Czas, ach ten czas…

Z czasem tak już jest, że wszyscy generalnie narzekają na jego brak. Nawet ci, którzy narzekać nie powinni. Jak na przykład nauczyciele. Weźmy sobie mój skromny przykład: pracuje człowiek te śmieszne kilkanaście godzin tygodniowo, za pieniądze wiadomo zresztą jakie. Wydawać by się mogło, że czasu mam pod dostatkiem – nic bardziej mylnego, o czym ostatni tydzień raczył mi uprzejmie przypomnieć.

Ostatni tydzień to był w ogóle czad, jazda bez trzymanki i sama przyjemność. Poniedziałek: szkoła, z krótką przerwą od rana do godziny szesnastej (bo konsultacje dla uczniów muszą być). Wtorek: niby tylko dwie lekcje, ale po południu czterogodzinna rada i kopiowanie nagrań na diagnozę z angielskiego – nawiasem mówiąc ^*&(%%$ zrobioną diagnozę. Środa – rano lekcje, popołudnie spędzone na wypełnianiu wniosku na Comeniusa (kolejne przyjazne użytkownikowi zadanie związane z funkcjonowaniem w szkole). Czwartek – lekcje i dla odmiany parę godzin kolejnej rady pedagogicznej. Acha, no i wieczór spędzony na jakże urokliwym sprawdzaniu wspomnianych już diagnoz. Wreszcie piątek – lekcja tylko jednak, fakt, ale popołudnie pod znakiem kartkówek i sprawdzianów z całego tygodnia. Acha, no i tłumaczenie wniosku na Comeniusa z angielskiego na polski, bo według zaleceń unijnych można po angielsku, ale według pań siedzących za rozmaitymi biurkami (pamiętajcie, panie siedzące za rozmaitymi biurkami mogą WSZYSTKO) można tylko i wyłącznie po polsku.

Co to ja mówiłem, że ile pracuję? Kilkanaście godzin w skali tygodnia? A ja i tak mam luz. Grupy z angielskiego mniejsze są. Wypracowania krótsze. To nie język polski i sprawdzanie trzydziestuparu dwustronicowych wypocin, gdzie błędów więcej niż niewypałów w Jugosławii.

Nie kłócę się, nie licytuję, wiem, że inni też mają przekichane. Tak już ten świat jest skonstruowany, że w dorosłym życiu nuda dręczy mało kogo. Piszę to wszystko, żeby się wytłumaczyć, że na blogu tak rzadko ostatnio pojawia się coś nowego. Cóż, tydzień niby już się skończył, ale robić wciąż jest co, dlatego mam nadzieję, że mi wybaczycie, jeśli wyłgam się paroma polecankami.

1. Silvertide – Show & Tell

Coś dla fanów absolutnie klasycznego rocka. Żadna rewolucja, same standardowe rozwiązania, ale podane w sposób, który mi osobiście chyba nigdy się nie znudzi. Gitary, bas, perkusja, wysoki wokal; cztery akordy i do przodu, hurra! Słychać w tym ślady Led Zeppelin, słychać i Aerosmith, i AC/DC. Do tego młodzieńcza energia, przyzwoite brzmienie (stare, w klimacie lat 70-tych, ale ładnie, po nowoczesnemu wyprodukowane) i szkoda tylko, że chłopaki po tej jednej płytce z 2004 roku nie wydali nic więcej i się po chamsku rozpadli. No żal normalnie. Bo muzę robili fajną, mam nadzieję, że w tym względzie się ze mną zgodzicie.

2. Pacyfik

Serial wyprodukowany przez HBO w 2010 roku, z tego co widziałem właśnie trafił do naszej telewizji publicznej. Fenomenalnie nakręcony (za produkcję odpowiedzialni są ci sami panowie, co w przypadku wychwalanej pod niebiosa Kompanii Braci), z ciekawymi bohaterami i obrazujący ten fragment zmagań II Wojny Światowej, o którym mieszkańcy Europy tak naprawdę wiedzą stosunkowo niewiele. Mnie osobiście parę patentów po prostu zwaliło z nóg, a czołówkę serialu uważam za absolutny numer jeden w swojej kategorii wagowej. Sama przyjemność z oglądania, polecam nie tylko panom :).

3. Zombieland

Ok, filmy o zombiakach to trochę ograny temat, przyznaję. Ale Zombieland to jest inna klasa. Najlepsza komedia ostatnich lat, porównywalna chyba tylko z obiema częściami Kac Vegas. Absolutny hicior z takimi mistrzami kina jak Woody Harrelson czy Bill Murray – naprawdę nie tylko dla fanów chodzących trupów. Miłością do Zombieland zaraziłem już parę osób i nie zamierzam na tym poprzestać, bo ten film naprawdę zasługuje na uwagę. Przy okazji, jeśli ktoś już go widział, sugeruję wizytę na poświęconym mu kanale Youtube – można tam znaleźć między innymi filmiki przedstawiające zasady przeżycia w Zombieland… Po prostu rewelacja.

Chwilowo to wszystko. Pozdrawiam wszystkich i do rychłego przeczytania!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s