Feriowe różności :)

Praca nauczyciela ma swoje minusy, jak każda zresztą robota na świecie. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do ewentualnych wad belferskiej profesji, zachęcam do obejrzenia:

Ma jednak też parę niezaprzeczalnych zalet. Takich jak, przykładowo, dwa tygodnie ferii zimowych. Ferie to rzecz sympatyczna i dalece przydatna. Pozwala się zdystansować, odsapnąć od uczniów, lekcji, sprawdzania najrozmaitszych testów, uzupełniania dokumentacji i mnóstwa innych, mniej lub bardziej przykrych czynności składających się na nauczycielski chleb powszedni. Ponadto, jest okazją do nadrobienia mnóstwa zaległości. I tych towarzyskich, i zawodowych, i hobbistycznych.

W naszym województwie ten piękny dwutygodniowy okres laby powoli dobiega końca. Przydałoby się jakieś krótkie podsumowanie i rozliczenie siebie samego z tego, na ile ten czas wykorzystałem. Zobaczmy…

Doktorat. Jak leżał i kwiczał, tak leży i kwiczy, tyle że trochę mniej i jakby ciszej. Drugi rozdział zaczął się pisać… no dobra, sam nie zaczął, ja zacząłem go pisać, ale idzie mi mniej więcej tak szybko i sprawnie jak Schwarzeneggerowi wyciąganie przez nozdrza takiej czerwonej kuleczki na początku Pamięci Absolutnej. Kto widział, ten wie, o czym mówię. W każdym razie, nie polecam. Ale postęp jest. Kilkanaście stron machnięte, drugie tyle i rozdział się zamknie, kolejny krok (maleńki i dla człowieka, i dla ludzkości) zostanie uczyniony.

Opowiadanie miałem w planie machnąć jedno, niezbyt długie. Napisałem pół, ale chyba całkiem przyzwoite – to znaczy, że jak sam je czytam, to nie pukam się co rusz w głowę. Tymczasem składam kolejne fragmenty do wykorzystania przy drugim, finalnym zwiastunie mojej książki Czas ognia, czas krwi. Wydawca dał znać, że powinna ukazać się pod koniec marca, trzymajmy kciuki za brak kolejnych opóźnień. Tymczasem parę liczb napawających jako takim optymizmem – pierwszy zwiastun książki obejrzało na Youtube już blisko 350 osób, jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego uczynić, zapraszam do kliknięcia poniżej.

„Ostatni śnieg w roku”, moje opowiadanie, które trafiło na łamy ostatniego numeru Qfanta zostało już wyświetlone prawie 200 razy (do tego dochodzi jeszcze wersja PDF), a komentarze jakie dotychczas zebrało są dość entuzjastyczne, co też jest miłe i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ma to jak pozytywne wzmocnienie, żeby się tak uciec do terminologii metodycznej.

Na co jeszcze poświęciłem te blisko dwa tygodnie? Parę prób z zespołem, dwa koncerty (świetnie przyjęty występ w Łykendzie, na Łykend Promo Festiwal, oraz nie mniej przyjemne, choć nie tak tłumne AC/DC party w Mecie), jedna parodniowa choroba, kilka obejrzanych filmów (dwie części szwedzkiej wersji Millenium według Stiega Larssona, francuski Renaissance na podstawie komiksu Franka Millera, parę odcinków świetnej Kompanii Braci, na której w końcu udało mi się położyć łapki). No i wciągnięte parę bardzo przyzwoitych płyt, wśród których na szczególną uwagę zasługują dwie: SuperHeavy zespołu o tej samej nazwie oraz Don’t Explain duetu Beth Hart i Joe Bonamassa. O nich parę słów więcej poniżej:

SuperHeavy – supergrupa składająca się z takich gwiazd jak Mick Jagger, Joss Stone, Damian Marley, A.R. Rahman oraz David Stewart. Gdybym ich nie usłyszał, powiedziałbym, że to się nie może udać. A jednak udaje się. Nie przypadnie do gustu każdemu, ale z pewnością zasługuje na uwagę – chociażby ze względu na genialną produkcję i świetne aranże, które nawet po piątym czy szóstym przesłuchaniu wciąż odkrywają przed słuchaczem nowe smaczki i detale, na które wcześniej nie zwrócił uwagi. Do tego rewelacyjne wokale (Joss Stone miażdży, Jagger zachwyca świetną formą, Marley rozwala swobodą i ogólnym luzem). Generalnie SuperHeavy to taki dziwny misz-masz, który mi wyjątkowo przypadł do gustu. Chcecie próbkę? Posłuchajcie:

Beth Hart & Joe Bonamassa – co może wyjść z połączenia sił przez gitarzystę uważanego przez wielu za bluesmana nr 1 XXI wieku oraz wokalistkę regularnie porównywaną z legendarną Janis Joplin? Mogło wyjść wszystko, od klapy po majstersztyk, wyszło natomiast bardzo smaczne danie osadzone mocno w tradycyjnym bluesie. Hart zachwyca drapieżnym głosem, Bonamassa tymczasem pokazuje nieco inne oblicze – gitarzysty pozbawionego ego, umiejącego pozostać w tle i bardzo subtelnie rozbudowywać kolejne utwory o partie gitary. W przeciwieństwie do jego solowych dokonań czy nagrań z Black Country Communion, na Don’t Explain gitara stanowi tylko dodatek do głosu Hart, ale dodatek, bez którego płyta byłaby znacznie uboższa. Kolaboracja Hart i Bonamassy to 10 pięknych bluesowych standardów podanych ze zmysłem i pasją, w których znajdzie coś dla siebie nie tylko fan dwunastotaktowców. Dla niedowiarków przykład poniżej:

 

Na razie to wszystko. Przede mną jeszcze weekend, a później powrót do szkolnej rzeczywistości. Oby bezbolesny. Tymczasem żegnam i życzę, abyście też znaleźli parę chwil, aby tej zimy odpocząć i załapać nieco dystansu do tego, co robicie na co dzień.

Trzymajcie się ciepło!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Feriowe różności :)

  1. Iwona "Kali" pisze:

    Uśmiałam się przypominając sobie kabarecik 🙂 A muzycznie całkiem ciekawe ferie – swoją drogą tez bym chciała 2 tygodnie wolnego, ba! chociaż 3 dni w kupie…
    Miracle Worker słyszałam nie raz i nawet się nie zainteresowałam, co to za kompozycja. Zastanawiam się tylko czy Rahman coś więcej tam robi prócz komponowania – zawsze podobała mi się jego muzyka w bollywoodach 🙂

    • Marcin Rusnak pisze:

      Tak, ferie to fajna rzecz jest :). Natomiast co do Rahmana to i owszem, wiem, że odzywa się werbalnie (coś tam śpiewa :)) w paru numerach, chyba też gra na jakiś instrumentach. Zachęcam do zapoznania się z całą płytką – naprawdę przyjemnie się tego słucha.

      • Iwona "Kali" pisze:

        Przesłuchałam kilka kawałków, i tak jak się spodziewałam (po spojrzeniu na tytuły) „Mahiya” może u mnie lecieć w kółko 😀 I pasuje tutaj, że Rahman „coś tam śpiewa”. Nawet można pewnie gdzieś sprawdzić, tylko to jest hindi czy tamilski?:D
        Wracając do głównego wątku – to ja poproszę więcej tak smacznych dźwiękowo polecanek z Twojej strony, bo przy SuperHeavy na pewno zatrzymam się na dłużej. Mieszanka zjawiskowa 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s