Odkrycia lutego

Wiem, wiem, luty już dawno za nami, a ja mam poślizg. Jak zwykle. Wiem. Wszystko przez wyjazd do Anglii oraz premierę Ostatniego dnia pary 2 (o tym drugim więcej było w poprzednim poście). Ale już jestem i już piszę, czym to się zachwycałem (albo i nie) w lutym.

Jeff VanderMeer, Shriek: Posłowie – Z utworami VanderMeera spotkałem się po raz pierwszy w którejś antologii z serii Kroki w Nieznane. Potem chwyciłem za jego zbiór Miasto Szaleńców i Świętych, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie formą, ale też trochę zmęczył, jeśli idzie o treść. Shriek: Posłowie również rozgrywa się w fikcyjnym mieść Ambergris, pojawiają się tu niektóre postaci z Miasta…, kontynuowane i rozwijane są wątki wspomniane w tamtym zbiorze. A jednak Shriek: Posłowie można spokojnie czytać bez znajomość tamtych historii, powieść nic na tym nie straci, a kto wie – może nawet odrobinę zyska, bo pierwiastek niezwykłości i wszechobecnej osobliwości będzie jeszcze większy. Ale czy warto? Warto! Powieść VanderMeera nie należy do lekkich i łatwych czytadeł, ale setnie odpłaca czytelnikowi za poświęcony jej czas. To rasowy twór w konwencji new weird – jest dziwacznie, niekiedy surrealistycznie czy onirycznie, bywa też, że ocierająca się o steampunk przygoda miesza się z lovecraftowskim koszmarem. Olśniewa forma utworu – pretekstem do odpowiedzenia zajmującej historii jest tu pisanie tytułowego posłowia do książki, które prędko zamienia się w rodzaj biografii czy pamiętnika. To fascynujący kolaż, bowiem narracja prowadzona przez jednego z bohaterów przeplata się z fragmentami książek, artykułów, listów i cudzych pamiętników, a nade wszystko raz po raz przełamywana jest osobistymi wtrętami samozwańczego redaktora. Natomiast pod względem treści Shriek: Posłowie to perła, która – odarta z fantastyczności – nadawałaby się na hollywoodzki wysokobudżetowy melodramat: są tu wzloty i upadki rodzeństwa, które łączy skomplikowana mieszanka miłości i niechęci, są tajemnice czekające na rozwiązanie, są namiętności i skandale, a to wszystko na tle długotrwałej wojny pokazanej ze wszystkimi jej okropieństwami i absurdami. Jak dla mnie rewelacja, którą polecam bez wahania wszystkim miłośnikom ciut ambitniejszej fantastyki.

Jack McDevitt, Droga do wieczności – Statystycznemu czytelnikowi postapokalipsa kojarzy się obecnie głównie z zombie, klimatami rodem ze Stalkera i Metra 2033, ewentualnie z serią Mad Max czy wyraźnie nią inspirowanymi Falloutami. Jednak teksty w tej konwencji powstają na całym świecie – ze szczególnie silnym naciskiem na autorów ze Stanów Zjednoczonych – od ponad pięćdziesięciu lat i prezentowały najróżniejsze wizje, często bardzo od siebie odmienne. Jednym z takich klasycznych już utworów jest Droga do wieczności Jacka McDevitta z 1998 roku. Jej akcja rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych w dwieście albo trzysta lat po upadku cywilizacji enigmatycznych Drogowców, gdy niedobitki ludzkości wiodą niełatwe życie w otoczeniu ruin pełnych niebezpieczeństw i tajemnic wymykających się pojmowaniu. Treść, choć czerpie garściami z oklepanych schematów, wciąga od pierwszych stron prologu: oto z niedużej społeczności wyrusza na poszukiwanie mitycznej Przystani grupa śmiałków. Po kilku miesiącach wraca tylko jeden z nich, a na domiar złego nie chce opowiadać o zakończonej klęską ekspedycji. Dopiero po latach, gdy ów ocalały umiera, wśród jego rzeczy znalezione zostają przedmioty, który podają w wątpliwość jego okrojoną wersję wydarzeń i sugerują, że może wyprawa jednak osiągnęła zamierzony cel. Chaka Milana, której brat zginął podczas pierwszej ekspedycji, decyduje się zorganizować kolejną, aby poznać prawdę. Droga do wieczności to pod względem konstrukcji klasyczna powieść przygodowa: mamy grupę indywidualności wyruszających w niebezpieczną podróż, a kolejne odwiedzane lokacje nie tylko pozwalają nam powoli poznać losy ich poprzedników, ale też dowiedzieć się więcej o opisywanym przez McDevitta świecie. Jest to książka dobra, którą czyta się z przyjemnością, choć zdarzają się i nieco nudniejsze momenty. Podobać się może bardzo prosty, wręcz surowy, ale często niesłychanie trafny język wykorzystywany przez autora. Dobre wrażenie robią też postaci, wyraziście nakreślone mimo ograniczonej przestrzeni utworu. Ciekawie prezentuje się wizja świata, nie zawodzi też – czego bardzo się obawiałem – finał powieści. Wisienką na torcie jest natomiast ostatnie zdanie Drogi do wieczności, które w moim prywatnym zestawieniu ostatnich zdań powieści znajduje się bardzo, bardzo wysoko. Jak ono brzmi – tego już dowiecie się tylko i wyłącznie czytając książkę. Warto, mimo fatalnej nawiasem mówiąc korekty – w wydaniu Prószyńskiego i S-ki z 2003 roku zdarzają się bowiem nawet i po dwie, trzy literówki na stronę.

The Expanse – serialowa adaptacja powieści sygnowanych nazwiskiem James S. A. Corey. Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość rozpanoszyła się po sporej części układu słonecznego. Szybko eskalujące przepychanki między Ziemią a Marsem dotyczą przede wszystkim pasa asteroidów, gdzie mieszczą się najważniejsze placówki wydobywcze i zakłady przemysłowe układu, a ludzie żyją w slumsach, traktowani podle i regularnie wyzyskiwani, gotowi lada moment odpowiedzieć krwawym buntem. Na takim tle rozgrywają się z pozoru nie powiązane ze sobą losy kilkorga bohaterów: wypalonego detektywa Millera (znakomity Thomas Jane), cwanej pani podsekretarz organizacji Narodów Zjednoczonych (również bardzo dobra Shohreh Aghdashloo) oraz załogi małego promu cudem ocalałego z tajemniczego ataku na bogu ducha winny transportowiec. Fabularnie jest w porządku, choć mnie opowiadana historia nie do końca porwała – nie ona jest jednak moim zdaniem siłą napędową tego serialu. The Exapanse to przede wszystkim niesamowity klimat – ciężki, mroczny, duszny – ale też fascynujący świat, genialna scenografia, doskonała realizacja; słowem cała otoczka robi niesamowite wrażenie i sprawia, że każdy fan science fiction po to dziełko sięgnąć po prostu powinien.

Kings of Leon, WALLS – Kings of Leon to kapela nierówna. Spodobali mi się bardzo, gdy wyszła ich debiutancka płyta Youth and Young Manhood, garażowo surowa, energetyczna, a przy tym pełna świetnych melodii. Drugi krążek okazał się niewypałem, próbującym na siłę kopiować sprawdzone wzorce poprzednika, więc po trzecią nie bardzo chciało mi się sięgać. A potem znienacka Kingsi wydali wypakowaną przebojami Only By The Night i rzucili mnie na kolana. Z niecierpliwością czekałem na ich kolejne dokonania i… znowu się zawiodłem. Come Around Sundown była boleśnie nijaką próbą powtórzenia sukcesu poprzedniczki, a szósty album, Mechanical Bull, choć równiejszy i ciekawszy, to ciągle nie była ta sama kapela, która powalała takimi numerami jak „Closer” czy „Crawl”. Dlatego po WALLS, najnowsze dzieło chłopaków z Kings of Leon sięgałem bez wielkich oczekiwań, spodziewając się, że przesłucham ją dwa razy i zapomnę. A tu niespodzianka – Amerykanie zaserwowali fanom kolejny fajny, wpadający w ucho album! Stylistycznie to dalej ta sama kapela, trzymają się tych samych rozwiązań co na Only By The Night. Są tutaj refreny proszące się o chóralny śpiew na stadionie, są przestrzenne gitary, znajomy chrapliwy wokal, do bólu prosty, pulsujący bas. Ale słucha się tego bardzo przyjemnie, głównie dlatego, że umiejętnościom i produkcji dorównują pomysły, a piosenki są dość zróżnicowane pod względem tempa i charakteru. Jest chwytliwy „Waste a Moment”, jest niespieszny „Reverend”, jest przyjemnie bujający „Around the World”, jest opatrzony znakomitym riffem „Find Me”… a to tylko początek, potem wcale nie jest gorzej. Podsumowując – Kings of Leon na WALLS to już dojrzały zespół, który doskonale wie, co robi, może też z racji wielkich komercyjnych sukcesów odniesionych w przeszłości pozwolić sobie na świetną produkcję. W takiej sytuacji potrzeba tylko garści dobrych pomysłów, żeby dać fanom płytę, do której ci będą z przyjemnością raz za razem wracać – i tak na szczęście jest w przypadku WALLS. Sobie i innym miłośnikom rodziny Followillów życzę, żeby kolejne płyty Kingsów okazały się przynajmniej równie dobre. Aha, byłbym zapomniał – „Find Me”, oprócz tego, że jest moim zdaniem najlepszym numerem na albumie, ma też bardzo fajny teledysk wyraźnie inspirowany Stranger Things. Polecam!

To na tyle. Do rychłego przeczytania, trzymajcie się!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Ostatni dzień pary 2 – premiera!

Z dumą i radością donoszę, że kilka dni temu swoją premierę miał zbiór (a biorąc po uwagę rozmiary – zbiorzysko wręcz!) opowiadań pt. Ostatni dzień pary 2. Pierwsza część tej antologii objawiła się światu bodajże w 2013 i okazała się bardzo ciekawą propozycją, jeśli idzie o darmowe zbiory opowiadań, znalazło się tam bowiem sporo naprawdę dobrej prozy. Idea przyświecająca części drugiej się nie zmieniła: na zbiór składają się utwory autorów zapraszanych oraz te wyłonione spośród prac konkursowych, wszystko to natomiast w klimatach steampunka albo postapokalipsy. No dobrze, wszystko pięknie, ale dlaczego właściwie powinniście sięgnąć po Ostatni dzień pary 2?

  1. Znajdziecie tam moje premierowe opowiadanie pt. „Podwójne życie”. To krótki, humorystyczny tekst w konwencji steampunkowej, baaardzo mocno nawiązujący do rozmaitych komiksowych superbohaterów, a może nawet troszkę ich parodiujący. To najśmieszniejsze z moich dotychczasowych opowiadań, więc wierzę, że zapewni Wam kilka chwil miłej i niezobowiązującej rozrywki.
  2. Gdyby punkt pierwszy nie wystarczył – absurd, wiem, ale trzeba być przygotowanym na najgorsze – innych tekstów jest w tej antologii sporo i to nie byle jakich. Wśród pozostałych 36 opowiadań znajdziecie utwory popełnione przez tak uznanych i lubianych pisarzy jak Marcin Przybyłek, Rafał Dębski, Michał Cholewa, Marcin Podlewski, Sebastian Uznański czy Piotr Patykiewicz.
  3. Jakby tego było mało, to wszystko – w sumie 728 stron – zupełnie za darmo. Na razie w formacie PDF, a już wkrótce także w MOBI i EPUB.
  4. Innych zbiorów opowiadań steampunkowych i postapokaliptycznych za bardzo w Polsce nie ma, więc jeśli kręcą Was te klimaty to i tak nie macie wyboru.
  5. Wewnątrz jest też niemało fajnych grafik. Nawet jeśli nie lubicie czytać, można przynajmniej pooglądać obrazki.
  6. Jeśli trzydziestu siedmiu autorów poświęciło swój nieziemsko cenny czas na napisanie opowiadań, graficy zmajstrowali grafiki, redaktorzy poredagowali, korektorzy pokorektorowali, składacze połamali i poskładali, co się dało, a wszyscy zrobili to zupełnie za darmo, to chyba warto ich docenić chociażby w ten sposób, że ściągnie się książkę i spróbuje poczytać, no nie? Kto wie, czy kilka literackich perełek nie czeka tam przypadkiem na odkrycie.

To na tyle. Nie wiem jak wy, ale ja kończę pisać i idę czytać. Howgh!

PS. Ostatni Dzień Pary 2 można pobrać TUTAJ.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia stycznia

Miałem szczerą nadzieję, że będę mógł się Wam już pochwalić kolejnym opublikowanym opowiadaniem, ale okoliczności na to niestety nie pozwalają. W efekcie musimy wszyscy zadowolić się kilkoma polecankami. Miłej lektury!

monalisaturboWilliam Gibson, Mona Liza Turbo

Trzecia część słynnej cyberpunkowej Trylogii Ciągu stanowi bardzo udane spięcie i dokończenie wątków z dwóch wcześniejszych części (Neuromancera i Grafa Zero). Podobać się może nastrojowość powieści, styl (oszczędna, precyzyjna narracja), naturalnie brzmiące i nie pozbawione cierpkiego humoru dialogi, a także szereg intrygujących postaci, które mimo skromnych rozmiarów utworu (pi razy oko 300 stron) udało się autorowi przedstawić jako twory złożone i wielowarstwowe. Fabuła rozkręca się powoli (podobnie jak w przypadku Grafa Zero pozornie osobne wątki dopiero pod koniec łączą się ze sobą i splatają w przemyślaną, fascynującą konstrukcję). Nie mam pojęcia, czy to ja dorosłem i zmądrzałem od czasu pierwszego zetknięcia z Neuromancerem te dziesięć lat temu, czy po prostu Graf Zero i Mona Liza Turbo napisane są już ciut inaczej – klarowniej? – w każdym razie, choć zupełnie się tego nie spodziewałem, obie te książki podobały mi się chyba bardziej niż klasyczny i chwalony na wszystkich frontach Neuromancer. Gibson natomiast całą trylogią zasłużył u mnie na ogromny kredyt zaufania – zaraz kupiłem kilka innych tytułów jego autorstwa; zobaczymy, na ile sprostają oczekiwaniom.

44-piskorskiKrzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery

Dobry steampunk jest zjawiskiem chyba jeszcze rzadszym niż uczciwy polityk. Tym bardziej trzeba się cieszyć, gdy takowy wychodzi spod pióra polskiego autora – a tak jest w tym przypadku. Czterdzieści i cztery stanowi niejako kontynuację Zadry (to samo uniwersum, parę tych samych wątków i postaci w tle), jednak różnic jest niemało. Zadra była raczej steampunkiem ze sporą domieszką prozy militarnej, zdarzały się w niej jeszcze dłużyzny czy podobne niedoróbki. Tymczasem Czterdzieści i cztery to widowiskowa przygotówka, w dodatku ze znacznie silniej zaznaczonymi elementami rodem z literatury fantasy. Na plus wypadają ciekawe postacie (przede wszystkim główna bohaterka, barwniejsza i bardziej charakterna niż ciut nijacy Dalmont i Tyc z Zadry), ogólny pomysł, sposób prowadzenia akcji. Na pochwałę zasługuje przemyślany, ciekawy świat oraz – pod względem warsztatowym – ten sam styl, który pojawił się już w świetnym Cieniorycie: obfitujący w plastyczne opisy, trafne porównania, zgrabne określenia, a przy tym nieprzegadany, pozostający w służbie fabuły, a nie na odwrót. Wisienką na torcie są znane wiersze i poematy przefastrygowane tak, aby pasowały do świata powieści. Wszystko to sprawia, że Czterdzieści i cztery to bardzo udana, wartościowa propozycja – a dla miłośników steampunka absolutny must read – i kolejne potwierdzenie zasłużonej już pozycji Krzyśka Piskorskiego jako jednego z czołowych polskich fantastów.

wastelandsWastelands – antologia opowiadań postapokaliptycznych

Antologia Wastelands na razie nie ukazała się w języku polskim. Mam szczerą nadzieję, że wydawcy prędzej czy później jednak nadrobią ten błąd, wszak postapo cieszy się obecnie ogromną popularnością. A ten zbiorek to prawdziwy samograj już nawet na poziomie nazwisk: Stephen King, G.R.R. Martin, Gene Wolfe, Paolo Bacigalupi, Orson Scott Card, Cory Doctorow… wymieniać można by długo. Ważniejsze od nazwisk są jednak teksty – a te prezentują się wyśmienicie. Znajdziemy tu zarówno klasyki z lat 70-tych i 80-tych, jak i nowinki popełnione specjalnie z myślą o tym wydawnictwie, a każde z nich podejmuje temat końca świata – albo raczej tego, co po nim – w niepowtarzalny, barwny i świetnie napisany sposób. Znajdzie tu coś dla siebie zarówno miłośnik socjologii, melancholijnej obyczajówki czy przygody spod znaku wybuchów i strzelanin; momentami będzie wesoło i rozrywkowo, kiedy indziej nastrojowo czy wręcz przygnębiająco. Podsumowując – Wastelands to uczta krótkiej formy, którą z czystym sercem polecam wszystkim sprawnie czytającym prozę po angielsku. Sam zaś już zacieram rączki i przymierzam się do ściągnięcia Wastelands 2.

case-lang-veirscase/lang/veirs, case/lang/veirs

Starzeję się. Wspominam o tym, nie po to, żeby się publicznie nad sobą użalać, ale żeby zaznaczyć pewien prosty fakt: kiedyś każda nowa płyta była czymś ekscytującym i godnym skrajnej uwagi. Teraz mam często wrażenie, że już wszystko słyszałem i nawet nowe krążki moich ulubieńców mają pod górkę, rzadko kiedy wchodzą łatwo i bezboleśnie – o płytach artystów wcześniej mi nieznanych już w ogóle nie wspominając. Czasem jednak zdarza się, że natrafiam na jakąś nową perełkę i tonę – zauroczenie jest wtedy totalne. Tak było jakiś czas temu w przypadku funkowo-soulowego składu Sister Sparrow and the Dirty Birds. Tak też stało się właśnie w przypadku debiutanckiej płyty supergrupy case/lang/veirs. Te trzy folk rockowe artystki połączyły swoje siły, żeby nagrać album bardzo nastrojowy, a przy tym różnorodny, wysmakowany, przemyślany, ślicznie zaaranżowany. Na czternaście utworów tylko jeden ma ponad cztery minuty, można się więc od razu domyślić, że piosenki będą proste, a nacisk położony na ciekawe melodie – i tak właśnie jest. Całość brzmi świeżo, naturalnie, po prostu pięknie. Poniżej, na próbkę, utwór, który mnie kupił już pierwszymi nutami.

jeffbeck_loudhailer-coverJeff Beck, Loud Hailer

Mnóstwo jest gwiazd rocka, które od lat odcinają kupony, żyją na oparach niegdysiejszej sławy. Znacie ten model: przez dwie trzecie koncertu łoją klasyki z lat 70-tych lub 80-tych, bo nawet jeśli wydają nowe płyty, nie bardzo da się ich słuchać. Całe szczęście, Jeff Beck nie należy do tego grona. Ten gitarowy geniusz regularnie serwuje płyty, które może niekoniecznie podejdą każdemu, ale z całą pewnością nie stanowią żadnego powodu do wstydu. Najlepiej o jego pozycji, pomysłach i umiejętnościach świadczą zresztą panie, które na przestrzeni lat wspierały go wokalnie: Imogen Heap, Joss Stone, Beth Hart – czyli bezapelacyjnie najwyższa światowa klasa. Na swoim najnowszym krążku Beck postawił jednak na współpracę z mało jeszcze znanym zespołem Bones złożonym z charyzmatycznej wokalistki Rosie Bones, gitarzystki Carmen Vanderberg oraz producenta Filippo Cimattiego. Efektem jest bodajże jego najlepszy album od czasu You Had It Coming z 2001 roku. Loud Hailer to z jednej strony klasyczna płyta Jeffa Becka: pełna rewelacyjnych solówek, pięknie brzmiących gitar, a chwilami (jak chociażby w znakomitym „Pull It”) niemal industrialnego ciężaru i dźwięków ocierających się o fałsz. Z drugiej jednak, znacznie więcej niż na wcześniejszych płytach jest tu partii wokalnych, przez co całość brzmi bardziej jak autentyczny zespół, Beck zaś nie wychodzi aż tak bardzo na pierwszy plan, ale regularnie usuwa się w cień, żeby zrobić miejsce Rosie Bones. Jej niesamowicie zrytmizowany sposób śpiewania, chrapliwy głos, wyrazisty akcent fantastycznie współgrają z gitarami Becka i Vanderberg. W rezultacie poszczególne piosenki błyskawicznie wpadają w ucho, a płyty słucha się z gigantyczną przyjemnością, na co wpływ ma też na pewno duże zróżnicowanie utworów: od czadowych, rockowych kompozycji jak „Live in the Dark” czy „Right Now”, przez bluesowate „Revolution Will Be Televised” i „Thug’s Club”, funkowe „O.I.L.”, kończąc na pięknych, balladach w rodzaju „Scared for the Children” i „Shrine”. Loud Hailer to moim zdaniem jedna z najlepszych płyt 2016 roku i kolejny wyśmienity album w dorobku siedemdziesięciodwuletniego gitarzysty. Mam szczerą nadzieję, że nie ostatni.

Na dzisiaj to wszystko. Nie bójcie się napisać, jeśli czytaliście/słuchaliście którejś z powyższych pozycji i macie podobne albo zupełnie inne odczucia 🙂

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z mapą wśród cieni

Dzisiaj zrobię coś nietypowego. Nie będę was męczył nowinkami z mojego prywatnego literackiego poletka. Nie zrecenzuję żadnej książki. Nie podzielę się z Wami swoimi niesłychanie błyskotliwymi i w 100% oryginalnymi spostrzeżeniami na temat ostatnich wydarzeń w Polsce czy na świecie. Przemilczę nawet to, że chłopaki z The Answer wydali nową płytę i jest ona znakomita (cholera, jednak nie przemilczałem… sorry).

Nie, dzisiaj zrobię coś nietypowego. I będę potrzebował Waszej współpracy. Będę potrzebował potęgi Waszej wyobraźni.

Gotowi? No to zaczynamy.

Chciałbym, żebyście wyobrazili sobie książkę. Taką normalną, zwyczajną książkę. Białe kartki. Klejony grzbiet. Zapach farby. Kartonowa okładka. Na okładce szaro: smukłe szkielety bezlistnych drzew, stary płot i uchylone furta, w głębi dom oraz dwóch ludzi, bardziej widma niż namacalne postaci, wszystko przykryte mgłą, z gatunku tych, w których czekają na nas znacznie większe niebezpieczeństwa niż przemoczone buty i lekki katar. Rzeczona okładka ładna jest i estetyczna – nie strach byłoby postawić coś takiego na półce, otworzyć w pociągu albo nawet dać komuś w prezencie.

Jest na tej okładce również tytuł: Mapa cieni.

Nie, to nie koniec, nie rozpraszajcie się! Zabawa dopiero się rozpoczyna. Wasza wyobraźnia będzie mi teraz potrzebna bardziej niż wcześniej. Musicie otworzyć tę książkę. Poczuć pod palcami aksamitną gładkość papieru. Spojrzeć na czarne kształty liter, w pocie czoła układanych w zgrabne linie i eleganckie bloki przez łamacza. Przewróćcie kilka stron. No dalej, nie bójcie się. To nie jest książka z pratchettowskiego Niewidocznego Uniwersytetu, nie pogryzie Was. Nie jest to też żaden lovecraftowski grimuar pełen bluźnierczych praktyk – przypadkiem dostrzeżone zdanie nie sprowadzi na Was nieuleczalnego szaleństwa, nie sprawi też, że Wielcy Przedwieczni odwiedzą Was w snach. Co nie znaczy, że obcowanie z zawartymi tam tekstami jest bezpieczne. W końcu to literatura. To słowa. Historie. A słowa i historie potrafią być diablo niebezpieczne.

Ale, ale – odbiegliśmy od tematu. Skupcie się proszę. Wyobraźcie sobie te strony, wciąż pachnące świeżym drukiem. Przerzućcie kilka kartek. Widzicie zdjęcia? Te rudery o oknach jak puste oczodoły czaszek? Ten śnieg, opadłe liście, cichy strumień? Przypatrzcie się tym miejscom – każde z nich kryje swoją mroczną historię. Co takiego? Ach, więc znacie tamten dom? Nic dziwnego – wszystkie te miejsca istnieją naprawdę. I ich ponurych losów też nikt nie wyssał z palca.

Mapa cieni, którą chciałem, żebyście sobie właśnie wyobrazili, jeszcze nie istnieje. Ten skomplikowany projekt, który łączy w jednym tomie reportaże (prawdziwe historie rzekomo nawiedzonych miejsc) oraz literacką fikcję (inspirowane tymi lokacjami historie spisane przez takich twórców jak Dawid Kain, Magdalena Kałużyńska, Aleksandra Zielińska, Łukasz Radecki czy Kazimierz Kyrcz Jr.), to rzecz na polskim rynku książki nowatorska. I komercyjnie wątpliwa – wszak zbiory opowiadań sprzedają się znacznie gorzej niż powieści, a takie dziwne hybrydy zdaniem wydawców już kompletnie nie mają racji bytu i szans na zaistnienie.

Dzięki usilnym staraniom swoich pomysłodawców i pierwszoplanowych twórców, czyli Michała Stonawskiego i Krzysztofa Bilińskiego, Mapa cieni znalazła w końcu wydawcę. Sęk w tym – rzecz prozaiczna – że wydawca nie ma dostatecznie dużo forsy, żeby opublikować tę książkę w optymalnej formie.

I dlatego zwracam się do Was, łudząc się, że znajdzie się wśród osób odwiedzających tę stronę ktoś, kogo pomysł na Mapę cieni zainteresuje. Możecie bowiem przyczynić się do powstania tego wyjątkowego tekstu: na portalu crowdfundingowym możecie wesprzeć wydanie Mapy cieni. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś darowiznę czy coś podobnego – nic z tych rzeczy. Za każdą wpłaconą sumę przysługuje Wam bowiem adekwatna nagroda, na przykład papierowa wersja Mapy cieni przesłana na Wasz adres w momencie, kiedy książka opuści drukarnię. Więcej informacji na ten temat – a także na temat samego projektu – znajdziecie TUTAJ.

Na zakończenie chciałbym Wam tylko powiedzieć, że ja ten projekt już wsparłem i zachęcam Was do tego samego. Nie tylko dlatego, że szykuje się prawdziwa gratka dla fanów szeroko pojętej grozy. Nie. Są powody, moim zdaniem, ważniejsze.

Po pierwsze, wspierając ten projekt, pokazujemy „dużym wydawnictwom”, że lejemy na ich politykę wydawania niemal wyłącznie miałkiej papki i bestsellerów, utworów zapewniających bezpieczny zysk; że wkurza nas ich asekuranctwo i chcielibyśmy, by osoba mająca się za wydawcę literatury celowała w coś więcej niż tylko zbijanie mamony.

Po drugie, wspierając ten projekt, utrzemy nosa wszystkim internetowym haterom, zazdrośnikom, notorycznym malkontentom i zwykłym gnojom. Znacie ich, wszyscy ich znamy. To ci ludzie, którzy nie mają jaj, żeby zrobić coś z własnym życiem, i w efekcie rajcuje ich oglądanie cudzych niepowodzeń, niespełnionych nadziei, planów palących na panewce. To te osoby, które zaznaczają kciuk w dół pod Waszymi ulubionymi piosenkami na YouTube i które mówią „To się nigdy nie uda”, a potem: „A nie mówiłem?” Siedzą teraz przed komputerami i zacierają rączki, widząc jak dni mijają, a kwota potrzebna na realizację Mapy cieni wciąż jeszcze nie została zebrana. Proponuję wesprzeć ten projekt choćby po to, żeby w ten sposób pokazać im wirtualny środkowy palec.

Po trzecie, i chyba najważniejsze, wspierając ten projekt, pomożecie dwóm sympatycznym zapaleńcom zrealizować marzenie, któremu w jakimś tam stopniu poświęcili kilka lat swojego życia.

Mnie to wystarczy.

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Zbudź się

Istnieje jedno pytanie, którego pisarze szczególnie nie lubią: Skąd Pan/Pani bierze swoje pomysły? Powodów tej niechęci jest zapewne całkiem sporo, a dwa kluczowe i wysuwające się na plan pierwszy to zapewne takie, że a) pytanie to słyszy się najczęściej, b) odpowiedź można albo zawrzeć w kilku zdaniach i tak naprawdę nie powiedzieć nic, albo mówić pół godziny i wyjść w najlepszym razie na niegroźnego czubka.

222Wspominam o tym, ponieważ kilka dni temu premierę miała antologia szeroko pojętej grozy pt. „Zapomniane historie”. Dziesięć zgromadzonych tam tekstów to pokłosie konkursu literackiego, a znaleźć wśród nich można chociażby opowiadania Kornela Mikołajczyka oraz Maćka Kaźmierczaka, których rzeczy czytałem już nie raz i za ich jakość jestem gotów ręczyć w ciemno. Aha, no i mój tekst tam także znajdziecie. „Zbudź się” to – jak określił wydawca – horror psychologiczny. Żeby nie psuć Wam frajdy z czytania, nie zdradzę nic odnośnie fabuły. Powiem tylko tyle (w kontekście pierwszego akapitu i pytania o inspiracje), że w tym konkretnym przypadku lwią część pomysłu zaczerpnąłem po prostu z mojego codziennego życia. Z doświadczeń rodzica wkładającego sporo wysiłku i serca w wychowanie dziecka. I w przezwyciężanie różnych trudności – w tym własnych demonów. Może właśnie dlatego, ze względu na tak mocne zakotwiczenie tekstu w rzeczywistości, dotychczasowi czytelnicy tego opowiadanie reagowali tak wyraziście: ciarami na plecach, kluchą w gardle, nawet płaczem. Wreszcie, niejako na zachętę, proponuję poniższy fragmencik:

Jak ktoś kiedyś powiedział, człowieka zakochanego pozna się po tym, że nie może zasnąć – a zasnąć nie może, ponieważ jawa jest dla niego piękniejsza niż sen.

Byłem zakochany. I nie mogłem spać. Ale mojej codzienności nie nazwałbym piękną.

Wegetowałem pośród nocy, siedząc bez ruchu w fotelu, w pokoju spowitym w ciszę i mrok. W głowie miałem chaos. Wspomnienia obrazów, głosów i zapachów płynęły rwącym strumieniem, wirowały, kryły się, pojawiały się znowu i znowu, nigdy naprawdę nie ginąc. Czasem rozkapryszone, samowolne myśli przystawały, zmęczone ciągłą gonitwą, i wtedy popadałem w głupawe odrętwienie, żałosny substytut snu.

Z podobnej drzemki wyrwało mnie stukanie do drzwi. Myśli, dotychczas błogo splątane w ciasny kokon, rozpełzły się natychmiast we wszystkich kierunkach, niczym karaluchy uciekające przed światłem.

Wstałem z fotela i zerknąłem na zegar. Trzecia w nocy. Kto to mógł być o tej porze?

Nie mam pojęcia, czy to, co napisałem powyżej, zachęci Was, żeby dać tej antologii szansę. Łudzę się, że tak, bo jestem głęboko przekonany, że jeśli sięgniecie po te teksty, nie zawiedziecie się i doznacie całej masy niesamowitych literackich wrażeń. Zachęcam tym bardziej, że ten ebookowy zbiorek można pobrać ze strony wydawnictwa RW2010 (TUTAJ) za jedyne 9zł.

Pozdrawiam Was serdecznie, do przeczytania niebawem!

Opublikowano Różne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Jak pisać, czyli „Malowidło” Grzegorza Gajka

malowidloGdyby jakimś absurdalnym zrządzeniem losu przyszło mi kiedyś tworzyć podręcznik z poradami dotyczącymi pisania, zrobiłbym, co w mojej mocy, żeby do każdego egzemplarza dołączano Malowidło Grześka Gajka. Nie dlatego, że ta opowieść grozy to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek czytałem – nie, nie jest nią bynajmniej. Nie dlatego też, że jest przykładem na to, jak napisać murowany bestseller; utwór Gajka na 99% statusu bestsellera się nie dochrapie (niestety). Zadbałbym o to, ponieważ na przykładzie Malowidła można pięknie wypunktować wszystko to, co przydatne albo wręcz niezbędne, aby zmajstrować wyśmienitą powieść gatunkową.

Na razie jednak nikt nie zlecił mi pisania poradnika dla domorosłych adeptów branży literackiej, dlatego wersję maksymalnie skróconą zaserwuję Wam tu i teraz, zupełnie za darmo, pełen dobrych chęci i otwarty na polemikę.

1. Rozwój

Istnieją prawdopodobnie w świecie geniusze, którzy pewnego dnia postanowili napisać książkę, następnie zaś popełnili rzeczoną bukwę, poszli do wydawcy, który przywitał ich, klaszcząc uszami z ukontentowania, a później już tylko odbijali butelki szampana, by świętować zarówno komercyjny, jak i krytyczny sukces swojego dzieła. Większość przeciętnych śmiertelników nie ma jednak tego szczęścia. Uczymy się powoli, na (miejmy nadzieję, cudzych raczej niż własnych) błędach, stopniowo poznajemy warsztat i charakter pracy, decydujemy się na pierwsze eksperymenty, a potem z zachwytem albo policzkami płonącymi ze wstydu obserwujemy efekty. Uczymy się sposobów prowadzenia narracji, konstruowania fabuły i bohaterów, rozmieszczania akcentów, budowania konfliktów. To wszystko trwa. Grzesiek Gajek popełnił całe mnóstwo opowiadań oraz dwie powieści, zanim zajął się Malowidłem. Ćwiczył się w układaniu słów w zdania i tworzeniu klimatu, tak jak muzyk godzinami ślęczy nad skalami i rozciąga niezdarne paluchy. Swoje znaczenie miała na pewno informacja zwrotna od czytelników, ale też praca z redaktorami i korektorami przy wspomnianych już opowiadaniach oraz wcześniejszych powieściach. Uwierzcie mi, żeby pisać dobrze, trzeba pisać. Jeśli macie do czynienia z zapierającym dech w piersiach debiutem, to najpewniej chodzi o a) geniusza (patrz początek akapitu), b) kogoś, kto zamiast publikować swoje wcześniejsze, mniej udane teksty, skrupulatnie kisił je w szufladzie, palił albo korzystał z nich w sytuacjach nagłego a krytycznego braku papieru toaletowego. Chcecie pisać dobrze – piszcie. Dużo. Tak jak Grzesiek.

2. Przygotowanie

Jak wyżej, prawdopodobnie istnieją geniusze, którzy czytając głównie powieści historyczne, postanowią nagle napisać kryminał, fantasy albo horror i wyjdzie im to przynajmniej dobrze. Większość nas, skromnych żuczków, musi jednak wcześniej zapoznać się z docelowym gatunkiem. Szczerze uważam, że ktoś mierzący w fantasy powinien przeczytać przynajmniej Tolkiena, Le Guin i kilkoro innych tuzów konwencji. Tak samo można wymagać od przyszłego twórcy grozy, żeby znał Lovecrafta, Poego, Kinga czy Koontza. Nie musi ich lubić – ale znać powinien. Po pierwsze, żeby orientować się w ramach konwencji i wiedzieć, czego czytelnicy w danego typu literatury mogą oczekiwać. Po drugie, żeby mieć świadomość, jakie motywy będą postrzegane jako świeże, a jakie jawić się będą wyświechtanymi i oklepanymi.

Gajek w Malowidle doskonale pokazuje, że klasyka grozy nie jest mu obca. Korzysta z klisz i schematów (wielki, zrujnowany dom; nawiedzony obraz; mężczyzna na życiowym zakręcie), ale w taki sposób, że nie mamy wrażenia „been there, done that, got the fucking T-shirt”. Czytelnicy nie otrzymują odgrzewanych kotletów, tylko umiejętną grę konwencją i tejże konwencji dobrodziejstwem, jej dziedzictwem, spuścizną. Wielu pisało o wprowadzaniu się do wielkich domów, ale Gajek robi to po swojemu. Jego tytułowe malowidło też jest jedyne w swoim rodzaju. Grzesiek nie kalkuje, nie podkrada – raczej przypomina artystę, który buduje coś nowego z produktów po recyklingu. Co więcej, robi to znakomicie, bo (patrz pierwszy powód, dla którego trzeba znać konwencję) na przykładach uznanych dzieł nauczył się konstruować powieść grozy tak, żeby wszystko w niej chodziło jak w szwajcarskim zegarku.

3. Język

Rzadko trafia się na nowy literacki utwór grozy, który ma szansę wywołać w nas podobne emocje, co kino. Wzgórza mają oczy, [Rec], The Babadook, 28 dni później, Let The Right  One In – to tylko niektóre z filmów, z którymi książki przegrywają w przedbiegach… o ile próbują grać na tych samych emocjach i korzystać z tych samych sztuczek. Ze względu na specyfikę medium, książki nie zrobią na nas nawet zbliżonego wrażenia za pomocą nagłych zwrotów akcji, imitacji jumpscare’ów, szerokopojętych wizualiów. Tak już jesteśmy stworzeni, że bardziej boimy się cienia, niż słowa „cień” zapisanego na kartce papieru. Książka, jeśli chce rywalizować z filmem, musi korzystać z innych, sobie właściwych tricków i sobie przypisanych walorów. A język jest tym narzędziem, który zmuszony jest zastąpić nam zdjęcia, grę aktorów, muzykę, montaż. Tak jak każdy reżyser ma swój styl, tak dobry autor ma swój język. Inaczej pisać będzie grozę Dawid Kain, inaczej zabierze się za nią Łukasz Orbitowski, a inaczej Jack Ketchum. Grzesiek Gajek w Malowidle decyduje się na literacko piękne, okrągłe zdania. Jego opisy są plastyczne i wysmakowane. Metafory udane, porównania zaś celne i niezbyt rozwlekłe. To język może ciut niedzisiejszy, czerpiący chyba więcej z tradycji powieści gotyckiej czy utworów Poego lub Grabińskiego niż bardziej współczesnych autorów pokroju Kinga, Barkera czy Mastertona… ale język doskonale pasujący do treści, opierającej się bardziej na tajemnicy i psychologii niż na wstrząsających scenach pełnych krwi i flaków. To kolejny przykład dojrzałości autora, który akuratnie dobrał styl narracji do przedstawianej treści, zapewniając czytelnikom smakowity posiłek nie tylko w warstwie fabularnej, ale też językowej.

4. Rozpoczęcie

Kluczem w przypadku grozy jest klimat. A kluczem do osiągnięcia klimatu w literaturze jest, jak mi się zdaje, spójność. Spójność języka, toku narracji, dynamiki, sposobu przedstawiania kolejnych wydarzeń oraz tempa wyjaśniania dręczących czytelnika niewiadomych. W przypadku horroru często mamy do czynienia z obfitym eksponowaniem początkowej sielanki, w którą stopniowo wkrada się element niepokoju. Zdarza się też tak, że od razu na początku dostajemy obuchem w łeb i przez pierwsze kilka rozdziałów próbujemy potem dojść do siebie. Grzesiek Gajek wybiera wyjście pośrednie, idealnie dostosowane do skromnych rozmiarów (zaledwie 250 stron) tej powieści. Obucha w łeb nie ma, ale już na pierwszej stronie zdobywamy najważniejsze informacje: że zagadkowy obraz, że stare domiszcze, że facet w żałobie. Gajek od razu wykłada sporo kart na stół, zupełnie jak w przypadku opowiadania, a nie powieści. Ale bardzo wiele w ten sposób zyskuje: czytelnik od pierwszej strony jest wciągnięty i zaangażowany w opowieść, nie ma wrażenia, że pisarz sprzedaje mu produkt wtórny i odtwórczy; zamiast tego błyskawicznie odczytuje archetypy i przechodzi nad nimi do porządku dziennego, a akcent z tego „co” się dzieje, natychmiast zostaje przesunięty na „jak” się dzieje.

5. Fabuła

Grzesiek Gajek nie znajduje się w piątce moich ulubionych autorów. Byliby wśród nich z pewnością Gaiman, Sapkowski, Pratchett, może jeszcze Grzędowicz albo Auster, albo King, albo jeszcze ktoś inny, kto nie przychodzi mi w tej chwili od razu do głowy… Różnic między nimi a Grześkiem Gajkiem jest sporo, ale ta chwilowo najistotniejsza jest następująca: coś zbliżonego do Malowidła sądzę, że byłbym w stanie napisać, obdarzony wystarczającą ilością czasu i przy wyjątkowo sprzyjającej koniunkcji planet. Drugich Amerykańskich Bogów – nie. Nie podołałbym swojemu odpowiednikowi Trylogii husyckiej albo Pana Lodowego Ogrodu. To żadna kokieteria, tylko świadomość własnych niedociągnięć i braków. Konstruując fabułę Malowidła Grzesiek nie porwał się z motyką na słońce, nie próbował ugryźć więcej, niż byłby w stanie strawić. Doskonale ocenił swoje siły i w efekcie, zamiast bubla wyhodowanego na pożywce z wygórowanych ambicji, zaserwował nam niesłychanie zgrabną powieść gatunkową. Fabularnie Malowidło raczej nie rzuci nikogo na kolana, nie zawładnie naszymi myślami na długie tygodnie, nie zostawi nas z szeroko otwartymi ustami i śliną cieknącą po brodzie. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile książek dostarcza podobnych emocji? Malowidło, choć pewnie nie zapisze się trwale w kanonie konwencji, bez wątpienia zapewni fanom grozy (i nie tylko!) kilka godzin doskonałej rozrywki. A to znacznie więcej, niż można powiedzieć o większości obecnie publikowanych książek. Dlatego, jeśli marzy się Wam napisanie drugiej Mrocznej Wieży, nie ma sprawy, powodzenia. Ale może zacznijcie od odpowiednika Carrie, ok?

6. Research

Kiedyś, gdy byłem głupszy (co nie ma bynajmniej sugerować, że teraz jestem jakoś szczególnie mądry), sądziłem, że w pisaniu liczą się dwie rzeczy: język i pomysł. Te dwa elementy to oczywiście fundamenty dobrego tekstu, ale z czasem zrozumiałem, że jest jeszcze trzeci filar, bez którego naprawdę wartościowa literatura ma nikłe szanse powstać. To szeroko pojęty research, czyli rozmaite badania i przygotowania niezbędne do wiarygodnego przelania danego konceptu na papier. Taki research może objawiać się na tysiąc różnych sposóbów, od czytania książek i oglądania filmów po zwyczajne rozmowy z ludźmi: research robił Sapkowski, czytając czeskie książki historyczne przed postawieniem pierwszego przecinka w Narrenturmie, ale research robiła też Rowling, przysłuchując się specyfice mowy rodem z West Country, żeby później obdarzyć Hagrida charakterystycznym akcentem. Gajek skrupulatnie odrobił swoje zadanie domowe: wiarygodnie omawia nie tylko tematy związane ze sztuką czy konserwacją obrazów, ale także rozmaite realia historyczne, odwiedzane przez bohatera miejsca czy rzeczy tak pozornie banalne jak specyfikę generalnego remontu. Co istotne, Grzesiek nie przegina i książka na szczęście nie zamienia się niespodziewanie w podręcznik DIY domorosłego renowatora antyków – autor udziela akurat tyle informacji, żeby czytelnik miał świadomość, że nie ślizga się po powierzchni i nie czyta bzdur, jednocześnie zaś na żadnym etapie wiedza nie spycha fabuły na plan dalszy. I tak właśnie powinno być.

7. Podsumowanie

Prawdopodobnie to wyborne miejsce, żeby skwitować wszystko jakąś błyskotliwą, niebywale śmieszną i celną puentą, która samoistnie wdrukuje się w szarą materię Waszych mózgów i odmieni Wasze życie, o spojrzeniu na literaturę i jej pisanie nie wspominając. Nic z tego. Nie będzie błyskotliwych puent. Tylko sugestia: jeśli macie na zbyciu kilka dych oraz chcecie poobcować z fajną, wartościową literaturą, Malowidło czeka. Kto wie, może jeśli się dobrze spiszecie, Grzesiek jednak doczeka się tego bestsellera? Ja w każdym razie serdecznie mu tego życzę i czekam z niecierpliwością na jego kolejne tytuły, bo rzemieślnikiem jest już bardzo zdolnym i nie wiadomo, czy za jakiś czas nie przepoczwarzy się przypadkiem w artystę z prawdziwego zdarzenia. Czego z kolei życzę tak sobie, jak i Wam 🙂

Pozdrawiam, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , | 3 komentarzy

Teledysk

Dzisiaj wieści kompletnie nieliterackie, natomiast dla mnie bardzo ważne. Otóż kilka dni temu pojawił się w sieci teledysk do utworu „W żagle wiatr” zespołu Scarecow, w którym mam przyjemność grać. Obejrzeć go można choćby tutaj, do czego serdecznie zachęcam.

Kręcenie klipu do „W żagle wiatr” trwało trzy dni i okazało się fantastyczną przygodą. Za reżyserię i wszelkie technikalia odpowiadał nasz dobry portugalski znajomy Gonçalo Viana i jemu montowanie wszystkiego zajęło na pewno znacznie więcej czasu, mniej też przypominało fantastyczną przygodę, bardziej zaś mozolną harówkę. Tak czy owak efekt końcowy nas powalił i mam nadzieję, że Wam też przypadnie do gustu. A przynajmniej wywoła uśmiech na twarzy.

No to jeszcze raz: miłego oglądania i do przeczytania wkrótce!

Opublikowano Muzyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz