Piękno destrukcji

Odkąd pamiętam fascynowały mnie opowieści rozgrywające się w uniwersach dotkniętych apokalipsą, zagładą na skalę globalną. Nie mam tu na myśli wizji końca świata, w które obfituje literatura fantastyczna – te, choć zdarzają się wśród nich obrazy naprawdę ciekawe, przeważnie budzą dość nijakie odczucia. Co innego realia post-apokaliptyczne, ukazujące świat w ruinach, ludzkość rzuconą na kolana, brudną i zaszczutą.

Jedną z moich ukochanych serii gier komputerowych wciąż pozostaje Fallout. Mroczna Wieża Kinga, która w dużej mierze rozgrywa się w takim właśnie świecie, przypadła mi do gustu do tego stopnia, że pisałem o niej magisterkę. Z zachwytem czytałem Piknik na skraju drogi Strugackich, zauroczyły mnie filmy pokroju Krwi bohaterów z Rutgerem Hauerem czy drugiej części Mad Maxa. Z nowszych propozycji autentycznie podobała mi się Księga ocalenia, a Droga oparta na powieści McCarthy’ego po prostu wgniotła mnie w fotel. Myślę, że żadnego innego wiersza nie przeczytałem tyle razy, co Ziemi Jałowej T.S. Eliota. Po prostu uwielbiam te klimaty.

Sądząc po tym, jak wielką popularnością cieszą się wymienione powyżej tytuły, mogę zaryzykować stwierdzenie, że nie tylko mi taka stylistyka wyjątkowo pasuje. Jest coś w tych mrocznych, nierzadko brutalnych wizjach, co ludzi pociąga, intryguje i mami. Co takiego? Czemu tak chętnie uciekamy w tak, było nie było, potworne realia?

Pierwszym powodem wydaje się to, że mamy dość świata, który nas otacza. To oczywiście żadna rewelacja i stwierdzając coś podobnego trudno mówić, że odkryło się Amerykę. O eskapistycznej funkcji literatury (nie tylko popularnej) napisano już wiele i nie zamierzam tu powtarzać cudzych wniosków i poglądów. Wygląda jednak na to, że do pewnego stopnia przejadły się nam już wizje klasycznego fantasy, dość mamy bohaterów walczących z mniej lub bardziej demonicznym i bezosobowym złem. Znudziło się też science fiction, szczególnie gdy okazało się, że w „realu” technika często idzie w zupełnie inną stronę niż w przewidywaniach rozmaitych futurystów i wizjonerów, a przemiany społeczne i ekonomiczne wcale nie niosą ze sobą przemian w sposobie myślenia. Sądzę, że wielu z nas, rozglądając się wkoło jest zwyczajnie zdegustowanych tym, w jakim kierunku zmierzają nasze demokratyczne społeczeństwa i do czego prowadzi postęp. Dorastamy, poszerzają się nasze horyzonty i zaczynamy rozumieć, że nie wystarczy dzielny Frodo czy gotowy poświęcić własne życie nastoletni czarodziej; nie rozwiąże niczego ani grupa walecznych kosmicznych marines, ani superbohater zdolny wyginać łyżki siłą woli. Tacy herosi nadają się do przywrócenia ładu, utrzymania status quo. Nie odmienią świata.

Opowieści rozgrywające się w realiach post-apokaliptycznych są inne. Trafiamy dzięki nim do krainy zburzonych domów, radioaktywnych kraterów i nieba szarego niczym oko zasnute bielmem. Spotykamy ludzi, którzy nie mają nic, a pragnienie przetrwania nie raz czyni z nich zwierzęta. W takim uniwersum nie potrzebujemy duchów, zombie czy smoków, bowiem wrogiem staje się cały świat: skrzywdzić mogą nas chcieć inni ludzie, zabić może pogoda, zdradzić zaś – ta sama ziemia, która powinna nas karmić i się o nas troszczyć. Post-apokalipsa to rzecz wyjątkowa, bo czyni z człowieka outsidera, wyalienowaną istotę, która na nikogo nie może liczyć i nikomu nie może zaufać. Stawia nas w drastycznej opozycji do otaczającej nas, bezpiecznej i uporządkowanej rzeczywistości. To czysta groza.

