Cudeńka minionych wieków

Na temat prozy Andrzeja Pilipiuka powiedziano już niemało. Najpopularniejsza – szczególnie jeśli poszukać na rozmaitych internetowych forach – opinia przedstawia autora jako człowieka, który pisze bardzo dużo, choć nie zawsze bardzo dobrze. Jego teksty oceniane są najczęściej jako całkiem przyzwoite czytadła, które dostarczają czytelnikom lekkiej i niewymagającej rozrywki. Na pierwszy rzut oka powyższe stwierdzenia wydają się całkiem zasadne – na przestrzeni raptem dziesięciu lat autor wydał pod swoim nazwiskiem dobrze ponad dwadzieścia książek. Przy takim tempie trudno o utrzymanie wysokiego poziomu, szczególnie że Pilipiuk nie raz dawał do zrozumienia, że styl jest tylko narzędziem i warsztat zawsze będzie dla niego rzeczą drugorzędną względem treści.

Kiedy pojawiła się zapowiedź nowego zbioru opowiadań zatytułowanego Aparatus, obawiałem się, że Pilipiuk przesadził. Trzy książki jednego roku? Zapachniało produkcją taśmową. Tandetą. Jazdą na kasę. Obawy wydawały się tym bardziej uzasadnione, że dwa opowiadaniom, które miały się w Aparatusie pojawić, a opublikowane zostały wcześniej w SFFiH, zebrały sporo krytycznych uwag. Spodziewałem się przeciętniaka, który w żadnym razie nie będzie mógł się równać z rewelacyjnym Rzeźnikiem Drzew.

Pierwsze zetknięcie z samą książką zdołało nieco rozwiać moje obawy. Wydawnictwo się postarało, czyniąc z Aparatusa (szczególnie w twardej oprawie) małe dzieło sztuki. Śliczna jest okładka, piękne są też ilustracje zamieszczone wewnątrz; dobrze wypada sztucznie postarzony papier. Wizualnie książce nic nie można zarzucić – taki tomik przyjemnie trzyma się w dłoni, a na półce prezentuje z prawdziwą dumą.

Jak ma się w takim razie sprawa treści? Fascynująco! Na przestrzeni ośmiu opowiadań wyruszamy ze szpiegowską misją do powojennego Lwowa oraz rozpadającym się parowcem na wyprawę ratunkową w okolice koła podbiegunowego. Stajemy twarzą w twarz z potworami i z maszynami, a w istnienie zarówno jednych jak i drugich równie trudno będzie uwierzyć. Poznajemy moc starych legend, a autor w dość przekorny sposób przypomina nam, że w każdej opowieści tkwi ziarno prawdy. Pilipiuk co rusz sięga po inny pomysł, a teksty jeden za drugim wciągają czytelnika jak bagno.

Jakimś trafem udała się autorowi sztuka niezwykła: mimo iż opowiadania różnią się bohaterami, lokalizacją akcji, sposobem i tempem narracji, sprawiają wrażenie całości znacznie spójniejszej niż w przypadku wymienionego wcześniej Rzeźnika Drzew. Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że we wszystkich ośmiu opowiadaniach Pilipiuk poświęca sporo miejsca artefaktom przeszłości – reliktom zapomnianej mądrości, cudeńkom i niezwykłym tworom ludzkiej myśli. W tekstach składających się na Aparatus aż roi się od niesamowitych rekwizytów, które zaskakują tym bardziej, iż nie są czczym wymysłem autora, ale czymś, co kiedyś faktycznie istniało. Szczery zachwyt emanuje ze słów Pilipiuka, kiedy ten opisuje księgi drzewne, stary parowiec, przedwojenną szczepionkę przeciw czarnej ospie czy specyficzną drewnianą mapę z dalekiej Syberii. Zachwyt zaraźliwy, bowiem już po chwili czytelnik zaczyna chłonąć tę niepowtarzalną atmosferę minionych czasów. I nagle okazuje się, że do tworzenia zajmującej fantastyki nie potrzeba jednorożców, smoków, androidów czy obcych. Wystarczy pogrzebać w tym co już było, bo pomysły i dokonania naszych przodków potrafią najzwyczajniej w świecie zaprzeć dech w piersi.

Styl nie jest tym, co zaskarbiło Pilipiukowi szacunek kolegów po piórze czy popularność wśród czytelników. To właśnie warsztat autora jest najczęściej krytykowany – szczególnie w odniesieniu do jego krótszych, w założeniu humorystycznych form. Jednak w przypadku Aparatusa, pisarz stanął na wysokości zadania. Język, z którego korzysta, raczej nie wzbudzi takiego zachwytu jak w przypadku Sapkowskiego czy Grzędowicza, ale trzeba przyznać, że opowiadania czyta się bardzo sprawnie, płynnie, z wielką przyjemnością. Lekki styl pomaga skupić się na opowieści, a swobodna narracja sprawia, że czytelnik błyskawicznie zanurza się w kolejnych tekstach i pozwala prowadzić autorowi jak za rękę. Największą bodaj zasługą Pilipiukowego warsztatu jest umiejętne wplatanie specjalistycznego słownictwa w treść utworu. Dzięki temu czytelnik szybko wczuwa się w klimat, a na dodatek może sporo się dowiedzieć. Podobnie jak w przypadku Oka Jelenia, tak i w Aparatusie autor bawi się w pisarza-nauczyciela, który podstępnie korzysta z opowiadań, żeby przy okazji nauczyć nas czegoś nowego. I podobnie, jak w przypadku wspomnianej sagi, z najnowszej książki Pilipiuka wynieść można więcej niż z niejednej naukowej publikacji. Przy okazji czerpiąc z lektury niekłamaną przyjemność.

Aparatus nie jest książką pozbawioną wad; nie przypadnie do gustu każdemu bez wyjątku. Będą z pewnością tacy, których niektóre opowiadania znudzą brakiem atrakcyjnej, pełnej napięcia akcji. Trafić się mogą i tacy czytelnicy, którym nie w smak będzie mnogość historycznych odwołań albo tacy, których znudzą postacie dysponujące niepokojąco encyklopedyczną wiedzą. Ja jednak, i, jak podejrzewam, całkiem spore grono fanów Pilipiukowego rzemiosła, wymienimy wadę tylko jedną – że Aparatus jest zwyczajnie za krótki. Bo chciałoby się tych opowieści o naszej niewiarygodnej, cudownej przeszłości więcej, i więcej, i więcej…

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s