsady wszystko co najlepsze.  Nawet scenariusz, element, który najprędzej mógł zawieść, robi bardzo pozytywne wrażenie (choć akurat do niego można by się w kilku miejscach przyczepić – na przykład wyrzucenie scen z Jaredem Leto pod wieloma względami wyszłoby filmowi na dobre). W sumie wychodzi więc na to, że niemożliwe stało się możliwe – nowy Blade Runner to znakomity obraz, który spokojnie zasługuje na to, żeby wylądować w kanonie obrazów sf. I choć jego finansowa klapa jest przykrym świadectwem tego, jakiego kina pragną masy, to może ma ona też jaśniejszą stronę – dzięki temu Blade Runnery pozostaną po prostu dwoma genialnymi filmami, a nie staną się częścią coraz bardziej rozwodnionej i zatracającej swój wyraz franszyzy, jak miało to miejsce chociażby z innym dzieckiem Ridleya Scotta, czyli Obcym.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Liber horrorum

Doskonałym punktem wyjścia dla poniższego tekstu byłby akapit odmalowujący w obrzydliwie ponurych barwach dzisiejszy stan polskiego komiksu. Mógłbym poutyskiwać sobie na miernotę współczesnych produkcji względem budzących nostalgię klasyków pokroju Kajka i Kokosza czy Ekspedycji. Nie zamierzam tego robić, z jednego prostego względu – o kondycji polskiego komiksu wiem niewiele. Nowości czytam tyle, co kot napłakał, a za mało siedzę w tej dziedzinie, żeby orientować się, czy ta czytana przeze mnie drobina jest w jakimkolwiek stopniu reprezentatywna dla ogółu. Dlatego nostalgiczno-malkontencki akapit pozwolę sobie pominąć i przejść do meritum. A mianowicie do Liber Horrorum.

222Księga grozy to dzieło dwóch bynajmniej nie anonimowych dżentelmenów. Michał Cetnarowski to nie tylko redaktor (m.in. prozy polskiej w Nowej Fantastyce), ale też piekielnie zdolny autor, publicysta i tłumacz. Michał Kułakowski to z kolei rysownik z solidnym dorobkiem i fantastycznym warsztatem. Oczekiwania wobec Liber Horrorum były więc, jak można się łatwo domyślić, niemałe, a jak efekt końcowy?

Bohaterami komiksu są Kozioł i Chuda, aka Kacper i Natalia – specjaliści od handlu rarytasami pokroju osobliwych dzieł sztuki, starożytnych artefaktów, ksiąg zawierających wiedzę rzekomo tajemną. Kłania się Dean Corso z Dziewiątych Wrót tylko w zdecydowanie lżejszej, bardziej popowej wersji. W każdym razie w łapki tej pary trafia tytułowa Księga grozy – owiany złą sławą wolumin. Wydaje się, że znalezienie kupca i zainkasowanie horrendalnie wysokiego honorarium to kwestia kilku dni, ale sprawy się komplikują, gdy Kacper z ciekawości zaczyna zapoznawać się z treścią Liber horrorum i poznaje prawdę na temat legendarnych już zdarzeń, które miały miejsce w siedemnastowiecznym Lublinie.

111Historia, owszem, klasyczna, oparta na dobrze znanych schematach, ale jednak nie pozbawiona zaskakujących smaczków, o których nie będę wspominał, by nie psuć frajdy z lektury. Zresztą na każdym kroku Księgi grozy widać, że obaj autorzy są z popkulturą za pan brat i czerpią z niej pełnymi garściami. Czyli co, wtórność? Nie, w tym przypadku bowiem korzystanie z utartych tropów nie jest wadą, a wręcz przeciwnie – dzięki temu autorzy są w stanie skrócić ekspozycję do minimum i z miejsca wciągnąć czytelnika w samą opowieść. Ta zaś opowiadana jest pierwszorzędnie. Tę mieszankę pulpowej grozy z thrillerem, podlaną specyficznym polskim folklorem pochłania się błyskawicznie i z wielką frajdą. Graficznie album jest znakomity, wysmakowany – zdarza się, że pojedyncze kadry oraz ich kompozycja na stronie to małe dzieła sztuki, na które patrzy się z przyjemnością, niezależnie od idącej za nimi treści. Pod względem oprawy to jest absolutnie światowy poziom. Warstwie tekstowej też niewiele można zarzucić: świetnie wypada językowa stylizacja we fragmentach rodem z XVII wieku, dialogi brzmią naturalnie, nie brakuje humoru, a klimat tajemniczości i grozy jest zgrabnie podsycany pobocznymi historyjkami, które Kacper opracowuje, by wykorzystać w pisanej przez siebie książce. Do tego dochodzi jeszcze szereg drobiazgów pełniących, jak sądzę, rolę mrugnięć okiem do czytelnika – żarcików i bajerów ukrytych gdzieś na obrzeżach kadrów, dostrzegalnych dopiero przy wolniejszej, bardziej skrupulatnej lekturze.

