Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie…

Nigdy nie interesowałem się polityką. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, ale najważniejszy to chyba jakiś dziwne, nie zupełnie uzasadnione poczucie, że i tak niewiele mogę zmienić. Głosuję i owszem, ale, podobnie jak, zdaje się, większość obywateli naszego kraju, raczej „przeciw komuś” niż „za kimś”. Jest to zresztą głosowanie trochę pro forma, ponieważ przeprowadzek z partii do partii jest u nas więcej niż transferów w przeciętnym klubie piłkarskim, to zaś wskazuje dość dobitnie, że politycy to zwyczajni ludzie, którzy chcą zarobić i godziwie (choć nie zawsze godnie) żyć. O ideologii i jakiejkolwiek hierarchii wartości nie może tu być mowy – jest tylko partyjny target, do którego można uderzyć z nadzieją na głosy i więcej mandatów w rządzie, a co za tym idzie, większą władzę i kasę.

Poza tym, zawsze wychodziłem z założenia, że ludzie nie są głupi i doskonale by sobie w życiu poradzili, gdyby tylko rząd trzymał się od nich z daleka i nie przeszkadzał.

W efekcie minęło parę dni zanim zainteresowałem się całą aferą związaną z porozumieniem ACTA. Kiedy już postanowiłem się dokształcić, sięgnąłem – jak każdy szanujący się internauta 🙂 – do Wikipedii i Youtube’a. Na kanale filmowym powitał mnie dwuminutowy obraz, który dawał do zrozumienia, że ACTA to koniec wolnego Internetu i radykalny krok w stronę dystopijnych wizji pokroju Roku 1984 Orwella. Wpis na Wikipedii pozwolił troszkę ochłonąć i nabrać dystansu, wynika z niego bowiem, że o faktycznej zawartości ACTA wiadomo bardzo niewiele, a większość tego, czym dysponujemy, to niepotwierdzone domysły, plotki i niepewne przecieki.

Największe emocje zdaje się wzbudzać fakt, że cała procedura dotycząca ACTA miała miejsce za zamkniętymi drzwiami. Otacza ją aura tajemnicy, a wiadomo nie od dziś, że boimy się najbardziej tego, czego nie znamy. Wyobraźnia u co poniektórych zaczęła pracować pełną parą, podpowiadając, że niewiele dzieli to enigmatyczne porozumienie od podskórnych wszczepów i permanentnej inwigilacji.

Pytanie tylko, czy mamy czego się tak naprawdę obawiać? Co działania związane z ACTA właściwie dla nas oznaczają? Że nasz dostawca Internetu będzie odpowiedzialny za to, czy ściągamy filmy? Już to widzę, jak prywatne firmy zatrudniają całe sztaby ludzi, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie zpiraciłem z netu najnowszego Mission:Impossible. Ktoś zamknie taki czy inny kanał z nielegalnie udostępnianymi plikami? Nie ma problemu – Napster też swego czasu dostał po czterech literach, ale jakoś nie przeszkadza to ludziom wymieniać się dobrami wirtualnymi za pomocą najróżniejszych torrentów i tym podobnych ustrojstw. Mój Boże, nawet gdyby ktoś się pokusił o ostrą cenzurę – nie ocenzuruje wszystkiego. Z prostego powodu, który wielu dostrzegło za czasów PRLu: bo cenzorzy, biurokraci i wszyscy ci, którzy za tego typu inwigilacją stoją i się opowiadają, intelektualnie nie dorastają do pięt tym, których inwigilować i cenzurować próbują. Szeroko zakrojone działania grupy Anonymous sprzed paru dni to doskonały tego przykład – łatwość, z jaką ci ludzie byli w stanie wprowadzić chaos na stronach rządowych, pokazuje, że internauci stanowią siłę, z którą należy się liczyć.

Nigdy nie interesowałem się polityką i nie zamierzam tego zmieniać. Cieszę się jednak, że są ludzie, którzy na rzeczy takie jak ACTA reagują z niekłamanym zaangażowaniem. Bez nich ogólny sprzeciw byłby niemożliwy, a przeciętni śmiertelnicy zajęci swoimi sprawami nie różniliby się niczym od zwierząt prowadzonych na rzeź. Bo w głowach niektórych polityków na pewno pojawił się już pomysł podskórnych chipów i permanentnej inwigilacji. I z pewnością są wśród nich oszołomy, które stwierdzą, że to w gruncie rzeczy świetny pomysł. Pomysł wart wprowadzenia.

Choćby cichcem. Przy zamkniętych drzwiach.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie…

  1. Maciek pisze:

    Może mi coś umknęło, ale chyba wyszło, że zaangazowanie to np. ataki na strony takie jak te dokonane przez „anonimowych”. Osobiście, nie popieram. Po takich kwiatkach przybywa tylko argumentów dla kreatywnych panów od legislacji. Można mówić, że to „dla ludu”, ale bardziej mi pachnie szpanerstwem, niż Robin Hoodem 😉

    P.S. Nie lubię pisać wywodów na komórce.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Szpanerstwo czy nie szpanerstwo – gdyby nie te ataki, problem prawdopodbnie umknąłby szerszej publiczności i polityczni zacofańcy tacy jak ja w ogóle by się o niczym nie dowiedzieli. Przyznaję, forma może wątpliwa, ale efekt według mnie pozytywny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s