Weekend w dwóch aktach

AKT PIERWSZY – w założeniu humorystyczny – CZYLI: DIALOG.

– Weekend – przemówiło do mnie odbicie z lustra i spojrzało wymownie na zegarek.

– Ke? – pytam, wzbijając się na wyżyny inteligencji.

– Weekend – odpowiada koleś z lustra, takim tonem, jakby mówił do człowieka opóźnionego w rozwoju o parę mileniów. – Weekend. Mityczny okres szczęśliwości i rozkwitu, błogiego lenistwa bądź niczym nie zakłóconego poszerzania horyzontów. Czas, o którym śpiewają bardowie, o którym mowa wśród świętych wersetów prastarych ksiąg i na sypiących się pod dotykiem stronach tajemnych grimuarów.

– Odbiło ci? – pytam szczerze zaniepokojony. Bądź co bądź to moje odbicie.

– To raczej tobie odbije. Zróbże sobie w końcu wolne. Jest piątek, dochodzi 19:00. Żony nie ma, chata wolna. Weź, człowieku, pokaż, że jeszcze potrafisz korzystać z życia. Rock n’ roll, te rzeczy. Kapewu?

– Znaczy że co? – dopytuję się lekko sarkastycznie. – Wino, kobiety i śpiew?

– Marcin, bądźże poważny – odpowiada odbicie w lustrze poufałym tonem. Gdyby drań mógł, poklepałby mnie po plecach, pierdoła jedna. – Z win najbardziej lubisz piwo, na palcu masz kawałek metalu, który w ramach środka antykoncepcyjnego sprawdza się lepiej niż ząbek czosnku na surowo, a śpiewać nigdy nie umiałeś i całe szczęście, bo wyrzynarka ma ładniejszy głos od ciebie.

– Czyli co – patrzę lekko zmarnowany. Nie ma to jak zostać wyśmianym przez własne odbicie w lustrze. – Klasycznie: popcorn i filmy?

– Zuch! Normalnie kocham chłopaka! – krzyczy odbicie, podnosząc do góry oba kciuki. – To jak? Co mamy na tapecie?

AKT DRUGI – w założeniu polecankowy – CZYLI: CO WCHŁONĄĆ, ŻEBY MIŁO SPĘDZIĆ WIECZÓR BĄDŹ DWA.

Jarhead – film Sama Mendesa z 2005 roku, przedstawiający historię młodego Marines’a, Tony’ego Swofforda, począwszy od szkolenia, przez udział w operacji Pustynna Burza, aż po powrót do Stanów. Jarhead to opowieść wciągająca i niebanalna, film wojenny, w którym tak naprawdę bardzo mało jest strzelania, wybuchów i umierania, dużo natomiast ludzi – ich strachów, radości, rozterek, szaleństw, sposobów na radzenie sobie ze stresem. Zrealizowany fenomenalnie, równie dobrze zagrany (w głównych rolach Jake Gyllenhaal oraz Jamie Foxx), pełen świetnych scen i wcale niegłupich tekstów. Bawi, wciąga, przeraża, skłania do myślenia. Rzecz szczególnie warta uwagi dla osób, które widziały Full Metal Jacket Kubricka – film bowiem jest bardzo podobny (chociażby pod względem struktury), a jednak zupełnie inny. Porównanie tych dwóch obrazów doskonale pasuje do słów głównego bohatera Jarhead: Every war is different, every war is the same.

Moon – debiutancki obraz Duncana Jonesa z 2009 roku. Fachowe science fiction w starym dobrym stylu, bez graficznych fajerwerków i odjechanych efektów specjalnych. Historia człowieka, który pod koniec trzyletniego kontraktu na stacji wydobywczej umieszczonej na Księżycu zaczyna świrować… Z początku wszystko wydaje się oczywiste – samotność, izolacja, monotonia… papka zamiast mózgu gotowa. Ale co jeśli świrowanie to wcale nie świrowanie? Co jeśli… Ale nie. Nie zdradzę ani słowa więcej. Oglądnijcie sami, bo naprawdę warto. Moon to subtelna mikstura dobrych pomysłów, świetnego aktorstwa w wykonaniu Sama Rockwella oraz reżyserskiej smykałki w budowaniu klimatu. Piękna rzecz, która przypomina, że konwencja science fiction wciąż żyje i ma wiele do zaoferowania.

Event Horizon (tłumaczony jako Ukryty Wymiar) – nie najświeższy już film (z 1997 roku), ale wciąż wciąga jak diabli. Zaczyna się dość klasycznie: załoga niewielkiego statku ratowniczego zostaje wysłana z tajną misją. Okazuje się, że zagubiony siedem lat wcześniej okręt Event Horizon nagle się objawił na orbicie Neptuna. Zadanie jest proste: zbadać wrak, znaleźć załogę, wrócić do domu. Z czasem okazuje się jednak, że mrożące krew w żyłach tajemnice skrywa nie tylko tytułowy Event Horizon, ale i ci, którzy wkrótce trafią na jego pokład… Ten film to wcale przyzwoity horror, z bardzo dobrymi kreacjami aktorów (przede wszystkim świetny Sam Neill, ale też całkiem niezły Laurence Fishburne) i fantastyczną scenografią. Powala przewodni pomysł, a wszystkie zagrywki obliczone na przestraszenie widza należą do klasycznego (co nie znaczy, że mało efektywnego) zestawu horrorowych tricków. Ogólnie film robi bardzo pozytywne wrażenie, szczególnie że horrorów osadzonych w realiach sf jest tyle co nic.

To tyle. Teraz nie pozostaje mi nic innego, tylko życzyć Wam miłego weekendu.

Do przeczytania!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Polecanki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Weekend w dwóch aktach

  1. Maciek pisze:

    Pominięcie Petera Saarsgarda w notce na temat Jarheada uznaję za potwarz i hultajstwo 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s