Księga grozy, powiedzmy to sobie wprost, to nie jest grom z jasnego nieba. To nie jest żadne objawienie, żadna nowa jakość w świecie komiksu. To po prostu historia opowiedziana bardzo sprawnie, z polotem i lekkością. Zapewnia rozrywkę więcej niż godziwą i pozostawia czytelnika z ochotą na więcej. Dlatego też mam szczerą nadzieję, że autorzy nie poprzestaną na jednym zeszycie i w przyszłości będą kontynuować opowieść o Kacprze i Natalii. Jak zauważyłem na początku, nie wiem zbyt wiele o polskim komiksie z ostatnich lat, ale panowie Cetnarowski i Kułakowski kupili mnie Księgą grozy, zyskując fana, który z zaciekawieniem będzie śledził ich kolejne twory.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia września

333Patrick Ness, Na ostrzu noża – O trylogii Chaos Walking Nessa słyszałem wiele dobrego i kiedy udało mi się upolować anglojęzycznego audiobooka pierwszego tomu, natychmiast zacząłem „lekturę”. Ness kupił mnie totalnie już pierwszym zdaniem i po ledwie kilku minutach słuchania byłem przekonany, że mam do czynienia z prawdziwą perełką. Wciągająca i nie pozbawiona smaczków pierwszoosobowa narracja, tajemnice w tle, niezły główny bohater, intrygujący świat – zapowiadało się to wszystko bardzo zgrabnie. Do czasu, niestety. W pewnym momencie bowiem całą tę literacką maszynerię zaczął trafiać szlag. Logika (nie tylko w zachowaniu postaci, ale też w konstrukcji świata) zwinęła manatki i poszła na urlop. Fabuła stała się boleśnie przewidywalna. Wielki twist pod koniec okazał się nie dość, że totalnie przewidywalny, to jeszcze niezbyt fair ograny przez autora (Ness stosuje bowiem mało sensowne i jeszcze mniej subtelne sztuczki mające na celu zbudowanie suspensu i zaciekawienia czytelnika, niezbyt kompatybilne z pierwszoosobową narracją). W konsekwencji otrzymałem książkę, która z pewnością ma liczne plusy (np. znakomicie napisana postać psa Mancziego, niektóre pomysły na budowę świata, część zachowań postaci), ale też niemało wad. W sumie nie jest to zły tekst, ale z pewnością poważnie zawiódł moje oczekiwania i nie wiem, czy zdecyduję się sięgnąć po kolejne tomy.

222Patrick Ness, Siedem minut po północy – Po tytule wspomnianym powyżej nie miałem ochoty brać się od razu za ciąg dalszy Chaos Walking, ale coś najwyraźniej w prozie Nessa mnie zaintrygowało – w każdym razie na tyle, żeby przetestować jeszcze jeden audiobook, a mianowicie A Monster Calls (czyli we wersji polskiej Siedem minut po północy). I okazało się, że trafiłem w dziesiątkę. Ta książeczka jest błyskotliwie napisana, a historia – pięknie  opowiedziana. Postacie są barwne i wielowymiarowe, choć nakreślone oszczędnie, zachowują się też bardzo naturalnie i wiarygodnie. Problematyka (mama głównego bohatera choruje – z kontekstu można się domyślić, że ma raka) przedstawiona jest z jednej strony subtelnie i z wyczuciem, a z drugiej strony w taki sposób, że stajemy twarzą w twarz z pełnią grozy i niesprawiedliwości całej tej sytuacji. Siedem minut po północy to rzecz krótka, ale mimo tej zwięzłości wnikliwa i boleśnie prawdziwa. Podobało mi się w niej właściwie wszystko, a fakt, że w pewnym momencie – stojąc na środku tramwaju – z trudem się powstrzymałem, żeby zwyczajnie się nie poryczeć, chyba najlepiej świadczy o klasie utworu. Na koniec jeszcze jedna uwaga – jeśli przyzwoicie znacie angielski, szczególnie gorąco zachęcam do zapoznania się z audiobookiem – w interpretacji Jasona Isaacsa (filmowy Lucius Malfoy) książka Nessa staje się dziełem kompletnym, po prostu znakomitym.

