Wampiry XXI wieku, czyli jak zrobić zły film

Jestem typem człowieka retro. Wolę muzę z lat 70-tych od tej, która powstaje obecnie. Oryginalna trylogia Gwiezdnych Wojen podoba mi się bardziej nie tylko od tej nowszej, ale i od wszystkich Avatarów i  innych obrazów gnębiących widza efektami po milion dolarów sztuka. Fakt, że moim ulubionym filmem sf ostatnich lat jest Moon tylko tę tezę potwierdza – trudno sobie chyba wyobrazić film bardziej retro niż dzieło Duncana Jonesa.

Za wampirami też przepadam tymi, co to drzewiej bywały. Co prawda zdarzają się nowe, udane wariacje na temat pozytywnych krwiopijców – patrz chociażby Regis u Sapkowskiego czy Silas w Księdze Cmentarnej Gaimana – ale fakt pozostaje faktem: porządny wampir to typ Draculi Stokera czy Kurta Barlowa z Miasteczka Salem. Wampir zły do szpiku kości i przerażający, bo skrywający pod maską człowieczeństwa prawdziwą bestię.

Wiecie, oczywiście, do czego piję. Na temat Zmierzchu Stephenie Meyer powiedziano już wiele – było mnóstwo uwag bardzo ostrych i krytycznych, było też wiele superlatywów. Głosu nie będę w tym temacie zabierał, ponieważ książek nie czytałem. Przełknąłem swego czasu Intruza autorstwa Meyer i to mi wystarczyło, żeby omijać wampirzą sagę szerokim łukiem. Co innego filmy. Wszystkie wcześniejsze części obejrzałem, trochę żeby zrobić przyjemność żonie, trochę też żeby wiedzieć, o co ten cały szum. I przyznam bez bicia, że nie bawiłem się w ich trakcie źle. Najlepsza była bez wątpienia pierwsza część, bo najwięcej było w niej suspensu, zaskoczenia, klimatu i aktorzy naprawdę grali zamiast żonglować trzema wystudiowanymi minami. Niemniej jednak obejrzałem Zmierzch, Księżyc w Nowiu oraz Zaćmienie i nie uważam tego czasu za zmarnowany.

A tu nagle poszliśmy na pierwszą część Przed Świtem. I szok. Totalna masakra. Film przez znakomitą większość czasu pozbawiony napięcia, ba, nawet akcji! Nuda! Do tego kaszana z logiką, zachowaniem postaci, aktorstwo bardziej plastikowe niż zabawki dla dzieci do lat trzech i absolutny brak konsekwencji pod względem estetycznym. Pierwsza część Przed Świtem to podręcznikowy przykład tego, jak filmów nie powinno się robić. Przez połowę flaki z olejem, drętwe dialogi, postaci wampirów słodsze niż wata cukrowa, a kolejne sceny do bólu przewidywalne. Nie pomagają wilkołaki przypominające raczej pluszaki niż potwory – ktokolwiek widział kiedyś sforę dzikich psów z ich poharatanymi pyskami, ponadrywanymi uszami i pianą cieknącą między zębami, nie dostrzeże w likantropach z Przed Świtem niczego więcej niż kanapowego pieszczocha. Co jeszcze? Obrzydliwa scena – rodem z horrorów klasy C – z Edwardem podgryzającym zdychającą Bellę gdzie popadnie – zupełnie ni przypiął ni przyłatał do sielankowych obrazków i pięknych landszaftów, którymi przez pierwszą godzinę raczą nas producenci. Czyżby nie wszyscy dojrzeli do wiedzy, że mroczny, poruszający klimat można uzyskać innymi środkami niż hektolitry krwi? Na to wygląda. Do tego dochodzi jeszcze zakończenie w stylu deus ex machina i absolutnie idiotyczne wrzucenie sceny, która zapowiada wydarzenia ostatniej części i wreszcie odrobinę intryguje widza… po połowie napisów końcowych. Po prostu kinematograficzny dramat.

W pierwszej części Przed Świtem wiele rzeczy nie trzyma się kupy. Film położył w dużej mierze scenarzysta, ponieważ gro z wymienionych przeze mnie problemów można było załatwić bardzo prostymi środkami, nieznacznie przekształcając tok narracji z książki. O tym że można, jeśli tylko się chce, świadczą chociażby dwie ostatnie części Harry’ego Pottera, gdzie wszystkie słabsze fragmenty w książce Rowling zostały w przypadku filmu Yatesa przekształcone w coś absolutnie rewelacyjnego, wciągającego i poruszającego. Irytuje to tym bardziej, że we wcześniejszych częściach filmowego Zmierzchu obecna była jakaś magia – nic przesadnie porywającego, ale wystarczająco ujmującego, żeby nie czepiać się drobiazgów pokroju „jak to możliwe, że wilkołaki zawsze mają na sobie ciuchy po przeistoczeniu z powrotem w człowieka?” Przed Świtem tej magii już nie ma i widz z nudów zaczyna czepiać się takich właśnie pierdół. A że tych pierdół, do których można się przyczepić jest od groma, to i w końcowym rozrachunku film pozostawia po sobie głównie niesmak, poczucie nieco zmarnowanego czasu i świadomość, że ktoś nas zrobił w konia.

I nikt, nawet śliczni Kristen Stewart oraz Robert Pattinson tego nie zmienią.

* * *

Z innej beczki – dzięki wszystkim, którzy bawili się wczoraj razem z nami w klubie LOG:IN na finale Akademickiego ROcKa. Gratulacje dla zwycięzców, natomiast wszystkich, którzy chcieliby jeszcze posłuchać Scarecrow, zapraszam na naszego myspace’a, a także na koncerty: 19.01.2012 do klubu Łykend oraz 21.01.2012 do klubu Meta. Informacje o kolejnych sztukach już wkrótce, tymczasem zostawiam Was z naszym numerem pt. „Jak pies”, który niedawno zagościł w serwisie Youtube.

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s