Odkrycia lipca

Szczepan Twardoch, Drach – Rzadko się zdarza, by książka równocześnie irytowała mnie i fascynowała do takiego stopnia, jak miało to miejsce w przypadku Dracha. Czemu fascynowała? Bo Twardoch wziął na warsztat rodzinną sagę, konwencję dziś już niezbyt popularną. Co więcej, opisał historię nie bogatych wielmożów, ale przeciętnych mieszkańców śląskiej wsi rozciągającą się praktycznie na cały wiek dwudziesty i początek dwudziestego pierwszego. Wreszcie trzeba dodać, że opisał ją brawurowo: z wielokrotnie łamaną chronologią, z dbałością o zapis gwary, z fantastyczną rytmiką zdań i akapitów. Co chyba najważniejsze, samą historię opisał w sposób niesłychanie prawdziwy i wiarygodny, tak że niemal mamy przed oczyma nie wymyślone postacie, a ludzi, wielowarstwowych i do bólu autentycznych. Bólu zresztą Twardoch nikomu nie szczędzi, jego postacie cierpią, a cierpienie to przedstawione też jest zjawiskowo sprawnie. W efekcie autor z łatwością wzbudza w nas emocje, które – jak się wydaje – wzbudzić zamierzał: przemoc rodzi w nas grozę albo obrzydzenie, tragedia przyprawia o szczere ciarki, sceny o zabarwieniu erotycznym spowodują pewnie wypieki na twarzy. Wydawać by się więc mogło, że Twardoch popełnił dzieło znakomite. Skąd w takim razie ta wspomniana na wstępie irytacja? Z maniery, bez wątpienia w stu procentach zamierzonej, ale przez tą swoją celowość ani trochę nie mniej wkurzającej. Ma bowiem Twardoch tendencję w tej książce do okropnego powtarzania się – zarówno jeśli idzie o nagminne (i znowu – celowe) wykorzystywanie tej samej konstrukcji w ramach akapitu czy nawet całej sceny, ale przede wszystkim w kwestii treści. O pewnych zdarzeniach autor informuje nas – albo nam o nich przypomina – po dwadzieścia, trzydzieści razy; podobnie wtóre i nużące robi się w pewnym momencie refrenowe niemal powtarzanie narratora, że to czy tamto nie ma znaczenia. Osobiście uważam, że gdyby tę narracyjną manierę odrobinę ograniczyć, książkę dałoby się spokojnie skrócić o dobrą jedną dziesiątą (jeśli nie więcej) bez żadnej szkody dla treści czy warstwy językowej, za to z wyraźnym zyskiem w postaci większej płynności całej opowieści. Nie zmienia to jednak faktu, że Drach jest książką dobrą i jak najbardziej wartą poświęconego jej czasu.

Markus Zusak, Złodziejka książek – Powiem to od razu na wstępie: Złodziejka książek to najlepsza książka, jaką przeczytałem od początku tego roku, i prawdopodobnie najlepsza, jaką przeczytam do jego końca. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wszystkie składniki opowieści zostały starannie dobrane, odmierzone we właściwych proporcjach i zmieszane inteligentnie, z daleko idącym narracyjnym zmysłem, ale też z tym trudnym do opisania czymś, co niektórzy nazywają polotem. Po pierwsze, autorowi udało się ugryźć przeraźliwie – zdawać by się mogło – ograny już temat drugiej wojny światowej i holokaustu z interesującej, świeżej perspektywy, główną bohaterką jest bowiem niemiecka dziewczynka, której przybrani rodzice ukrywają w swoim domu Żyda. Po drugie, uczynił ów autor narratorem w tej swojej opowieści śmierć – i zrobił to na tyle umiejętnie i pomysłowo, że czytelnik ma faktycznie wrażenie, że całą historię relacjonuje istota, która człowiekiem nie jest, choć nieustannie nam przecież towarzyszy. Po trzecie, Zusak stworzył postacie wyraziste i barwne, a jednak równocześnie bardzo ludzkie, wiarygodne. Po czwarte, powieść ta została napisana z niesłychanym wdziękiem i wyczuciem, gładko i naturalnie prowadząc czytelnika od śmiechu do przygnębienia, od zgrozy do radości, od obrzydzenia do rozsadzającej serce nadziei. Po piąte, to historia opowiedziana przepięknym językiem (choć tu akurat mogę się wypowiedzieć wyłącznie na temat oryginału, polskiego przekładu nie miałem w rękach). Po szóste, to powieść pełna emocji, diablo inteligentna, mówiąca rzeczy wartościowe i cenne. Po siódme, to chyba pierwsza książka od czasu Hobbita (którego czytałem, mając lat dziesięć albo coś blisko tego), przy której się najzwyczajniej w świecie popłakałem. Genialna, absolutnie genialna.

Robert J. Schmidt, Apokalipsa według Pana Jana – Problemów z Apokalipsą… Schmidta miałem kilka. Najpoważniejszy był chyba taki, że sięgnąłem po tę powieść zaraz po wspomnianej wyżej Złodziejce książek, a to narzucało pewne czynione mimochodem porównania, z których mało który tytuł wyszedłby zwycięsko. Drugim były spore oczekiwania – nasłuchałem się, że Apokalipsa… to absolutna klasyka polskiego post-apo i po cichu spodziewałem się może nie Bastionu Kinga, ale przynajmniej czegoś na poziomie Drogi do wieczności McDevitta – książki klimatycznej, wciągającej, dającej choć trochę do myślenia. Niestety przez pierwsze sto stron rozczarowanie goniło rozczarowanie. Wątki się sypały, logika szwankowała, postacie gadały jak w tutorialach gier komputerowych. Potem było już lepiej, szczególnie od momentu pojawienia się Zawady, Adamczyka i Filipka: bohaterów, którzy budzili we mnie jako w czytelniku jakiekolwiek uczucia – czego nie można niestety powiedzieć o reszcie apokalipsowego towarzystwa. Generalnie na plus książki Schmidta wypada zrobiony research, znajomość militariów oraz ciekawa wizja zmian natury geograficznej, które okazują się konsekwencją wojny nuklearnej. Minusów niestety jest – przynajmniej jak dla mnie – też niemało: nielogiczności w zachowaniu bohaterów, połamana fabuła, powtarzający się mechanizm, że gdy tylko pojawiają się poważniejsze trudności, ślepy traf usuwa je bohaterom z drogi. W toku lektury skojarzenie z grą komputerową zresztą tylko się umacniało – równie dobrze ktoś mógłby podkoloryzować fabularnie partyjkę postapokaliptycznych Heroesów czy Cywilizjacji – gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy sojusze, gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy… Wiecie, o co chodzi. W rezultacie Apokalipsa według Pana Jana zrobiła na mnie bardzo przeciętne wrażenie, choć równocześnie zachęciła, by w ramach testu sięgnąć po jakąś inną, dojrzalszą książkę Schmidta.

Tabu – Ten serial to dla mnie absolutna perełka. Z jednej strony to w gruncie rzeczy wariacja na temat historii hrabiego Monte Christo (ta sama epoka; człowiek powracający do domu po latach z fortuną w garści i obszerną, powszechnie niedostępną wiedzą; motyw zemsty; próba odzyskania niegdysiejszej miłości) z drugiej jest to opowieść oryginalna, pomysłowa, brutalna i mroczna. Mamy tam fantastycznie ukazaną rywalizację poszczególnych stronnictw (Kompania Wschodnioindyjska, Korona Brytyjska, Amerykanie), mamy tajemnice z przeszłości, mamy bród i nędzę londyńskich slumsów oraz ludzi, dla których cudze życie nie jest warte funta kłaków. Jest to też, co ważne, serial, którego siła bazuje – co osobliwe w dzisiejszych czasach – nie tylko na seksie, krwi i rozmieszczonych z matematyczną precyzją cliffhangerach, ale przede wszystkim na intrygach, na bohaterze, który inteligentnie lawiruje między niebezpieczeństwami, a jego kolejne posunięcia to strategicznie cwane manewry godne wytrawnego szachisty. Mnie osobiście Tabu zachwyciło fantastyczną realizacją (scenografia, kostiumy, montaż), zgrabnie skonstruowanym i trzymającym w napięciu scenariuszem, a przede wszystkim postacią głównego bohatera – napisaną wprost fenomenalnie, a potem kunsztownie zagraną przez Toma Hardy’ego. Polecam wszystkim dorosłym widzom i zacieram rączki w oczekiwaniu na drugi sezon.

Opublikowano Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Trzy zapałki” w Nowej Fantastyce

Ze sporą dozą dumy i radości donoszę, że w sierpniowym numerze Nowej Fantastyki pojawiło się moje nowe opowiadanie pt. „Trzy zapałki”. Raczej mroczne i – mam nadzieję – nastrojowe, chwilami wręcz nieco gaimanowskie. Mnie się szalenie podoba, ale rozumiecie dobrze, że nie bardzo mogę w tym przypadku zdobyć się na obiektywizm. Mam nadzieję, że Wam też przypadnie do gustu.

Gdyby jednak (jakimś cudem) okazało się, że specjalnie dla mnie kupicie najnowszy numer NF, po czym „Trzy zapałki” okażą się (patrz powyższa wzmianka o cudzie) totalnym nieporozumieniem, nie trwóżcie się i nie rwijcie włosów z głowy, bowiem ten konretny numer NF zawiera sporo innych dobroci: między innymi opowiadanie Teda Kosmatki (i wywiad z tymże), rozmowy z wybranymi nominowanymi do Zajdla czy tekst o Mrocznej Wieży Kinga (bardzo na czasie, zważywszy na zbliżającą się wielkimi krokami premierę filmu).

Podsumowując – miłej lektury. I jeszcze milszych wakacji (a przynajmniej ich dalszego ciągu).

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , | 2 komentarze

Odkrycia czerwca

Łukasz Orbitowski, Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego – Orbitowski to człowiek podlegający nieustannej ewolucji, ciągłym przeobrażeniom. Zaczynał od tworzenia horrorów, a teraz obrasta w rozmaite nagrody Nike, Paszporty Polityki i podobne zaszczyty. Pisał powieści bardzo poważne i zgoła pulpowe, wydał pocztówki z podróży po RPA i pękającą w szwach od aforyzmów książkę o parze kotów. Niełatwo znaleźć w Polsce pisarza, którego trudniej byłoby zamknąć w jakichś konkretnych ramach, zakleić mu usta marketingową metką. Wynika to nie tylko z różnorodności jego pisarskich wybryków, ale też z niezwykle szerokiego wachlarza doświadczeń i wyborów, mniej lub bardziej trafionych, z szeregu pozornych przeciwieństw, które składają się na jego wielowymiarowy obraz. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że najnowsza książka Orbitowskiego to wybór spośród wpisów ukazujących się od jakichś dziewięciu lat w tygodniowych odstępach na jego blogu. A głównym tematem tychże wpisów – jak to w przypadku bloga bywa – jest przeważnie sam autor. Jakie w takim razie są te Rzeczy utracone? Podobnie jak ich twórca, różnorodne i pełne pozornie wykluczających się skrajności. Zdarzają się fragmenty wesołe i smutne, anegdoty i opowiastki z życia mieszają się z czymś na kształt spowiedzi czy wyznania wiary. Język śliczny, wyszukany, kotłuje się nie raz i nie dwa z wulgaryzmami, ale cały czas czuje się, że to dzieje się nie bez przypadku, w służbie treści, ku osiągnięciu takiego, a nie innego wyrazu. A treściowo? Dużo tu jest Orbitowskiego obserwującego i analizującego otaczający go świat, ale obudowującego tenże świat specyficznym dla siebie komentarzem, zwięzłym, skromnym, przewrotnym, doskonale oddającym złożoność ludzkiej natury. Rzeczy piękne nieraz zostaną tutaj wyszydzone i zmieszane z błotem, te brzydkie wyniesione na piedestał. Sam autor ucieka od mitologizowania swojej postaci i choć zdarza mu się raz po raz wyrażać zadowolenie z takich, a nie innych kolei, którymi toczy się jego życie, dominuje w tej książce chyba jednak subtelna gorycz i smutna autorefleksja. Więcej niż tryumfalnego wymachiwania ramionami jest też ironicznego dystansu i spoglądania na siebie z przymrużeniem oka. W sumie tematów Orbitowski porusza tu niemało, i nawet jeśli wchodzi w nie może niezbyt głęboko, to regularnie bije po pysku trafnością sformułowań, niebanalnością sądów, plastycznością opisów. W efekcie w postaci Rzeczy utraconych otrzymujemy literaturę nie wymagającą szalonego skupienia, ze względu na zwięzłość formy doskonałą do lektury w drodze, za to inteligentną, pełną emocji i językowo wysmakowaną. Polecam.

Lars Kepler, Plac zabaw – Dawno już żadna książka tak bardzo mnie nie rozczarowała. A szkoda, bo potencjał na dobrą, równą powieść był spory, tylko został okrutnie zmarnowany. Ale od początku, zacznijmy od fabuły. Porucznik Jasmin Pascal-Anderson bierze udział w akcji wojskowej w Kosowie. Zostaje ciężko ranna, jej serce staje. Podczas śmierci klinicznej ma wizję osobliwego przedsionka królestwa zmarłych – niebezpiecznego, nękanego przez zbrodniczą Triadę chińskiego portowego miasta, skąd umarli odpływają ku nieznanemu, a ludzie tacy jak Jasmin, zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, czekają aż ich los stanie się jasny. Młoda pani porucznik zostaje odratowana i wraca do świata żywych. Odchodzi z armii, zakłada rodzinę, ma dziecko. A potem – jak nietrudno przewidzieć – nieszczęśliwy splot wydarzeń sprawia, że musi powrócić w to straszne miejsce i walczyć o życie swojego ukochanego synka na tytułowym placu zabaw.  Z początku Plac zabaw prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Autorzy (Lars Kepler to pseudonim pary szwedzkich pisarzy) dość wiarygodnie opisują wojskową akcję, widać też, że odrobili zadanie domowe w kwestii medycyny czy różnych wierzeń dotyczących życia pozagrobowego. Powieść napisana jest zgrabnie, plastycznym językiem, z dbałością o detale i smaczki budujące fascynującą scenografię królestwa śmierci. Co w takim razie poszło nie tak? Szwankują niestety dwa kluczowe elementy: logika i spójność. Postaci często zachowują się dziwacznie, mało realistycznie. Główna bohaterka, mimo że w wojsku dochrapała się stopnia porucznika, miała spore doświadczenie polowe i była ponoć znakomicie wyszkolona, przez znakomitą część książki poddaje się najprostszym emocjom i reaguje w sposób, którego można by spodziewać się raczej po zastraszonej szarej myszce. Poza tym  sam główny pomysł, na którym zasadza się fabuła Placu zabaw, roi się od logicznych luk i niespójności, które skutecznie odbierają przyjemność z lektury. Mogło być bardzo dobrze – mogła być fascynująca, inteligentnie przedstawiona i wciągająca powieść o matce gotowej zrobić wszystko, żeby ratować swoje dziecko. Dostaliśmy jednak płytki i banalny miszmasz obyczajówki, thrillera i Igrzysk Śmierci, który czyta się błyskawicznie, ale bez większej frajdy i satysfakcji.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon – No i co ja mam począć z tą książką? Z jednej strony Radio Armageddon to stylistyczna petarda. To książka językowo genialna, znakomita na każdym poziomie – od doboru słów, przez rytmikę zdań, na całym pomyśle na narrację kończąc. Wykonanie iście mistrzowskie i godne znacznie starszego, dojrzalszego autora. Z drugiej strony… z drugiej strony jest treść. I nie chodzi o to, że fabuła kuleje, że nuda albo jakieś bezsensowne bzdurzenia o niczym. Nic z tych rzeczy. Żulczyk opowiada pełną brudu i nieprzyjemności historię czterech przyjaciół, którzy zakładają zespół punkrockowy, ten zaś niemal sam z siebie błyskawicznie przeistacza się w organizację terrorystyczną i nieokiełznane zjawisko społeczne.  I tu jak dla mnie pojawia się problem. Bo Żulczyk za pomocą tego szalenie trafnego, precyzyjnego, obrazowego języka, nad którym zdaje się panować aż po najdrobniejszy detal, opowiada historię totalnie odrealnioną, absolutnie niemożliwą. Jego postaci nie są ludźmi, tylko bohaterami rodem z kart komiksu, skrajnie przerysowanymi karykaturami. Zdarzenia tak samo – wszędzie tu pełno przesady, pełno niewiarygodnych konsekwencji i osobliwych rezultatów. Tak jakby autor, podobnie jak opisywany przez niego zespół postanowił rozkręcić swój wzmacniacz do oporu, a potem wycisnąć z niego jeszcze ciupinkę więcej. Nie wyszło – przynajmniej jak dla mnie. To znaczy, nie wyszło o tyle, że mogła z tego powstać jedna z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem, a wyszła książka po prostu bardzo dobra. Bo Żulczyk mówi w niej o różnych rzeczach bardzo trafnie, bardzo pięknie i przygnębiająco zarazem, zachwyca na poziomie słów, zdań i akapitów, ale nie osiąga jednej rzeczy, która dla mnie osobiście jest w literaturze bardzo ważna – zawieszenia niewiary. I choć podczas czytania szczęka opadała mi raz po raz do kolan z podziwu dla językowych popisów autora, ani na moment nie zapomniałem, że czytam książkę, że jestem poza tą opowieścią, a nie w niej.

Marcin Mortka, Tappi i urodzinowe ciasto – Na łamach niniejszego bloga opisuję przeważnie pozycje dla czytelników dorosłych, ewentualnie dla młodzieży. Tym razem pozwolę sobie zrobić wyjątek, a to dlatego, że – jak sądzę – niemało osób, które to czytają mają dzieci/wnuki/młodsze rodzeństwo/kuzynostwo etc. A problem z pozycjami dla szczególnie młodych czytelników jest taki, że wśród mrowia rzekomo dobrych pozycji, sporo jest tekstów zwyczajnie mizernych. Na tym większą uwagę zasługują moim zdaniem książki dobre: treściowo wartościowe i ładnie napisane. Tym bardziej, jeśli nie są tłumaczeniami, ale popełnił je autor polski. Tym razem na pochwałę zasłużył Marcin Mortka, autor, którego teksty dla dorosłych często budziły we mnie raczej mieszane odczucia. Otóż w historyjkach o Tappim Mortka spisał się wybornie. Perypetie poczciwego wikinga oraz jego zamieszkujących Szepczący Las przyjaciół – między innymi niedźwiedzia Brzuchacza, renifera Chichotka czy kruka Paplaka – to dla rodzica szukającego dobrej książki do czytania dziecku prawdziwa perełka. Te historyjki są ładnie napisane, skomponowane przy użyciu słownictwa bogatego, ale bez niepotrzebnej przesady, ujęte w karby płynnej, a równocześnie zwięzłej narracji. Śmieszą, bawią, stymulują wyobraźnię. Charakterystyczni bohaterowie budzą autentyczną sympatię, a fabuła nie obraża inteligencji czytelnika –ani tego młodszego, ani tego starszego. Poza tym, co szczególnie cenne w przypadku tekstów dla dzieci, opowieści o Tappim przekazują – mimochodem, bez sztywnego, nachalnego moralizatorstwa – różne ważne prawdy i promują wartości, które chyba każdy rodzic chciałby wpoić swoim pociechom. Dla mnie bomba, dla mojego cztero(ipół)latka również – dowodem niech będzie fakt, że od miesiąca na dobranoc nie czytamy nic innego.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia maja

Robert Galbraith, Żniwa zła – Kiedy J.K. Rowling kończyła serię spod znaku Harry’ego Pottera, nie brakowało tych, którzy wieścili jej koniec pisarskiej kariery. Jedni sądzili, że autorka odpuści kompletnie i będzie sobie bimbała, ciesząc się milionami na koncie; inni podejrzewali, że spróbuje wypuścić kolejną serię fantasy, która zawiedzie wszelkie oczekiwania, będąc ni mniej ni więcej tylko wariacją na ograny już temat. Tymczasem Rowling DAJE CZADU. Pomijając znakomity (choć kompletnie od HP inny i znacznie trudniejszy) Trafny wybór oraz scenariusz doskonałych moim zdaniem Fantastycznych zwierząt…, jako Robert Galbraith popełniła już trzy części kryminalnej serii z duetem Cormoran Strike i Robin Ellacott w roli głównej. I wszystkie trzy są bardzo, bardzo dobre. Tom trzeci, Żniwa zła, zaczyna się niemal sielsko: po dwóch nagłośnionych sprawach agencja detektywistyczna Strike’a jest rozchwytywana, Robin szykuje się do ślubu, a sam Strike ma nową, zjawiskowo piękną dziewczynę. Wkrótce jednak sprawy poważnie się komplikują – przysłana do biura, ale zaadresowana do Robin paczka okazuje się zawierać odciętą nogę. Co więcej, różne ślady sugerują, że sprawca tego niecodziennego czynu pała osobistą urazą do Strike’a i zrobi wszystko, by skrajnie uprzykrzyć mu życie, a potem go zniszczyć. Detektyw będzie zmuszony sięgnąć do swojej przeszłości i odnaleźć w niej osobę, którą prasa nie bez powodu nazwie kolejnym Kubą Rozpruwaczem. Żniwa zła oferują mniej więcej to samo, co dwa wcześniejsze tomy cyklu:  bardzo dobry styl, umiejętnie prowadzoną narrację, ciekawe postaci i wiarygodnie zarysowane relacje między nimi. Zagadka, z którą zmaga się Strike – a wraz z nim i czytelnicy – jest wciągająca i satysfakcjonująca, a po przeczytaniu całości trzeba przyznać Rowling, że przy konstruowaniu intrygi odwaliła kawał pracy iście koronkowej, wymagającej olbrzymiej precyzji i zastanowienia. W sumie otrzymujemy książkę, która na miejsce w kanonie literatury pięknej niestety nie ma co liczyć, ale jest przykładem perfekcyjnie napisanej powieści gatunkowej.

Mapa Cieni (antologia) – Mapa Cieni to rzecz dziwna. Powodów jest kilka. Po pierwsze, to jedyna znana mi antologia, w której reportaże łączone są z opowiadaniami, a jakby tego było mało – owe opowiadanie są inspirowane lub bezpośrednio powiązane z miejscami przedstawionymi w rzeczonych reportażach właśnie. Po drugie, to książka, wokół której zrobiło się swego czasu sporo medialnego szumu, a jednak znalezienie rzetelnego wydawcy, który dociągnąłby sprawę do mety, trwało bardzo, bardzo długo. Po trzecie, to książka, która ma gigantyczny potencjał marketingowy (chociażby na rynku lokalnym, w Małopolsce, a przede wszystkim w Krakowie), a z którego wydaje się, że nikt nie robi użytku. Ale po kolei. Mapa Cieni to dziecko przede wszystkim dwóch osób: Michała Stonawskiego i Krzysztofa Bilińskiego. Ci dwaj panowie nie tylko odwiedzili szereg rzekomo nawiedzonych miejsc w Krakowie i jego najbliższych okolicach, ale namówili też grupę autorów z polskiego grozowego poletka do popełnienia związanych z nimi tekstów. W efekcie na Mapę Cieni składa się 15 reportaży i 15 opowiadań. Reportaże są napisane dobrze, ze smakiem i pomysłem – Michał Stonawski, który jest autorem wszystkich, spisał się znakomicie, szczególnie jak na tak młodego autora. Jeśli czegoś mi w tych reportażach zabrakło, to chwilami nieco więcej gotowości naszych dwóch domorosłych detektywów do grzebania za informacjami, więcej żarliwości w dochodzeniu prawdy – mam wrażenie, że zbyt łatwo odpuszczali, zbyt łatwo poddawali się i poprzestawali na informacjach łatwo dostępnych. Gdyby troszkę bardziej się wysilili, może mielibyśmy do czynienia z perełkami, a tak reportaże prezentują się po prostu dobrze. A opowiadania? Tu niestety jest różnie. Naprawdę atrakcyjnych, świeżych pomysłów raczej tu nie uświadczymy, ale umówmy się, że w horrorze oryginalność jest często niepotrzebnym zbytkiem. Szalenie ważny jest natomiast styl, umiejętność budowania napięcia albo konstruowania scen, które wpiją się w mózg jadowitymi kłami i na dłuższy czas zatrują nam sny. Tym pochwalić się niestety mogą tylko niektóre z tekstów opublikowanych w Mapie Cieni. Bank rozbija Aleksandra Zielińska – ujmuje stylem, trzyma czytelnika za mordę, na każdym kroku pokazuje, że doskonale czuje swoją opowieść. Michał Stonawski też staje na wysokości zadania: oferuje tekst krótki, ale niesłychanie zgrabny i z kilkoma smakowitymi detalami. Łukasz Radecki zapada w pamięć swoją „Bielą” – zarówno pod względem pomysłu, jak i wykonania. A reszta? Napisana poprawnie i czytana bez bólu, ale też nie zostaje na dłużej w czerepie, nie kołacze się pod czaszką ponurymi obrazami ani niepokojącymi myślami. No i są dwa opowiadania, które zwyczajnie mnie zmęczyły, nie dając niestety nic w zamian – pozwolę sobie przemilczeć które. To jak w sumie jest z tą Mapą Cieni? Warto? Nie warto? Fanom grozy oraz osobom rozmiłowanym w smakowitych tajemnicach Krakowa i okolic polecam. Wobec innych poprzestanę na tym, że nie będę odradzał.

Black Mirror (sezon 3) – Serial produkowany pierwotnie przez brytyjski Channel 4 trafił od trzeciego sezonu pod skrzydła Netflixa. Byli z pewnością tacy, którzy obawiali się, jakie to pociągnie za sobą zmiany, ale spieszę uspokoić czarnowidzów – jest dobrze. Black Mirror to dalej to samo smakowite danie: błyskotliwy i nierzadko mroczny serial w formacie antologii (każdy odcinek opowiada autonomiczną historię, posiada właściwych sobie bohaterów i swój własny świat przedstawiony), gdzie wspólnym mianownikiem poszczególnych epizodów jest wpływ technologii na ludzkie życie. Podobnie jak w przypadku poprzednich sezonów mamy tu do czynienia z science fiction bardzo bliskiego zasięgu (czyt. zaawansowanie technologiczne znajduje się na obecnym albo tylko nieznacznie wyższym poziomie). A same historie, poruszane problemy? Cudownie różnorodne. Jest wariacja na temat życia po życiu, jest krytyka kierunku, w jakim zmierzają media społecznościowe. Pojawiają się wątki technologii użytej do ochrony środowiska, prowadzenia działań militarnych czy dostarczenia rozrywki. Jest odcinek o zabarwieniu stricte obyczajowym, są dwa dreszczowce, jest epizod na wpół wojenny. Jest też horror, jest wreszcie stosunkowo pogodny, momentami wręcz ocierający się o komedię „San Junipero”. A wszystko to opowiedziane z niesłychanym smakiem, pomysłowo, do tego bardzo dobrze skonstruowane, zagrane, wyreżyserowane. Ja osobiście nie mam żadnych zastrzeżeń i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki.

Deep Purple, Infinite & The Long Goodbye Tour – Zespoły rockowe, które powstały w latach 60-tych czy 70-tych i dochrapały się statusu gwiazd można w gruncie rzeczy podzielić na trzy grupy. Pierwsza to te, które z jakichś względów zgasły u szczytu sławy i na zawsze zachowają status ikon – vide Led Zeppelin. Druga to zespoły, które przez kolejne dekady odcinają kupony od dawnej sławy, w jakimś tam stopniu niezdolne albo i niechętne do zdyskontowania niegdysiejszych sukcesów – tu można by przywołać chociażby The Who, którzy choć raz po raz jeżdżą w trasy, na przestrzeni ostatnich 35 lat wypuścili jedną płytę. Jest i trzecia grupa – ci, którzy nie składają broni, tylko uparcie robią swoje, nagrywają nowe albumy, jeżdżą w trasy. Do tej ostatniej kategorii należą panowie z Deep Purple, jednej z moich absolutnie najulubieńszych kapel wszechczasów.  Na szczęście, bowiem ten kwintet ma do zaoferowania nie tylko wielkie doświadczenie, ale też wyśmienite pomysły, wirtuozerskie umiejętności i niegasnącą a przebijającą spod każdego dźwięku miłość do tego, co robią. Ich najnowsza – a zarazem, jeśli wierzyć plotkom, ostatnia – płyta pt. Infinite może się pochwalić wszystkim tym, co u Purpli najlepsze. Mamy tu nieoczywiste, ale wpadające w ucho kompozycje, piękne brzmienie, a także solówki zagrane nie tylko ze stosownym dla wieku wyczuciem i kunsztem, ale też z całkiem młodzieńczą werwą. Ian Gillan, mimo 71 lat na karku, brzmi znakomicie, a na płycie serwuje nam – moim skromnym zdaniem – najlepsze linie od czasu płyty Bananas z 2003 roku. W ogóle cały zespół brzmi świetnie: spójnie, naturalnie, żywo. Muzycy grają z niesłychanym wyczuciem: nie wchodzą sobie w paradę, ale nawzajem komplementują i uzupełniają swoje popisy, przez co wszystko chodzi jak w zegarku i robi autentycznie niesamowite wrażenie. Polecam wszystkim miłośnikom klasycznego rocka i nie tylko.

