Stare i nowe…

Raz na jakiś czas – przeważnie przy okazji wizyty w dużej księgarni – ogarnia mnie swoiste zniechęcenie. Stoi człowiek pośród mrowia tytułów, kolorowych okładek, przegląda książkę za książką i kolejne odkłada na półkę. Na pozór wszystko fajnie, niby skonstruowane tak żeby przykuć do krzesła sprawniej niż dotkliwe kalectwo. A jednak… jednak czegoś brakuje. Bo coraz częściej zdarza się, że nowym książkom brakuje charakteru. Bohaterowie są albo dziwnie nijacy albo zbudowani na ogranych do granic możliwości archetypach. Przygody mało nowatorskie, problemy często banalne, a rozwiązania naciągane. Narracja skonsturowana, owszem, pierwszorzędnie, bo wszystkie te tytuły połyka się szybko i w gruncie rzeczy bezstresowo, ale… no właśnie ale. Po przeczytaniu nie zostaje w człowieku prawie nic. Spotka się przy piwie z kumplem i cała gadka na temat takiej czy takiej pozycji sprowadzi się do dialogu na poziomie:

– A wiesz, czytałem to i tamto.
– Tak? I co? Znośne?
– Nie no, fajne. Wciąga. Jest parę fajnych patentów… No, dupy nie urywa, ale daje radę. 
– No to super.

I tyle. Ogólniki. Ani słowa o tym, co człowieka rzuciło na kolana, bo nie rzuciło absolutnie nic. I tak ze wszystkich stron. Szlag człowieka może trafić, gdy widzi, że znakomita większość zagranicznej fantastyki to wariacja na temat nastoletnich wampirów i wilkołaków, przeważnie wariujących od nadmiaru hormonów. Na rodzimym poletku niewiele lepiej: albo naciągany humor, który przypasuje jednej osobie na dziesięć, albo powieści na wpół historyczne, których autorzy bardziej dbają o odwzorowanie realiów i przywołanie autentycznych nazwisk niż o wymyślenie opowieści, która przejedzie po czytelniku jak walec drogowy.

W takich chwilach zniechęcenia lubię sięgnąć do klasyki. Książek, które kiedyś zwojowały niemało, a których wciąż z różnych względów nie udało mi się przeczytać, jest całe mnóstwo i czasami – na szczęście – nadzieja na dobrą literaturę zwycięża nad potrzebą bycia „na bieżąco”. Efektem takiego właśnie zwycięstwa było moje niedawne spotkanie z Przenicowanym Światem Strugackich.

I jak?

Okazuje się, że powieść rewelacyjnie zniosła próbę czasu. Po czterdziestu latach od wydania wciąż zachwyca. Historia rosyjskiego eksploratora kosmosu, który awaryjnie ląduje na nieznanej planecie i trafia do podobnego ludziom społeczeństwa żyjącego pod butem totalitarnego rządu to prawdziwe mistrzostwo świata. Pod każdym względem. Stopniowa ewolucja Maksyma z rozbitka w obiekt badań laboratoryjnych, później w żołnierza i wreszcie w rewolucjonistę opisana jest błyskotliwie i w perfekcyjnie skalkulowanym tempie. W Przenicowanym Świecie nie ma ciągłego pędu i nawały zdarzeń, ale fragmenty nastawione bardziej na refleksję też trzymają w napięciu, nie trącąc równocześnie tanim sentymentalizmem. Świetny jest styl – równocześnie precyzyjny i plastyczny, nie sprowadza się tylko, jak to ma często obecnie miejsce, do dialogów, ale elastycznie dopasowuje się do każdego rodzaju narracji. Kompletnie odjechany jest sam pomysł oraz sposób wprowadzenia czytelnika w realia: stopniowe odkrywanie kart, zaskakiwanie odbiorcy na równi z głównym bohaterem. Dialogi są bardzo dobre, wiarygodne i zabawne równocześnie; pierwszorzędnie wypadają też postaci, które z każdą kolejną stroną wydają się mniej stworami z liter, a bardziej z krwi i kości. No i jeszcze zakończenie… doskonałe dopełnienie fascynującej całości.    

