Fantastyka na zimowe wieczory, czyli recenzja lutowego SFFiH

Ifryty chadzają parami. Zwycięskie ifryty, pozwolę sobie dodać. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie sięgając po najnowszy, lutowy numer Science Fiction Fantasy i Horror. Obok opowiadania Agnieszki Hałas, które zwyciężyło w konkursie Horyzonty Wyobraźni 2010, pojawia się tam bowiem także mój zdobywca pierwszego miejsca w Świetlnym Piórze 2011 – opowiadanie „Zabijając ptaki”. To już drugi raz, kiedy występujemy w tandemie, bowiem mojemu debiutowi na łamach SFFiH w numerze z lipca zeszłego roku także towarzyszył utwór Agnieszki.

Numer lutowy otwiera bardzo długie opowiadanie Romka Pawlaka, „Pusty ogród”. To niepowtarzalna wizja, w której elementy post-apokaliptyczne (świat w ruinie, kanibale, koczownicze życie na resztkach cywilizacji) łączą się z pomysłami rodem z klasycznego sf (obce humanoidalne gatunki, bramy do innych światów, podróże międzygwiezdne). Do tego doskonały warsztat, barwnie oddane postaci i zaskakujące zakończenie. Czego można chcieć więcej? Wątpliwości może ewentualnie budzić drobiazgowość, z jaką autor wprowadza czytelnika w ten nowy, niezwykły świat. Detali i pomysłów jest tyle, że starczyłoby na większą część pełnowymiarowej powieści, przez co w opowiadaniu – wyjątkowo długim, jak na standardy SFFiH – akcji wydaje się być stosunkowo niewiele. Nie zmienia to jednak faktu, że „Pusty ogród” jest z pewnością jednym z lepszych opowiadań, jakie zdarzyło mi się czytać w tym magazynie.

Tekst numer dwa lutowego numeru to moje „Zabijając ptaki”. Ocenę pozwolę sobie pominąć, nadmienię tylko, że jestem z tego opowiadania wciąż bardzo zadowolony, co rzadko mi się zdarza – przeważnie w rok po stworzeniu jakiegoś tekstu łapię się za głowę i zastanawiam, jak mogłem popełnić coś równie szkaradnego. A tu nie, wręcz przeciwnie, wciąż jest ok.

Po „Zabijając ptaki” przychodzi czas na króciutkiego „Podróżnika” Kingi Tomczak. To bardzo sympatyczny tekścik, który w zabawny sposób nawiązuje do fantastycznych stereotypów. Lektura nie dość, że przyjemna, to pouczająca – niejeden początkujący autor mógłby więcej się nauczyć, czytając to opowiadanie niż sięgając po poradnik kreatywnego pisania. Polecam.

Dalej czeka na czytelników wspomniana już „Córka Sztukmistrza” Agnieszki Hałas. Spodziewających się kolejnej przygody Krzyczącego w Ciemnościach czeka rozczarowanie – premierowy utwór Agnieszki zabiera czytelników do innego świata, w inne realia i do innych zupełnie bohaterów. Natomiast nie czeka rozczarowanie tych, którzy spodziewają się literatury najwyższej próby. „Córka sztukmistrza” to opowieść snuta ze zmysłem i bardzo starannie. Nie ma w niej porywającej akcji, jest za to stopniowe budowanie nastroju, pełny wdzięku opis realiów i specyficzna atmosfera rodem z baśni braci Grimm: niby trochę bajkowa, ale w rzeczywistości mroczna i ponura. Wrażenie zepsuł u mnie – w nieznacznym stopniu – finał, ale to już kwestia osobistych preferencji i literackich gustów, a nie rozwiązania zaproponowanego przez autorkę. „Córka sztukmistrza” to świetny kawałek literatury i zasłużony zwycięzca Horyzontów Wyobraźni 2010.

Anna E. Walczak, autorka przedostatniego opowiadania lutowego SFFiH, milczała dość długo. Jej „Kwestia przetrwania” z lipca 2010 była utworem bardzo dobrze napisanym, niestety odrobinę wtórnym. Przy „Bożowoli”, bo tak nazywa się tekst z bieżącego numeru, autorka idzie w tym samym kierunku. Otrzymujemy w efekcie bardzo umiejętnie opisaną historię małżeństwa, które nieopatrznie wybrało się na rajd przełajowy przez mało zaludnioną planetę. Burza zmusza ich do szukania gościny w stacji meteorologicznej zamieszkanej przez podejrzanego samotnika. Co będzie dalej, chyba zdradzać nie muszę, bo podobnych opowieść było już całe mnóstwo. Wykonanie na piątkę, ale niestety pomysł oklepany i wtórny do bólu, co szkodzi odbiorowi całości. Nie poprawia sytuacji zakończenie, którego praktycznie nic w warstwie fabularnej nie usprawiedliwia. Niestety, najlepszym tekstem numeru „Bożowola” z pewnością nie jest.

Im dalej, tym gorzej niestety. Ostatnie opowiadanie, „Judyta z Betulii” Marcela Głaza to historia również napisana warsztatowo poprawnie, ale tutaj kuleje już nie tylko pomysł, ale drażni też pompatyczny miejscami styl. Tekst jest za długi, brakuje porządnego twista, a zakończenie woła o pomstę do nieba. Szort byłby z tego przyzwoity, a tak? Nie przeczę, że ktoś w odpowiednim nastroju może znaleźć w tekście Głaza coś dla siebie – nie jest to wcale utwór słaby, ale w porównaniu do kawałków Pawlaka czy Hałas wypada zwyczajnie blado i mało przekonująco.

Mam niebywałe szczęście. Po raz drugi moje opowiadanie trafia do SFFiH i po raz drugi jest to numer stojący na bardzo wysokim poziomie. Zróżnicowany stylistycznie i warsztatowo, interesujący pod względem treści. Pozostaje mieć nadzieję, że przypadnie do gustu ogółowi czytelników i że znajdzie się wśród odbiorców ktoś, kto po przeczytaniu drugiego opowiadania uśmiechnie się uprzejmie i pokiwa z aprobatą głową.

Pozdrawiam serdecznie, do przeczytania wkrótce!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s