444Brian W. Aldiss, Mrok – Aldiss to jedno z „klasycznych” nazwisk światowego SF, dlatego widząc w bibliotece książkę tego autora, chwyciłem ją bez chwili zastanowienia i bez uprzedniego sprawdzenia, co ona sobą reprezentuje. Zapowiadało się smakowicie i na czasie, fabuła bowiem przedstawia się następująco: młody pisarz zawiera w swojej debiutanckiej powieści motyw wysadzenia w powietrze premiera Wielkiej Brytanii. Niby błahostka, ale pisarz jest muzułmaninem i w rezultacie szybko trafia do pokoju przesłuchań, gdzie czekają już rozmiłowani w swoim fachu oprawcy. Tortury sprawiają, że psychika bohatera coraz bardziej się rozpada i stajemy w obliczu drugiej osi fabularnej, już stricte fantastycznej, rozgrywającej się na kolonizowanej przez Ziemian planecie. Koncept, przyznacie chyba, atrakcyjny i dający niesamowite pole do popisu (wątki przeplatające się między tymi dwiema płaszczyznami, bohaterowie jak lustrzane odbicia, paranoiczna wątpliwość która rzeczywistość jest tą prawdziwą etc.) No po prostu samograj. Niestety, nic z tego. Bardzo szybko (po może 20-30 stronach) przekonałem się, że Mrok ma swoje dobre momenty, ale przez większość czasu jest powieścią niestrawną, męczącą, pozbawioną charakteru i generalnie zmierzającą donikąd. Nie pomaga fakt, że językowo jest do bólu surowa i nijaka, a już na pewno nie działa na jej korzyść fakt, że tłumacz do spółki z redaktorem postanowili ten i tak niezbyt udany twór jeszcze finalnie wykastrować, sponiewierać i boleśnie okaleczyć. Nie polecam.

111To (książka) & To (film) – Książkowe To Stephena Kinga skończyłem ledwie kilka dni przed kinową premierą adaptacji, mogłem więc bardzo uważnie przyjrzeć się ekranizacji w kontekście literackiego pierwowzoru. Książka bardzo mi się podobała, choć nie ukrywam, że fragmentami wydawała mi się przegadana i że pewne powtarzalne schematy (np. seria indywidualnych spotkań dzieciaków z różnymi inkarnacjami potwora) potrafiły mnie odrobinę zmęczyć. Miała jednak całe mnóstwo zalet w dwójnasób rekompensujących te mankamenty (przede wszystkim odjazdowo napisanych bohaterów i fantastycznie nakreślone relacje między nimi, sporo humoru, pełne sentymentu i budujących wiarygodność detali w przedstawieniu młodzieńczych lat bohaterów, kilka autentycznie rewelacyjnych, poruszających scen). Ponadto w znakomity sposób robiła to, co jest według mnie najmocniejszą stroną prozy Kinga – pokazywała, że najstraszniejsze potwory wypadają blado wobec ogromu zła, jakie jeden człowiek może wyrządzić drugiemu. Podsumowując, książkowe To wylądowało może nie na szczycie mojej prywatnej listy „Best of Stephen King”, ale diabelnie wysoko w hierarchii.

A film? Od razu powiem, że szalenie mi się podobał i oglądając go, bawiłem się znakomicie. Wygląda pierwszorzędnie, klimat lat osiemdziesiątych i wewnętrzna dynamika grupy dzieciaków oddane są równie umiejętnie jak miało to miejsce w Stranger Things. Humor dozowany jest tu z umiarem i jeszcze lepszy niż u Kinga, wyeliminowano też dłużyzny, narracyjną powtarzalność i nagromadzenie zbędnych wątków. Bill Skarsgard w roli Pennywise’a jest tak sugestywny, że aż ciary chodzą po plecach, ale młodziutcy aktorzy odgrywający postacie z Klubu Frajerów również spisują się na medal. Szczególnie zapadają w pamięć znany już ze wspomnianego wcześniej Stranger Things Finn Wolfhard oraz Sophia Lillis – śliczna, urocza i mająca w sobie coś takiego, że nie chce się odrywać od niej oczu. Czy jest w takim razie coś, co filmowemu To można by zarzucić? To zależy. Przełożenie książki liczącej jakieś 1100 stron na dwa dwugodzinne filmy to zadanie cokolwiek karkołomne, dlatego uproszczenia i odejścia od pierwowzoru są absolutnie konieczne. Fakt, gdzieś po drodze To staje się bardziej mroczną przygotówką niż rasowym horrorem, ale ja osobiście nie mam z tym problemu. Przyznam jednak, że znacznie chętniej zamiast dwóch filmów zobaczyłbym z tą samą obsadą i podobnie zrealizowany dziesięcioodcinkowy serial, w którym dałoby się zachować znacznie więcej z książkowego oryginału – nie tylko poszczególnych scen, ale przede wszystkim swoistej głębi oraz budujących klimat historii pobocznych – a także poszerzyć i ubogacić profil poszczególnych postaci. To doczekało się bowiem bardzo zacnej ekranizacji, ale moim zdaniem to książka tak dobra, że zasługuje na jeszcze więcej.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz