Jarosław Grzędowicz „Popiół i kurz” – recenzja

Był taki czas, że po zapoznaniu się z tekstami Sapkowskiego długo nie mogłem trafić na polskiego autora, który zrobiłby na mnie równie pozytywne wrażenie. Na jakimś etapie Anna Kańtoch zbliżyła się do ideału (pisząc 13 anioła oraz Przedksiężycowych), ale to wciąż nie było to. Aż – nieprawdopodobnie późno, patrząc z perspektywy czasu – sięgnąłem po Grzędowicza. Pierwszą jego książką, jaką przeczytałem, był zbiór opowiadań Wypychacz zwierząt.

Oniemiałem.

Natychmiast polubiłem tego autora – za sugestywny język, za świetne pomysły, za wrażliwość, która zwyczajnie do mnie przemawiała. Szybko nadrobiłem braki: z niekłamaną przyjemnością połknąłem trzy części Pana Lodowego Ogrodu oraz Księgę Jesiennych Demonów. Z każdym kolejnym tekstem utwierdzałem się w przekonaniu, że oto trafiłem na polskiego autora, który tworzy dokładnie taką literaturę, jaką lubię. Wreszcie dorwałem w swoje łapy ostatnią z dotychczas opublikowanych książek Grzędowicza: Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy.

Pomiędzy nie jest ani niebem, ani piekłem. Nie jest nawet czyśćcem. To świat niemal identyczny, co nasz – stoją w nim te same budynki, identyczne odległości dzielą miasta. A jednak nie jest to nasz świat: to miejsce, gdzie trafiają dusze umarłych, które z jakiegoś względu nie są gotowe odejść w zaświaty. Zbłąkane duchy otacza na wpół materialna aura przedmiotów z realnego świata, a pod niebem barwy szkarłatu wiecznie unoszą się popiół i kurz.

Główny bohater powieści to etnolog z chorobą umysłową w CV. Już samo to czyni postać intrygującą, ale to dopiero początek: nasz bohater może dość swobodnie przechodzić do świata Pomiędzy, gdzie jeździ motorem rodem z II wojny światowej, a w dłoni dzierży obrzyna, przy pomocy którego spuszcza tęgi łomot rozmaitym demonom zamieszkującym ten nieprzyjazny wymiar. Po co w ogóle zagląda w rejony  tak wątpliwej urody? Okazuje się, że nasz bohater, niczym mityczny Charon, posiada dar wyzwalania dusz ze świata Pomiędzy i umożliwia im przejście dalej, do właściwych zaświatów, czymkolwiek one są.

Rolę prologu pełni opowiadanie napisane przez Grzędowicza już w roku 2003, które brawurowo wprowadza czytelnika w realia opowieści. Jednakże może one też zmylić odbiorcę, klimat ma bowiem przede wszystkim przygodowy z elementami horroru. Co innego właściwa opowieść, która rozpoczyna się tuż po tajemniczej śmierci zakonnika, który był przyjacielem naszego Charona. Enigmatyczne, przerażające wizje ukrzyżowanego mnicha zaczynają prześladować bohatera i skłaniają go do rozpoczęcia prywatnego dochodzenia. Co dalej? Pojawi się niezwykły zakon Spinofratrów, powabna wiedźma i całe mnóstwo niezwykłych zdarzeń, a Charon – jak protagonista sam przedstawia się zmarłym – nie raz otrze się o śmierć i szaleństwo.

Grzędowicz pisze stylem niezwykłym – na pozór stosunkowo prostym i zwięzłym, ale równocześnie niezwykle sugestywnym, plastycznym, wyrazistym. Wystarcza mu parę słów, dwa czy trzy zdania, aby w wyobraźni czytelnika odmalować klarowny, zapadający w pamięć obraz. Pełno w języku autora trafnych porównań, a niezwykły zmysł rytmiki sprawia, że świetnie czyta się u niego zarówno opisy krajobrazu, jak i sceny walki. Grzędowicz na każdym kroku udowadnia, że jest niezwykle uniwersalny: sprawnie odnajduje się w budowaniu nastroju grozy, humorystycznych one linerach czy kawałkach o zabarwieniu zmysłowo-erotycznym. Jego bohaterowie to postaci czerpiące ze stereotypów, ale autor próbuje te stereotypy przełamać, wcisnąć w swoje niepowtarzalne ramy i do pewnego stopnia mu to wychodzi. Nie są to może najbardziej realistycznie oddane postaci w historii literatury, ale to akurat żadna nowość, gdy mowa o fantastyce. I całe szczęście, bo dzięki temu bohaterowie nie przesłaniają fabuły.

A ta jest naprawdę niczego sobie. Wciąga od pierwszych stron, angażuje odbiorcę w obrazowany konflikt i zręcznie zmusza do samodzielnych rozmyślań nad przedstawioną intrygą. Czytelnik praktycznie na żadnym etapie nie jest do końca pewien, w jakim kierunku zmierza cała opowieść, a Grzędowicz serwuje nam niespodziankę za niespodzianką, wzmagając uczucie zagubienia tak głównego bohatera, jak i osób śledzących jego losy. To niezwykła sztuka, za którą należą się autorowi brawa – skutecznie unika on bowiem sprawdzonych fabularnych rozwiązań i próbuje pokazać coś choć trochę świeżego. W efekcie otrzymujemy nietuzinkową opowieść, której jedyną wadą jest następujący dość nagle finał – właściwie pozbawiony napięcia i nie wzbudzający większych emocji.

Popiół i kurz to bardzo dobra książka dla spragnionych porządnego, ocierającego się o grozę urban fantasy. Choć finał tej opowieści może niektórych rozczarować, to jest to ten sam Grzędowicz, który czaruje w Panie Lodowego Ogrodu czy licznych opowiadaniach: człowiek obdarzony świetnym stylem i ze smykałką do opowiadania niezwykłych historii. Książkę serdecznie polecam, mając nadzieję, że sprawi Wam równie wiele przyjemności, co mi.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s