Płyta to jednak ledwie połowa sukcesu; wiadomo przecież, że zdolny producent i odpowiednia porcja mamony potrafią sprawić, że nawet przeciętny zespół zabrzmi bardzo dobrze (z jakichś względów nie sprawdza się to w przypadku Metalliki, ale może w ten akurat temat się nie zagłębiajmy). Miałem przyjemność posłuchać Deep Purple na ich majowym koncercie w łódzkiej Atlas Arenie i wyszedłem zmiażdżony. Oczywiście, możliwość usłyszenia ukochanych utworów na żywo na pewno jest gigantycznym plusem i wpływa na odbiór całości – ale to nie wszystko. Purple zachwycili brzmieniem (wszystko słychać było znakomicie), fenomenalną formą (cały wypakowany niełatwymi przecież numerami set zagrali praktycznie bez zająknięcia), brawurowymi popisami i energią, której pozazdrościć mogliby im wykonawcy o połowę młodsi. Ian Gillan, fakt, zmieniał niektóre partie (ale, do diabła, mało który wokal znajdujący się obecnie w pełni sił uciągnie partie Gillana napisane przez niego w młodości, a co dopiero podobny dinozaur) ale nie fałszował,  a sposób, w jaki poradził sobie z otwarciem koncertu zrobił na mnie gigantyczne wrażenie (trzy numery – „Time for Bedlam” z ostatniego krążka i potem klasyki „Fireball” oraz „Bloodsucker” – chłopaki zagrali właściwie zlane w jeden, bez najmniejszej przerwy na złapanie oddechu). W sumie był to jeden z najlepszych  koncertów, na których gościłem, i opuszczając Łódź miałem mieszane odczucia: z jednej strony byłem szczęśliwy, że to doświadczenie mnie nie ominęło, z drugiej z jeszcze większym bólem zdałem sobie sprawę z tego, jak wielką pustkę pozostawią po sobie Purple, kiedy zakończą karierę.

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia kwietnia

Christopher Priest, Odwrócony świat – Do tej pory książki wydawane przez Maga w seriach Uczta Wyobraźni i Artefakty darzyłem olbrzymią estymą i żyłem w przekonaniu, że czegokolwiek nie chwycę, trafię na rzecz cenną. Nie zawsze łatwą w odbiorze – przykładowo Welin Duncana męczyłem i męczyłem, ale było to męczenie bardzo satysfakcjonujące – ale obiektywnie wartościową. A tu niestety spotkało mnie rozczarowanie. Zaczyna się, przyznaję, bardzo obiecująco: oto dostajemy miasto poruszające się po nieustannie przestawianych torach i uciekające przed nieokreśloną zagładą, do tego zmagające się z licznymi problemami. Rewelacyjny koncept, a kolejne informacje uzyskujemy powoli, w miarę jak zdobywa je przechodzący szkolenie główny bohater. A potem… potem zaczyna się – moim skromnym zdaniem – wielkie nic. Autor, nie chcąc przedwcześnie zdradzić finałowego twistu, skąpi informacji o świecie, przez co ten wydaje się nieprzemyślany, pozbawiony głębi i charakteru. Sam finał natomiast… cóż, nie posiadam wiedzy naukowej, żeby móc dyskutować z konceptem Priesta, ale dla mnie jest ten finisz ociupinę nazbyt naciągany, zanadto kojarzy się z nachalnym deus ex machina… choć to może tylko mój problem. W każdym razie jestem zdania, że Odwrócony świat to materiał na długie opowiadanie, niepotrzebnie rozdmuchany do rozmiarów powieści, tym bardziej że Priest pisze sucho i prosto, na żadnym etapie nie zachwyca stylem. W efekcie pomysł, który mógłby dać owoce w postaci, powiedzmy, znakomitej noweli, przyjmuje formę przyzwoitej, ale nie rewelacyjnej powieści. Przeczytać można, ale musu nie ma.

Roger Zelazny, Dziewięciu Książąt Amberu – Przyznaję się na wstępie: to moje pierwsze starcie z Amberem. Czytałem wcześniej inne rzeczy Zelaznego, ale Kroniki Amberu jakoś mnie omijały. I może winny jest właśnie fakt, że nie załapałem się na tę książkę w wieku lat dwunastu czy trzynastu, ale teraz daleko mi do zachwytów. Podobnie jak w przypadku wspomnianego wyżej Odwróconego świata, początek jest obiecujący. Jest główny bohater z amnezją, jest szereg tajemnic czekających na rozwikłanie. Jest minimalistyczna, ale klimatyczna narracja, a także sprytnie poprowadzone dialogi, w których protagonista stara się nie zdradzić przed otaczającymi go postaciami ze swoją daleko idącą ignorancją. W pewnym momencie jednak akcja przyspiesza na łeb na szyję. Postacie przeskakują z lokacji w lokację, a opisy tychże są tak szczątkowe, jakby autorowi brakło wyobraźni albo zwyczajnie nie starczyło chęci do klepania w przyciski maszyny do pisania. Jednak największym problemem pierwszego tomu Amberu nie jest ani ta skrajna lakoniczność, ani pędząca na złamanie karku fabuła – jest nim fakt, że główny bohater nie wzbudza żadnych uczuć. Nie jest ani uroczym łotrem, ani szlachetnym naiwniakiem, ani nawet do cna zepsutym sukinsynem – jest pozbawioną charakteru wydmuszką, podobnie zresztą jak jego liczni bracia i szereg innych postaci. A fabularny motor – walka o tron – kompletnie do mnie nie trafia, gdy jest tylko tym i niczym więcej, bez żadnego drugiego dna, bez głębszych motywacji, pragnień, strachów i marzeń. Mogłaby równie dobrze być walką o diamentową marchewkę albo złote kalesony i wzbudzałaby we mnie równie wiele emocji. Podsumowując – jestem tym pierwszym amberowym tomikiem dalece rozczarowany i chyba po ciąg dalszy nie sięgnę. I niby rozumiem, że to staroć, że rok 1970, że wtedy jeszcze w zasadzie mało kto wiedział, jak pisać fantasy… ale jednak w porównaniu z takim Czarnoksiężnikiem z Archipelagu Le Guin (1968) książeczka Zelaznego odpada w przedbiegach.

Rainbow Rowell, Eleanor & Park – To teraz dla odmiany coś, co okazało się pozytywnym zaskoczeniem. Eleanor & Park to młodzieżówka autorstwa Rainbow Rowell. Wydana została w roku 2013, ale jej akcja toczy się w roku 1986 – w czasach, kiedy komiksy odżywały jako medium za sprawą Franka Millera i Alana Moore’a, a na scenie muzycznej tryumfy święcili The Smiths i U2 (choć to drugie akurat jakoś w niewielkim stopniu uległo zmianie na przestrzeni tych 30 lat z okładem). Wspominam o tym nieprzypadkowo, ponieważ właśnie komiksy i muzyka stanowią ważną część tej książki oraz płaszczyznę porozumienia między parą tytułowych bohaterów, na pierwszy rzut oka zupełnie od siebie odmiennych. Ona to duża dziewczyna z zauważalną nadwagą, zamiłowaniem do niespasowanych, dziwacznych kombinacji ubrań oraz fatalną sytuacją rodzinną. On to drobnej budowy syn Amerykanina i Koreanki, który ma ładny dom, dobrze sytuowanych rodziców, a po lekcjach ćwiczy taekwondo. Dzieli ich praktycznie wszystko, a połączy… no dobra, wiadomo że to jest młodzieżówka, wiadomo więc, w jakim kierunku to zmierza. Ale – w przypadku tej książki sęk tkwi nie w tym „co”, ale „jak”. Ta konkretna historia miłosna pary nastolatków ma szereg zalet. Po pierwsze pokazuje relację zmieniającą się powoli, kroczek po kroczku, bardzo wiarygodnie i naturalnie – nie mamy tutaj bajkowej miłości od pierwszego wejrzenia i podobnych bzdurek. Po drugie nie mamy tu tak typowych dla prozy młodzieżowej uproszczeń. Problemy, z którymi stykają się bohaterowie, są boleśnie realne i nie da się dla nich znaleźć prostych, natychmiastowych rozwiązań. Jeśli dodać do tego szczyptę humoru, nawiązania do komiksów i muzyki oraz stosowane przez autorkę narracyjne tricki, proste ale całkiem efektowne, otrzymujemy w rezultacie kawałek bardzo przyjemnej i satysfakcjonującej prozy.

