Filmowy tydzień (część II)

Przed Wami ciąg dalszy moich filmowych odkryć i przeżyć minionego tygodnia. Zapraszam serdecznie!

Blue Valentine – Nie wiem, jaki jest najsmutniejszy film, jaki w życiu widziałem. Pierwszym, który przychodzi mi do głowy jest Zostawić Las Vegas z Nicolasem Cage’em. Ale Blue Valentine byłoby w tej klasyfikacji wysoko. Bardzo wysoko. Film Dereka Cianfrance’a to wiarygodnie przedstawiona, przejmująca opowieść o miłości, której największą obok scenariusza zaletą są genialne kreacje Ryana Goslinga i Michelle Williams. Historia, w której cudowne, pełne szaleństwa i magii pierwsze chwile wspólnego życia pary głównych bohaterów przeplatają się z mającą miejsce kilka lat później agonią ich związku, potrafi poruszyć do głębi i zmusić do refleksji nad ludzką naturą, miłością i potęgą upływającego czasu. To film równocześnie subtelny i emocjonalnie brutalny; intymny do bólu i stąpający niebezpiecznie blisko obsceniczności. A przede wszystkim przerażający, bo to, o czym opowiada, dotyczyć może tak naprawdę każdego.

Shanghaj – Uwielbiam Johna Cusacka. Nie umiem tego wytłumaczyć – po prostu jest w gębie, głosie i ogólnym zachowaniu tego kolesia coś takiego, że automatycznie budzi we mnie sympatię. I choć zdarzają mu się role bardzo przeciętne, w bardzo przeciętnych filmach, ma na koncie parę obrazów (chociażby Tożsamość i Ława przysięgłych, oba z 2003 roku), które są dla mnie przykładem autentycznie świetnego kina. Na szczęście spotkanie z nieco bardziej pucułowatym Cusackiem w Shanghaju też wspominać będę ciepło – jest to bowiem film udany, który poszczycić się może wciągającym scenariuszem oraz świetnymi kreacjami aktorskimi (poza Cusackiem znany chociażby z Incepcji Ken Watanbe czy zjawiskowa Li Gong). Docenić wypada wspaniałą scenografię oraz zmyślnie odtworzony klimat Shanghaju u progu lat czterdziestych minionego wieku, pozytywne wrażenie zostawia po sobie też narracja sprawnie łącząca elementy filmu szpiegowskiego, wojennego, melodramatu i kryminału. Nie jest to może pozycja wybitna, ale z całą pewnością atrakcyjna i niegłupia.

1408 – kolejne w zestawieniu (choć, wierzcie lub nie, nie było to wcześniej zamierzone) wspólne dzieło Johna Cusacka i reżysera Mikaela Håfströma. Ekranizacja opowiadania Stephena Kinga pod tym samym tytułem opowiada o Mike’u Enslinie, człowieku, który żyje z pisania przewodników po rzekomo nawiedzonych miejscach. Kiedy dowiaduje się o istnieniu tajemniczego pokoju 1408 w nowojorskim hotelu Delfin, nie waha się zbyt długo. Mimo ostrzeżeń dyrektora hotelu, Enslin postanawia spędzić noc w tytułowym lokum. Czy to aby na pewno był dobry pomysł? Przekonajcie się sami. Film, jak na horror przystało, serwuje widzowi parę mrożących krew w żyłach momentów, a korzysta w tym celu z zasobu tricków znacznie obszerniejszego niż standardy regularnie pojawiające się w kinie grozy. Świetnie spisuje się Cusack, na którym spoczywa ciężar całego filmu – dzieło Håfströma to w dużej mierze teatr jednego aktora – choć obecny na początku Samuel L. Jackson też dodaje swoje bezcenne trzy grosze. W efekcie 1408 to, podobnie jak chociażby Lśnienie z Jackiem Nicholsonem, doskonały dowód na to, że prozę Kinga można przełożyć na język kina w sposób bardzo atrakcyjny i sugestywny. Trzeba tylko chcieć.

Serenity – obraz science fiction z 2005 roku. Dzieło Jossa Whedona, artysty odpowiedzialnego za kultowy dla niektórych serial Firefly, którego zresztą Serenity jest swoistą kontynuacją. Oto ludzkość sięgnęła gwiazd, a zawiązany przez planety centralne Sojusz narzucił drogą wojny swój system rządów i sposób myślenia wszystkim skolonizowanym światom. Na pokładzie tytułowego statku Serenity tuła się po świecie grupa najemników, którzy wcześniej walczyli przeciw rządowi centralnemu. Trudna rzeczywistość zmusza ich do poszukiwania często nielegalnych zleceń oraz lawirowania między przedstawicielami władzy a krwiożerczymi Łupieżcami. Nieoczekiwanie okazuje się, że tajemnicze ogniwo łączące Sojusz i Łupieżców tkwi w głowie jednego z członków załogi Serenity. A to tylko początek niespodzianek… Serenity to film science fiction, jakiego szukałem od dawna – o ile bowiem nie brakuje doskonałych obrazów w tej konwencji, z rewelacyjnymi efektami i ciekawymi pomysłami, o tyle rzadko który ma pewien dodatkowy atut: humor. Dzieło Whedona ma tę niecodzienną zaletę, że wprost kipi od zabawnych sytuacji i powiedzonek, a nie cierpi na tym klimat filmu: Serenity ani na moment nie zbliża się do absurdu czy parodii. Jeśli dodać do tego fenomenalnych bohaterów (z Malem na czele – jedną z najlepszych wariacji na temat archetypu kosmicznego kowboja od czasu Hana Solo), wiarygodną, ale nie przepakowaną scenografię i spójną historię, otrzymujemy film pierwszorzędny. Film, który z czystym sercem polecam wszystkim, nie tylko fanom sf.

Na dzisiaj to wszystko, do przeczytania wkrótce. Trzymajcie się ciepło!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s