Jagger. Buntownik, Rockman, Włóczęga, Drań – recenzja

Biografie muzyków są bardzo specyficznym rodzajem literatury. Mają w sobie sporo z twórczości dziennikarskiej, oparte są w końcu głównie na wywiadach i analizie archiwalnych materiałów. Jednak znacznie bardziej niż w przypadku dajmy na to biografii polityków autor ma tu możliwość zabawić się w beletrystę. Historię tej samej kapeli (co można zaobserwować chociażby na przykładzie różnych tekstów poświęconych Led Zeppelin) można przedstawić na różne sposoby: jako opowieść zabawną albo tragiczną, powalająco nudną i monotonną albo równie porywającą co dobry film akcji. Jest to szczególnie widoczne w odniesieniu do kapel rockowych, bowiem życie takich artystów nierzadko przypomina – zarówno pod względem tempa, jak i emocjonalnej amplitudy – przejażdżkę rollercoasterem.

Wydawać by się mogło, że niewiele może być dla biografa tematów wdzięczniejszych niż Mick Jagger – wciąż żywa legenda rocka, człowiek, który był celebrytą na długo zanim ten termin w ogóle zagościł w powszechnym użyciu. Jak fascynującym materiałem musi być życie faceta, który z zakochanego w bluesie, zbuntowanego szczeniaka wyrósł na milionera z tytułem „sir” przed nazwiskiem i jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na świecie? Cóż, jeśli oceniać to na podstawie emocji, jakie wzbudza w czytelniku wydana w 2011 roku książka Marca Spitza Jagger. Buntownik, Rockman, Włóczęga, Drań, życie frontmana The Rolling Stones przypominało raczej najnudniejszą telenowelę świata.

Spitz stosuje podejście standardowo wykorzystywane przy pisaniu biografii. Zaczyna od dzieciństwa Jaggera, prezentuje go jako nastolatka, wreszcie wspomina o założeniu Stonesów. Już od pierwszych stron lektura budzi spore wątpliwości, bowiem niemal tyle samo miejsca co Jaggerowi, autor poświęca „temu drugiemu” ze Stonesów – Keithowi Richardsowi. W efekcie można odnieść wrażenie że czyta się nie biografię Jaggera, ale Rolling Stonesów właśnie – wniosek tym bardziej uzasadniony, że lata poprzedzające założenie kapeli potraktowane są po macoszemu.

Im dalej w las, tym gorzej niestety. Teoretycznie zamysł był niezły: otrzymujemy interesujący wizerunek Micka jako osoby wszechstronnie uzdolnionej, ambitnej, ale równocześnie niepewnej celu, do którego dąży. Możemy obserwować jego zmagania – z establishmentem, władzami, a na pewnym etapie także z samym sobą i innymi muzykami. Dostrzegamy jego rozdarcie, dylemat człowieka, który chciał pogodzić w sobie rock n’ rollowego buntownika i intelektualistę z wyższych sfer.

Niestety, sam zamysł nie wystarczy, jeśli zawodzi autor. A Marc Spitz zawodzi na całej linii. Narracja prowadzona jest bardzo chaotycznie, dziesiątki wątków pozostawione są bez konkluzji i dla osoby nie obeznanej z historią Stonesów mogą przypominać kolaż ciekawych kadrów i wyrwanych z kontekstu zdań, ale nic więcej. Jeśli ktoś nie miał wcześniej do czynienia z profesjonalną biografią zespołu (jak na przykład Prawdziwe przygody The Rolling Stones Stanleya Bootha), o Stonesach i ich karierze dowie się bardzo niewiele. Z relacji Spitza nie bardzo wiadomo, jak doszło do tego, że Stonesi stali się światową gwiazdą. Kolejne płyty przytaczane są tylko z obowiązku, a ich omówienie ogranicza się przeważnie do paru ogólnikowych zdań. Inspiracje poszczególnych piosenek pozostają tajemnicą, podobnie jak proces twórczy Jaggera i Richardsa – z tego, jak opisuje to Spitz można by odnieść wrażenie, że jeden z największych kompozytorskich duetów wszechczasów pisze piosenki niejako przypadkiem, bezrefleksyjnie. To trochę tak, jakby w biografii Beethovena wspomnieć o IX symfonii w przypisie.

Poważny problem leży w podejściu autora do analizowanego materiału. Wydaje się, że na siłę próbuje on zrobić z Jaggera kogoś, kim ten nie jest. Muzyka (dość istotna w tym kontekście – przypomnijmy, że Jagger nagrał ponad dwadzieścia płyt studyjnych z The Rolling Stones, cztery solowe i brał udział w mnóstwie innych projektów) potraktowana jest ogólnikowo, jakby Spitz obawiał się, że na ten temat powiedziano już w innych biografiach wszystko, co się da. Zamiast muzyki, przygląda się więc Jaggerowi jako aktorowi, celebrycie, playboyowi… ale nawet wtedy wypada banalnie i bez wyrazu, jakby pisał tekst naukowy. Jego relacja jest sucha, zdominowana przez nudne fakty, a informacje o kolejnych romansach podawane niemal jak wypis z encyklopedii. Może zamierzeniem Spitza było odejście od formuły biografii rockowych artystów – obfitujących w szaleństwa, ekstrawagancje i prześmieszne sytuacje – ale w takim przypadku warto zaoferować czytelnikowi coś w zamian. Autor tymczasem nie daje praktycznie nic, czego nie można by znaleźć w innych źródłach poświęconych Stonesom.

Największą wadą książki Jagger. Buntownik… jest właśnie ta wymieniona jako ostatnia. Na pewnym etapie lektury można odnieść wrażenie, że Spitz oparł całą książkę na kilkunastu wywiadach i paru archiwalnych nagraniach. Jego biografii brakuje mięcha, autentycznej treści; brakuje też smaczków, czegoś co sprawiłoby, że czytelnik czerpie z lektury niekłamaną przyjemność. Pokazuje przy okazji – najpewniej przez przypadek – coś bardzo istotnego: że gdy odrzeć Micka Jaggera z muzyki i legendy The Rolling Stones, pozostaje stosunkowo niewiele. Bynajmniej nie dlatego, że ten wokalista to taki nudziarz, ale dlatego, że ten człowiek wciąż pozostaje zagadką, którą warto zbadać. Niestety, autor, zamiast podjąć to wyzwanie, pozostaje przy banałach i wiedzy powszechnie dostępnej.

Książka Spitza to doskonały przykład biografii napisanej źle po względem stylistycznym i niedbale, gdy idzie o treść (powala ilość sprostowań i poprawek autorstwa Piotra Metza, który odpowiadał za konsultację merytoryczną tej książki). Gdyby jej przedmiotem był artysta mniej znany, ze znacznie skromniejszym dorobkiem i stroniący od mediów – formuła przyjęta przez Spitza byłaby zrozumiała. Jednak w przypadku postaci tak fascynującej i pełnej sprzeczności; osoby tak zasłużonej dla kultury popularnej, biografia Spitza jawi się jako kiepski żart. Muzyka Jaggera i Stonesów – czy ktoś ją lubi czy nie – pełna jest magii i emocji. A tych dwóch rzeczy, bardziej niż czegokolwiek innego, w książce Marca Spitza zwyczajnie brakuje.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s