PS. Książka ta została przetłumaczona na polski, ale nie mam pojęcia, na ile został w niej zachowany prosty, ale w swojej prostocie urokliwy styl Rowell. Ja miałem do czynienia z wersją angielską.

PS II. Jeśli przyjdzie Wam do głowy – tak jak niżej podpisanemu – sięgnąć po anglojęzycznego audiobooka tej książki, nastawcie się na dużo szeptania. Czyli albo nie słuchajcie jej w rozklekotanych autobusach, albo zaopatrzcie się w naprawdę dobre słuchawki 🙂

Sherlock, sezon 4 – Kiedy przed kilku laty obejrzałem pierwszy odcinek Sherlocka z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem, byłem zachwycony. Podobały mi się postaci, uwspółcześnione i atrakcyjnie przetworzone motywy z książek Doyle’a, fenomenalna atmosfera i błyskotliwe dialogi. No a gdy jeszcze doszedł absolutnie genialny Andrew Scott w roli Moriartego, niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Pierwsze trzy sezony serialu wciągnąłem bez zastrzeżeń i śladu wahania – nawet gdy część moich znajomych narzekała na trzecią serię, ja akceptowałem każde zagranie twórców (poza samym finałem, który można było rozegrać inaczej – w sposób bardziej przebiegły i godny intelektów Sherlocka oraz Mycrofta). Zgrzyty pojawiły się przy odcinku specjalnym „Upiorna Panna Młoda” – niby postaci wciąż dawały radę, dialogi bawiły, akcja wciągała, a realizacja stała na najwyższym poziomie, ale coś już się nie kleiło tak jak wcześniej. A potem przyszedł wytęskniony sezon 4… który okazał się, moim zdaniem, w dużej mierze niewypałem. Niby znakomita większość elementów prezentuje się tak jak dawniej, ale nie do końca. Znana z wcześniejszych serii konwencja „z przymrużeniem oka” poszła już w zupełnie komiksowe przerysowanie. Intelektualne zagadki zeszły na plan drugi (albo nawet i trzeci), ustępując miejsca niepotrzebnie pędzącej akcji i mnożeniu wątków. Elegancka, przemyślana konstrukcja zniknęła na rzecz sportu pod tytułem „upchnijmy tu jak najwięcej zwrotów akcji”, a w dziurach logicznych można by z powodzeniem zgubić but. Koniec końców z Sherlocka robi się po prostu jeszcze jeden thriller napędzany tanimi emocjami, naciąganymi fabularnymi twistami i patentami ogranymi nie raz i nie dwa w poprzednich sezonach. Mnie osobiście diablenie szkoda zmarnowanego potencjału i mam nadzieję, że twórcy na tym poprzestaną i nie będą dalej rozmieniać na drobne serialu, który swego czasu zmiótł mnie z nóg.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia marca

Philip Pullman, Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus – Trzeba być pisarzem wielkim, pomysłowym i niesłychanie uzdolnionym, żeby wziąć na warsztat najważniejszą (a przynajmniej najbardziej znaną) opowieść zachodniego świata i wyjść z tego starcia z tarczą. Pullman, który zachwycił mnie swoimi Mrocznymi Materiami, wydawał się człowiekiem, który przy odrobinie szczęścia może podobnie ambitnemu zadaniu podołać – warsztatu nie sposób mu przecież odmówić, podobnie jak znakomitego teologicznego zaplecza i zrozumienia ludzkiej natury. Czy podołał? I tak, i nie. Zacznijmy jednak od początku: opowieść Pullmana zasadza się na pomyśle, że Maryja rodzi nie jednego syna, ale bliźniaków: silnego, aroganckiego Jezusa oraz słabszego, dobrotliwego, skłonnego do kompromisów Chrystusa. Autor prowadzi nas po kolei przez różne wydarzenia i epizody znane z ewangelii, ale zmienia je i opowiada na swój sposób, dostosowując do swojej wizji: ukazuje Jezusa jako surowego, trudnego do zrozumienia, ale w pełni oddanego Bogu proroka, Chrystusa zaś jako jego kronikarza, człowieka racjonalnego, naiwnego, podatnego na cudze wpływy. Historia tych dwóch braci, których w pewien sposób łączy miłość do Boga, ale dzieli niemalże wszystko inne, to znakomity punkt wyjścia do rozmaitych rozważań – nad religijnością i pobożnością, nad sensem istnienia Kościoła jako instytucji, nad istotą prawdy. Książka Pullmana ma wiele zalet: ciekawie przeobrażone fragmenty ewangelii; język nad podziw wdzięcznie mieszający biblijną stylizację i wtręty właściwie współczesne; oszczędną, ale mimo wszystko ładną narrację. Pokazuje też bardzo udatnie, jak łatwo można naginać prawdę, by realizować własne cele. A jednak po przeczytaniu całości pozostaje jakiś niedosyt… Może wynika on z tego, że Pullman nie jest w stu procentach konsekwentny – oferuje racjonalne tłumaczenie dla części opisywanych cudów, ale nie dla wszystkich. Może winna jest w pewnym momencie nazbyt natarczywa, nachalna, oczywista ideologia, którą autor próbuje w tej książce forsować. A może po prostu oryginalna historia Jezusa jest opowieścią tak ważną i wyrazistą, że nawet najlepsza wariacja na jej temat musi pozostać zaledwie jej ułomnym, niedoskonałym cieniem? Tak naprawdę nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że moim zdaniem po powieść Pullmana sięgnąć warto, bo to utwór mądry i ładnie napisany.