Z drugiej strony, historie rozgrywające się w świecie, który dotknęła zagłada, mają w sobie coś wyzwalającego. W jakiś sposób cofają nas w realia pierwotne i barbarzyńskie, gdzie wszystko jest proste i jasne. Zamiast świata, który dobrze znamy – świata czterdziestogodzinnego tygodnia pracy, podatków, przepisów, społecznych i ekonomicznych norm – oferuje przestrzeń intuicyjną i dziwnie atrakcyjną, bowiem skoncentrowaną na zaspakajaniu podstawowych potrzeb. Nagle okazuje się, że fascynujące może być coś w dzisiejszym świecie równie banalnego jak znalezienie schronienia, pożywienia, nieskażonej i zdatnej do picia wody; że najwyższe dobro i szczęście może przyjąć postać pełnego brzucha i ciepłego, suchego kąta. W takim uniwersum nie musimy przejmować się kredytem hipotecznym, świadczeniami emerytalnymi czy miejscem dla dziecka w przedszkolu. Serce nam nie krwawi na widok kłamców i obiboków zwących się politykami, a żyjących w zbytku i luksusie. Idiotyczne prawa nie spędzają nam snu z powiek, a świat – choć potwornie niebezpieczny – wydaje się pełen możliwości, nowy, niezbadany, egzotyczny i w efekcie ekscytujący. Po prostu tęsknimy czasami do życia prostszego, gdzie byt (bo o dobrobycie w takim kontekście mówić się w gruncie rzeczy nie da) jest kwestią nie znajomości, papierków i gładkich słów, ale tego, co potrafimy i do czego jesteśmy zdolni.

A może jest i inne dno: może jak w przypadku horrorów, mają te opowieści wartość do pewnego stopnia terapeutyczną. Może ten i ów, zobaczywszy taki post-apokaliptyczny świat – świat, gdzie przykładowo kanibalizm jest na porządku dziennym, a promieniowanie zamienia młodych mężczyzn w niedołężnych starców czy nieludzkie mutanty – spojrzy przychylniej na tę do bólu poukładaną, usystematyzowaną i monotonną rzeczywistość, która czeka za naszymi oknami? Może, widząc uparcie brnących do celu bohaterów McCarthy’ego i ich niezłomną wiarę w sens swoich działań, taki ktoś uwierzy, że dla człowieka silnego i zdeterminowanego nie ma rzeczy niemożliwych? Może dzięki takim opowieściom do paru osób dotrze mądrość Hemingwaya, który twierdził, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Piękno destrukcji

  1. Wojtek Rapier pisze:

    Podzielam Twoje gusta 😉 Fallouta (pierwsze dwie części) przechodziłem dziesiątki razy. Znam na pamięć większość zagadek, „znajdziek”, dialogów… a mimo to zawsze znajduję coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Fallout 3 mnie załamał, przeszedłem go (z niesmakiem) tylko raz, New Vegas za to znów powróciło w jakimś stopniu do starych, dobrych klimatów. Jeśli chodzi o MW Kinga – mnie ściśle kojarzyło się z Falloutem; choćby przez te nawiązania Kinga do kultury pop, przemycenia i tak dalej. Sama zaś postapokaliptyka to bardzo ciekawy gatunek, niezwykła przestrzeń dla historii. Mam ochotę stwierdzić, że świat post-apo to „realne fantasy” – pozostaje wrażenie „nie, to nie możliwe”, wszystkie te mutanty można potraktować z przymrużeniem oka, ale jest on jak najbardziej prawdopodobny z punktu widzenia współczesnej polityki i technologii. A czemu fantasy? Bo bohaterowie wtłoczeni do podobnych realiów to nagle wyalienowani koczownicy, których w fantasy również nie brakuje, a magia, dziwy i straszydła są obecne wokół nich, bo nagle zagrożeniem lub bóstwem może być wiatr lub burza. Jest to świetnie widoczne nie tylko w „Drodze” McCarthy’ego, ale i „Krwawym południku”. A ekranizacja „Drogi” faktycznie wgniata w fotel… Po tym filmie cola pita z puszki smakuje zupełnie inaczej! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s