Czuje się, że Przenicowany Świat to książka z innej epoki. Jest napisana inaczej niż tytuły powstające obecnie. Praktycznie nie ma tu niepotrzebnych scen, bo każda niesie ze sobą konkretne informacje lub przemyślenia: o postaciach, o świecie, o ludzkiej naturze, naszym sposobie myślenia i moralności… Brakuje wypełniaczy, którymi faszerowane są obecnie powieści, zostaje sama esencja – niesamowita historia opowiedziana z niesamowitym kunsztem. Mogę iść o zakład, że gdyby Przenicowany Świat pisano obecnie (szczególnie w Polsce) to książka miałaby trzy tomy, grubo ponad tysiąc stron i znacznie mniej do przekazania.

Żeby nie było jednak tak ponuro i do bólu „malkontencko” – i dzisiaj zdarzają się teksty nietuzinkowe i z całą pewnością zasługujące na uwagę. Jednym z nich – a przy okazji bodaj najlepszą powieścią, jaką przeczytałem na przestrzeni ostatniego roku czy dwóch – jest pierwszy tom sagi Niecni Dżentelmeni Scotta Lyncha.

Kłamstwa Locke’a Lamory, bo tak się ta książka zwie, to opowieść wyjątkowa. Rozgrywa się w Camorrze – mieście przypominającym nieco Wenecję – a opowiada losy absolutnego mistrza przekrętów, oszustw i matactw, tytułowego Locke’a Lamory, i jego kompanów. Ta fantastyczna wariacja na temat Żądła i Ojca Chrzestnego to powieść z wszech miar udana. Z jednej strony oferuje czytelnikom pasjonującą, pełną zwrotów akcji i nieprzewidywalną historię, z drugiej bohaterów tak zapadających w pamięć, że u mnie stoją w jednym szeregu z Geraltem, Rincewindem czy Hanem Solo. Lynch na każdym kroku zachwyca nieprzeciętną wizją, światem bardzo przemyślanym i opisanym w detalach, zadziwia kolejnymi pomysłami. Doskonale odnajduje się we fragmentach wszelkiego sortu i z łatwością prowadzi czytelnika przez meandry opowieści – od humoru, przez słowne potyczni i bezpardonowe walki, aż po sceny grozy i nieludzkiego okrucieństwa. Autor nie oszczędza ani czytelników, ani swoich bohaterów, przez co cała opowieść nabiera przerażającej wiarygodności i jeszcze skuteczniej zachęca do pochłaniania kolejnych stron. Wiarygodność zresztą jest tu bardzo istotna, bowiem to na niej zasadza się czar wszystkich con-movies, czyli filmów o przekrętach, z których Kłamstwa Locke’a Lamory czerpią pełnymi garściami. W takiej konwencji nie można pozwolić sobie na częste w fantastyce rozwiązania pokroju Deus Ex Machina i Lynch doskonale zdaje sobie z tego sprawę. W efekcie jego opowieść jest pełna magii i niezwykłości, ale równocześnie cały czas zachowuje wszelkie zasady logiki, wciągając czytelnika w intelektualną grę typową dla kryminałów.

Książka Lyncha to rarytas. Powieść przerażająco sprawnie – toż to debiut! – napisana, genialnie skonstruowana (rozdziały opisujące losy dwudziestoparoletniego Lamory przeplatają się z historią jego dzieciństwa i szkolenia, ale, co istotne, następujące po sobie fragmenty są przeważnie ściśle powiązane), żonglująca nastrojami. To skarbnica doskonałych patentów, ujmujących postaci i tekstów, które przy większej popularności utworu, mogłyby stać się kultowe. Prawdziwy fenomen, z którym naprawdę warto się zapoznać.

Jakie wnioski? Że da się. Że można napisać tekst powalający i świeży. Można było taki utwór stworzyć dawniej, nawet w totalitarnej, komunistycznej Rosji; można i dziś. Wystarczy tylko chcieć i wytężyć wszystkie siły. Nie zgadzać się na miernotę i przeciętność. Nie chwytać się pierwszego rozwiązania. Myśleć, kombinować, kluczyć. Jak Locke Lamora i Niecni Dżentelmeni. Próbować tak długo, aż powstanie książka genialna. Bo – o czym cały czas zapominamy i dobrze jest, gdy taki Scott Lynch albo bracia Strugaccy nam przypomną – najważniejsza jest opowieść. Taka, która zapada w pamięć, wżera się w mózg i zostaje tam na zawsze.

Takich opowieści życzę Wam wszystkim i sobie samemu.

Do przeczytania!  

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s