John Green, Szukając Alaski – Przed kilku laty sięgnąłem po bestseller Johna Greena Gwiazd naszych wina – jako nauczyciel w gimnazjum chciałem się przekonać, o co tyle szumu. Zacząłem czytać, nastawiając się na ckliwą opowiastkę dla tępych nastolatków… i potem musiałem zbierać szczękę z podłogi. Green zaskoczył mnie nie tylko bardzo zgrabną narracją, precyzyjnym językiem i elegancką strukturą swojej powieści, ale przede wszystkim jej głęboką treścią i niezwykłą umiejętnością łączenia równie przykrej tematyki z rozbrajającym humorem. Jego debiut, Szukając Alaski, prezentuje się niewiele gorzej. Fakt, niektóre żarty wydają się mniej subtelne, bardziej rubaszne, niektóre rozwiązania fabularne nieco bardziej toporne… ale kompletnie nie zmienia to faktu, że Szukając Alaski to książka bardzo dobra. Świetnie poskładana (tutaj naprawdę chyba każda scena ma jakieś znaczenie, stanowi kolejny klocuszek w układance), pełna humoru, a przy tym podejmująca bardzo poważne tematy w sposób inteligentny, przemyślany, niebanalny. Mamy w niej barwne postaci, które można z miejsca pokochać (albo znienawidzić – podejrzewam, że niektórzy mogą tak na nie reagować), mamy też kilka absolutnie rewelacyjnych scen (jak chociażby intymne chwile Milesa i Lary), mamy szereg zaskakująco głębokich obserwacji i przemyśleń. A Green robi z nami, czytelnikami, dokładnie to samo, co w Gwiazdach… – gra na naszych emocjach z lekkością i zmysłem wirtuoza, prowadząc nas za rękę od śmiechu do łez i z powrotem. Przy okazji, zwracam się do wszystkich osób, które na przestrzeni ostatniego tygodnia widziały mnie na ulicach Wrocławia albo w tramwajach i autobusach, szczerzącego zęby jak głupi do sera, chichoczącego pod nosem albo z trudem powstrzymującego wzruszenie – spokojnie, jeszcze nie zbzikowałem do reszty, po prostu słuchałem audiobookowej wersji Szukając Alaski. Tyle. Aha, jeśli macie taką możliwość i znajomość angielskiego Wam na to pozwala, zachęcam do wysłuchania tej książki po angielsku właśnie, czytanej przez samego autora. Green odwala tak znakomitą robotę imitując głosy kolejnych postaci i różne akcenty, że aż trudno uwierzyć, że nie jest zawodowym aktorem.

G.R.R. Martin, Taniec ze smokami – Sam do końca nie wiem, co napisać na temat tej książki. Jest dobra. Martin ma tak opanowany warsztat i takie wyczucie opowieści, że nawet ciągnące się w nieskończoność i prowadzące donikąd fragmenty czyta się względnie bezboleśnie… tyle że cała ta książka wydaje się takim fragmentem. Przeczytałem 1100 stron i mam wrażenie, że wszystko, co tam się wydarzyło można by z powodzeniem streścić na stronie albo dwóch. Akcja sunie do przodu leniwie i bez pośpiechu, bohaterowie dużo gadają i dużo myślą, ale mało działają. Do tego te momenty, które mogłyby wzbudzać szybsze bicie serca zostały potraktowane po macoszemu, zepchnięte na plan dalszy albo w ogóle sprowadzone do roli wzmianki w czyjejś tam relacji, liście czy czym jeszcze innym. Nie podobała mi się też struktura tej książki: przez znakomitą jej część mamy do czynienia ze zdarzeniami rozgrywającymi się równolegle do tych z poprzedniego tomu, ale w pewnym ulotnym momencie autor dociera w chronologii do takiego momentu, że zaczyna z większą dowolnością przeskakiwać między postaciami i lokacjami. Efekt jest dość dziwny – pozostaje wrażenie, że Martinowi z wątków równoległych względem Uczty dla wron wyszła za krótka książka i że musiał coś dołożyć… i potem nie bardzo wiedział, kiedy skończyć. Brakuje jakiegoś wieńczącego ten tom tąpnięcia – czegoś, co zostawiłoby czytelników naprawdę wstrząśniętymi i spragnionymi sięgnięcia po następny tom. Chociaż może, biorąc pod uwagę tempo pisania Martina, to jednak przemyślana decyzja :). Podsumowując, Taniec ze smokami to, jak podejrzewam, takie troszkę zło konieczne, chwila wyciszenia i uspokojenia przed jazdą po bandzie w dwóch ostatnich tomach. I to pierwszy tom w sadze Pieśni Lodu i Ognia, który w moim odczuciu wypada słabiej niż jego serialowa adaptacja.

Jonah Hex – Widząc na IMDB ocenę poniżej pięciu punktów na dziesięć możliwych, trochę spodziewałem się otrzymać westernowego Ghost Ridera albo podobny koszmarek, który wyłączę po dziesięciu minutach. Na szczęście tak się nie stało. Oparta na komiksach historia obdarzonego niezwykłymi mocami łowcy nagród nie trafi może do kanonu kinematografii, ale moim zdaniem to kawałek bardzo przyzwoitego, stricte rozrywkowego kina. Jest całkiem znośna fabuła, są fajne kreacje aktorskie (z zasady nie przepadam za Malkovichem, ale Brolin i Fassbender spisują się zacnie), jest widowiskowo, jest zjawiskowo ładna Megan Fox, są nienajgorsze efekty specjalne. Scenografia pozwala wczuć się w klimat Stanów z okresu Wojny Secesyjnej, a ujęcia, montaż i pewna ekstrawagancja w kwestii rekwizytów i charakteryzacji podkreślają komiksowość materiału wyjściowego. Może po prostu mam filmowy gust godny jętki albo delfina z porażeniem mózgowym, ale muszę przyznać, że podczas oglądania tego filmu bawiłem się dobrze i w żadnym razie nie uznałbym tego czasu za stracony.

PS. W omówieniu powyższych książek podawałem ich polskie tytuły, by ewentualnie ułatwić czytelnikowi dotarcie do nich. Sam jednak czytałem je (albo ich słuchałem) po angielsku, więc warto wziąć pod uwagę, że wszystkie moje komentarze dotyczące stylu i języka odnoszą się wyłącznie do wersji oryginalnej.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lutego

Wiem, wiem, luty już dawno za nami, a ja mam poślizg. Jak zwykle. Wiem. Wszystko przez wyjazd do Anglii oraz premierę Ostatniego dnia pary 2 (o tym drugim więcej było w poprzednim poście). Ale już jestem i już piszę, czym to się zachwycałem (albo i nie) w lutym.

Jeff VanderMeer, Shriek: Posłowie – Z utworami VanderMeera spotkałem się po raz pierwszy w którejś antologii z serii Kroki w Nieznane. Potem chwyciłem za jego zbiór Miasto Szaleńców i Świętych, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie formą, ale też trochę zmęczył, jeśli idzie o treść. Shriek: Posłowie również rozgrywa się w fikcyjnym mieść Ambergris, pojawiają się tu niektóre postaci z Miasta…, kontynuowane i rozwijane są wątki wspomniane w tamtym zbiorze. A jednak Shriek: Posłowie można spokojnie czytać bez znajomość tamtych historii, powieść nic na tym nie straci, a kto wie – może nawet odrobinę zyska, bo pierwiastek niezwykłości i wszechobecnej osobliwości będzie jeszcze większy. Ale czy warto? Warto! Powieść VanderMeera nie należy do lekkich i łatwych czytadeł, ale setnie odpłaca czytelnikowi za poświęcony jej czas. To rasowy twór w konwencji new weird – jest dziwacznie, niekiedy surrealistycznie czy onirycznie, bywa też, że ocierająca się o steampunk przygoda miesza się z lovecraftowskim koszmarem. Olśniewa forma utworu – pretekstem do odpowiedzenia zajmującej historii jest tu pisanie tytułowego posłowia do książki, które prędko zamienia się w rodzaj biografii czy pamiętnika. To fascynujący kolaż, bowiem narracja prowadzona przez jednego z bohaterów przeplata się z fragmentami książek, artykułów, listów i cudzych pamiętników, a nade wszystko raz po raz przełamywana jest osobistymi wtrętami samozwańczego redaktora. Natomiast pod względem treści Shriek: Posłowie to perła, która – odarta z fantastyczności – nadawałaby się na hollywoodzki wysokobudżetowy melodramat: są tu wzloty i upadki rodzeństwa, które łączy skomplikowana mieszanka miłości i niechęci, są tajemnice czekające na rozwiązanie, są namiętności i skandale, a to wszystko na tle długotrwałej wojny pokazanej ze wszystkimi jej okropieństwami i absurdami. Jak dla mnie rewelacja, którą polecam bez wahania wszystkim miłośnikom ciut ambitniejszej fantastyki.

Jack McDevitt, Droga do wieczności – Statystycznemu czytelnikowi postapokalipsa kojarzy się obecnie głównie z zombie, klimatami rodem ze Stalkera i Metra 2033, ewentualnie z serią Mad Max czy wyraźnie nią inspirowanymi Falloutami. Jednak teksty w tej konwencji powstają na całym świecie – ze szczególnie silnym naciskiem na autorów ze Stanów Zjednoczonych – od ponad pięćdziesięciu lat i prezentowały najróżniejsze wizje, często bardzo od siebie odmienne. Jednym z takich klasycznych już utworów jest Droga do wieczności Jacka McDevitta z 1998 roku. Jej akcja rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych w dwieście albo trzysta lat po upadku cywilizacji enigmatycznych Drogowców, gdy niedobitki ludzkości wiodą niełatwe życie w otoczeniu ruin pełnych niebezpieczeństw i tajemnic wymykających się pojmowaniu. Treść, choć czerpie garściami z oklepanych schematów, wciąga od pierwszych stron prologu: oto z niedużej społeczności wyrusza na poszukiwanie mitycznej Przystani grupa śmiałków. Po kilku miesiącach wraca tylko jeden z nich, a na domiar złego nie chce opowiadać o zakończonej klęską ekspedycji. Dopiero po latach, gdy ów ocalały umiera, wśród jego rzeczy znalezione zostają przedmioty, który podają w wątpliwość jego okrojoną wersję wydarzeń i sugerują, że może wyprawa jednak osiągnęła zamierzony cel. Chaka Milana, której brat zginął podczas pierwszej ekspedycji, decyduje się zorganizować kolejną, aby poznać prawdę. Droga do wieczności to pod względem konstrukcji klasyczna powieść przygodowa: mamy grupę indywidualności wyruszających w niebezpieczną podróż, a kolejne odwiedzane lokacje nie tylko pozwalają nam powoli poznać losy ich poprzedników, ale też dowiedzieć się więcej o opisywanym przez McDevitta świecie. Jest to książka dobra, którą czyta się z przyjemnością, choć zdarzają się i nieco nudniejsze momenty. Podobać się może bardzo prosty, wręcz surowy, ale często niesłychanie trafny język wykorzystywany przez autora. Dobre wrażenie robią też postaci, wyraziście nakreślone mimo ograniczonej przestrzeni utworu. Ciekawie prezentuje się wizja świata, nie zawodzi też – czego bardzo się obawiałem – finał powieści. Wisienką na torcie jest natomiast ostatnie zdanie Drogi do wieczności, które w moim prywatnym zestawieniu ostatnich zdań powieści znajduje się bardzo, bardzo wysoko. Jak ono brzmi – tego już dowiecie się tylko i wyłącznie czytając książkę. Warto, mimo fatalnej nawiasem mówiąc korekty – w wydaniu Prószyńskiego i S-ki z 2003 roku zdarzają się bowiem nawet i po dwie, trzy literówki na stronę.

The Expanse – serialowa adaptacja powieści sygnowanych nazwiskiem James S. A. Corey. Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość rozpanoszyła się po sporej części układu słonecznego. Szybko eskalujące przepychanki między Ziemią a Marsem dotyczą przede wszystkim pasa asteroidów, gdzie mieszczą się najważniejsze placówki wydobywcze i zakłady przemysłowe układu, a ludzie żyją w slumsach, traktowani podle i regularnie wyzyskiwani, gotowi lada moment odpowiedzieć krwawym buntem. Na takim tle rozgrywają się z pozoru nie powiązane ze sobą losy kilkorga bohaterów: wypalonego detektywa Millera (znakomity Thomas Jane), cwanej pani podsekretarz organizacji Narodów Zjednoczonych (również bardzo dobra Shohreh Aghdashloo) oraz załogi małego promu cudem ocalałego z tajemniczego ataku na bogu ducha winny transportowiec. Fabularnie jest w porządku, choć mnie opowiadana historia nie do końca porwała – nie ona jest jednak moim zdaniem siłą napędową tego serialu. The Exapanse to przede wszystkim niesamowity klimat – ciężki, mroczny, duszny – ale też fascynujący świat, genialna scenografia, doskonała realizacja; słowem cała otoczka robi niesamowite wrażenie i sprawia, że każdy fan science fiction po to dziełko sięgnąć po prostu powinien.

Kings of Leon, WALLS – Kings of Leon to kapela nierówna. Spodobali mi się bardzo, gdy wyszła ich debiutancka płyta Youth and Young Manhood, garażowo surowa, energetyczna, a przy tym pełna świetnych melodii. Drugi krążek okazał się niewypałem, próbującym na siłę kopiować sprawdzone wzorce poprzednika, więc po trzecią nie bardzo chciało mi się sięgać. A potem znienacka Kingsi wydali wypakowaną przebojami Only By The Night i rzucili mnie na kolana. Z niecierpliwością czekałem na ich kolejne dokonania i… znowu się zawiodłem. Come Around Sundown była boleśnie nijaką próbą powtórzenia sukcesu poprzedniczki, a szósty album, Mechanical Bull, choć równiejszy i ciekawszy, to ciągle nie była ta sama kapela, która powalała takimi numerami jak „Closer” czy „Crawl”. Dlatego po WALLS, najnowsze dzieło chłopaków z Kings of Leon sięgałem bez wielkich oczekiwań, spodziewając się, że przesłucham ją dwa razy i zapomnę. A tu niespodzianka – Amerykanie zaserwowali fanom kolejny fajny, wpadający w ucho album! Stylistycznie to dalej ta sama kapela, trzymają się tych samych rozwiązań co na Only By The Night. Są tutaj refreny proszące się o chóralny śpiew na stadionie, są przestrzenne gitary, znajomy chrapliwy wokal, do bólu prosty, pulsujący bas. Ale słucha się tego bardzo przyjemnie, głównie dlatego, że umiejętnościom i produkcji dorównują pomysły, a piosenki są dość zróżnicowane pod względem tempa i charakteru. Jest chwytliwy „Waste a Moment”, jest niespieszny „Reverend”, jest przyjemnie bujający „Around the World”, jest opatrzony znakomitym riffem „Find Me”… a to tylko początek, potem wcale nie jest gorzej. Podsumowując – Kings of Leon na WALLS to już dojrzały zespół, który doskonale wie, co robi, może też z racji wielkich komercyjnych sukcesów odniesionych w przeszłości pozwolić sobie na świetną produkcję. W takiej sytuacji potrzeba tylko garści dobrych pomysłów, żeby dać fanom płytę, do której ci będą z przyjemnością raz za razem wracać – i tak na szczęście jest w przypadku WALLS. Sobie i innym miłośnikom rodziny Followillów życzę, żeby kolejne płyty Kingsów okazały się przynajmniej równie dobre. Aha, byłbym zapomniał – „Find Me”, oprócz tego, że jest moim zdaniem najlepszym numerem na albumie, ma też bardzo fajny teledysk wyraźnie inspirowany Stranger Things. Polecam!

To na tyle. Do rychłego przeczytania, trzymajcie się!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz