Powrót do normy

No, zaczynam się jakoś ogarniać. Zaległości pod względem snu, których narobiłem sobie na Pyrkonie, w gruncie rzeczy nadrobione, można zacząć normalnie funkcjonować. I przy okazji zdać relację z tego, co ciekawego się dzieje.

W pierwszej kolejności: skończyłem Polaris Jacka McDevitta. Rewelacyjna książka, jeszcze lepsza od recenzowanej tutaj jakiś czas temu Smykałki do wojny. Dla fanów kryminału odzianego w szaty science fiction pozycja obowiązkowa, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę rozmach wizji autora, wyśmienity warsztat i zakręconą historię stanowiącą oś powieści. Recenzji jako takiej nie będzie, zainteresowanych odsyłam na portal unreal-fantasy.pl, gdzie swego czasu bardzo zacną ocenę tego tytułu sprokurował Sławek „Assarhadon” Zieliński.

A propos recenzji, na wzmiankowanym już portalu pojawiła się moja świeżutka opinia dotycząca pierwszego numeru czasopisma Coś na progu. Fragmencik na zachętę? Proszę bardzo:

„Można odnieść wrażenie, że czasopisma poświęcone literaturze popularnej nie cieszą się w Polsce specjalnym zainteresowaniem. Mamy oczywiście Nową Fantastykę i SFFiH, które od lat utrzymują swoją pozycję i mają spore grono oddanych czytelników, ale trzeba też zauważyć, że są to magazyny, za którymi stoją jedni z największych w kraju wydawców: Prószyński i S-ka oraz Fabryka Słów. Pojawiały się na przestrzeni ostatnich lat inne twory, ale ich los może działać raczej jako przestroga niż zachęta dla ewentualnych następców: padło Lśnienie, umarła Doza, zdechł Magazyn Fantastyczny, zniknęło z rynku polskie wydanie Fantasy & Science Fiction.

Na tym większą uwagę zasługuje wrocławskie Wydawnictwo Dobre Historie, które w tym roku rozpoczęło działalność. Ich pierwszy projekt to Coś na progu, czasopismo — jak łatwo wywnioskować z tytułu zaczerpniętego z prozy H.P. Lovecrafta — poświęcone przede wszystkim grozie, kryminałowi i szeroko pojętej fantastyce. Jest to do pewnego stopnia kontynuacja idei Lśnienia (w obu pismach rola redaktora naczelnego przypadła pisarzowi i dziennikarzowi Łukaszowi Śmiglowi, przy okazji jednemu z założycieli wydawnictwa). Czy Coś na progu ma szansę zaistnieć na nieprzychylnym rynku i odnieść sukces? To się oczywiście dopiero okaże, ale pierwszy numer przedstawia się co najmniej zachęcająco…”

W celu zapoznania się z resztą recenzji zapraszam TUTAJ.

Wspominałem już ostatnio, że po powrocie z Pyrkonu czekała na mnie niespodzianka w postaci wygranej w konkursie szortowym na forum SFFiH. (Przy okazji, im więcej o tym myślę, tym bardziej zawieszenie działalności SFFiH pachnie mi prima aprilisowym żartem… zbyt wiele wskazówek każe traktować oświadczenie Rafała Dębskiego z przymrużeniem oka). Kolejne zaskoczenia nadeszły z kilkudniowym opóźnieniem – światło dzienne ujrzały wreszcie dwie naukowe publikacje, w których maczałem swoje brudne łapska. Wyższa Szkoła Filologiczna we Wrocławiu wypuściła tom poświęcony badaniom nad konstruktami alternatywnymi zatytułowany Alternate Life-Worlds in Literary Fiction, gdzie znalazł się mój artykuł „Blessings and curses of the silver screen: Film adaptations of Coraline and Stardust by Neil Gaiman”. Natomiast w stanowiącym efekt niemiecko-tajwańskiej współpracy międzynarodowym czasopiśmie naukowym Fastitocalon wylądował mój tekst „Playing with Death: Humorous Treatment of Death-related Issues in Terry Pratchett’s and Neil Gaiman’s Young Adult Fiction”.

No, już, strasznie poważnie i strasznie naukowo się zrobiło. Żeby zachować zdrową równowagę, skręcam ku muzyce. A jest czemu: w lutym miała swoją premierę nowa płyta Van Halen, A Different Kind of Truth. Płyta o tyle atrakcyjna, że pokazuje Eddiego i ekipę w doskonałej formie: oto Van Halen odarty z syntezatorów i napastliwych klawiszy, natomiast pławiący się w ostrych gitarowych riffach i potężnej sekcji rytmicznej. A Different Kind of Truth to świetny powrót do klimatu pierwszych płyt; album nieustannie balansuje na granicy między klasycznym rockiem i heavy metalem, a powrót oryginalnego wokalisty, Davida Lee Rotha, dodaje zespołowi tak potrzebnego ognia. Co najważniejsze – nowy krążek to zestaw bardzo dobrych kawałków, dla których popisy Eddiego oraz wokalny wygar Lee Rotha są atrakcyjną ozdobą, ale nie sensem istnienia. Szczerze zachęcam do sięgnięcia po całą płytę, dla nieprzekonanych pierwszy utwór z albumu, „Tattoo”. Miłego słuchania.

To chyba wszystko. Przypominam, że już 5 kwietnia, czyli w przyszły czwartek, gramy jam session w Tawernie „Pod kilem” i serdecznie zapraszamy wszelkich gości, tych muzykujących i tych słuchających. Do zobaczyska!

Pozdrawiam!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Powrót do normy

  1. cranberry pisze:

    „zbyt wiele wskazówek każe traktować oświadczenie Rafała Dębskiego z przymrużeniem oka”

    Hmm – ale w sumie jakich?
    Ja zupełnie nie odniosłam takiego wrażenia, to za duża skala przedsięwzięcia, żeby robić takie dowcipy. Poza tym wypowiedzi RD na forum są bardzo gorzkie – podobnie jak wstępniak numeru kwietniowego.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Może źle się wyraziłem. Chodziło mi w każdym razie o to, że informacja o zawieszeniu SFFiH jest nieco śmieszna w obliczu tego, że czasopismo nie próbowało zrobić absolutnie NIC, aby się utrzymać na rynku. Reklama magazynu – praktycznie na poziomie zerowym. Pieniądze z reklam drukowanych w czasopiśmie – niewielkie, bo znakomita większość tych reklam to twory Fabryki Słów. Próby zmiany kanału dystrybucji czy zmniejszenia nakładu – brak. Mógłbym tak jeszcze dłużej wymieniać. Generalnie wygląda to tak, jakby w Fabryce już dawno pogodzono się z losem magazynu, bo nie zrobiono absolutnie nic w celu utrzymania go przy życiu.

  2. cranberry pisze:

    No, to, co piszesz teraz, brzmi zupełnie inaczej niż fragment, który mnie zastanowił.
    Tak czy owak: ech… 😦

  3. Kruchy pisze:

    Cóż, Szanowny Autorze, z Twojego komentarza wynika, że wręcz przeciwnie – od dawna dostrzegałeś, że pismo upada, gdzie więc widziałeś owe symptomy żartu w oświadczeniu RD?
    Raz piszesz jedno, raz drugie.
    Wypadałoby dbać bardziej o wywód.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Gwoli ścisłości, z mojego komentarza nie wynika, że od dawna dostrzegałem, że pismo upada – wynika z niego tylko, że nic się nie robi, aby pismu pomóc. Jeśli nic się nie robi, żeby problemowi zaradzić, to znaczy, że problemu tak naprawdę nie ma. A skoro problemu nie ma, oświadczenie można potraktować jako żart. Choć przyznaję, mało śmieszny.
      Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśnia.

  4. Kruchy pisze:

    Gwoli ścisłości, jeżeli Ty nie dostrzegasz, że się niczego nie robi, to wcale nie znaczy, że problemu nie ma. Teza o tym, że nic się nie robi, by pismo utrzymać, jest równie ryzykowna i niepodparta jakimikolwiek dowodami, jak wyssane z palca „wskazówki” dowodzące żartu.
    Nic bym już tu nie pisał, bo wobec tempa sieciowej egzystencji sprawa z zawieszeniem pisma to już zeszłoroczny śnieg, ale fascynuje mnie, jak u osoby predysponującej do statusu literata może istnieć takie niezrozumienie własnego przekazu.
    Cóź, spróbujemy małymi kroczkami:

    1) Piszesz, że dostrzegasz wskazówki dowodzące żartobliwego charakteru oświadczenia RD.

    2) Zapytany „jakie wskazówki?” przez czytelniczkę bloga, odpowiadasz w kompletnie niezwiązany z tematem sposób, że „…czasopismo nie zrobiło absolutnie NIC, aby się utrzymać na rynku.” Co już samo w sobie jest kuriozalne, bowiem zrobiło. Reklama na poziomie zerowym (rozumiem, że chodzi Ci o inne media niż sieć) nie wynika z braku chciejstwa, ale funduszy właśnie – jakich pismo nie przynosiło. Reklamowanie tworów Fabryki wcale nie pożerało największej przestrzeni reklamowej na łamach pisma, największą oddawano grom i to w kolorze (także okładki) – to był sposób na ratowanie SFFiHa, uśmiechanie się do targetu graczy, ogromnego targetu graczy. Równie dziwne jest twierdzenie, że nie próbowano zmniejszać nakładu – próbowano i to zrobiono, przestudiuj stopki redakcyjne na przestrzeni kilku lat, bo chyba tego nie zrobiłeś. Prób zmiany kanału dystrybucji nie rozumiem już w ogóle – pismo było obecne w wersji cyfrowej, było obecne w empikach, salonikach, kioskach nawet. Z dystrybucją SFFiHa akurat nie było najmniejszych problemów – istniał nawet program pomocy czytelnikom, którzy mieli problemy z zakupem prasy w małych miastach i za granicą (i był skuteczny).
    Cały Twój wywód odpowiadający na pytanie Cranberry, w ogóle na to pytanie nie odpowiada. Po prostu wykręcasz kota ogonem, rzucając przy okazji absurdalną tezą, że Wydawca nie starał się utrzymać swojej własnej inwestycji na rynku. Nic dziwnego, że pytająca nie pociągnęła dyskusji.

    3) Kiedy zwracam Ci uwagę, że Twoja odpowiedź, o tym, że Wydawca nie robi NIC, by pismo utrzymać, dowodzi – wręcz przeciwnie – tego, że oświadczenie RD nie jest żartem, odpisujesz mi ponownie nie na temat (patrz pierwsze dwa zdania tego komentarza).
    A ja, naiwny ja, wciąż czekam, aż się ustosunkujesz i wskażesz mi te „wskazówki” Twoim zdaniem dowodzące, że RD sobie jaja robił.
    (choć oboje dzisiaj już wiemy, że nie robił, a ja podejrzewam, że wskazówek nie było, a Ty po prostu chlapnąłeś sobie coś w notce blogowej i nie chcesz się przyznać)
    Pozdrawiam i liczę na wyjaśnienie. Zawsze to miło, gdy literat bierze odpowiedzialność za swoje słowa.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Spokojnie, bo pachnie frustracją na kilometr. To nie ja doprowadziłem do sytuacji, w jakiej znalazło się pismo, więc proszę mnie nie linczować. Ja tylko wyrażam swoje na temat tej sytuacji zdanie. A zdanie jest mianowicie takie:
      – do reklamy wcale nie są potrzebne gigantyczne fundusze tylko odrobina chęci i dobrej woli. Doskonałym przykładem są działania Dobrych Historii mające na celu wypromowanie czasopisma Coś na progu. Poza tym, na żadnym konwencie na którym byłem nie trafiłem na spotkanie z redakcją SFFiH, nie było ich punktu, afiszy, standów… nic. A Nowa Fantastyka? Jak najbardziej. Ale może po prostu nie bywałem na właściwych konwentach…
      – sprawdziłem stopki redakcyjne i to na długo przed napisaniem tej notki, bo mnie jako autora zżerała ciekawość w kwestii nakładu. Zmiana z 10 tys na 9 tys na przestrzeni ponad roku to niewielka zmiana, kiedy widzi się jak pod koniec miesiąca w każdym Empiku wciąż tkwi po kilka niekupionych sztuk
      – dystrybucja: niby elektroniczna wersja była, ale za ponad 2/3 ceny papierowej a, o ile się nie mylę, z tą samą zawartością… kiepski deal, gdyby ktoś mnie spytał
      Co do tego nieszczęsnego „żartu” sprawa jest prosta, a wynika z tego, że oświadczenie pojawiło się w numerze kwietniowym – a numery kwietniowe czasopism standardowo kojarzone są z rozmaitymi żartami i tzw. „Easter eggs”.
      I zaufaj mi, drogi Kruchy, żałuję równie mocno jak wiele innych osób, że nie okazało się takim właśnie nietrafionym żartem…
      Pozdrawiam.

  5. Kruchy pisze:

    Ależ gdzie frustracja? Ot, rozmowa. Proszę nie imputować, bo zacznę projekcję podejrzewać.
    Pytanie pierwsze, dla rozruszania umysłu: gdzie zarzuciłem Ci doprowadzanie pisma do upadku? A już „lincz”, to słowo ogromne, gatunkowo przyciężkie, skąd się ono wzięło? Przecież nikt tutaj w nikogo kamieniami nie rzuca.
    Reklama Dobrych Historii w porównaniu z reklamą SFFiH nie istnieje. Strona (a raczej zaślepka), gdzie można zamawiać pismo i niemrawe forum, to nie jest jakaś szczególna reklama. Obecność na konwentach również – porównaj to do SFFiHa, który posiadał najprężniejsze forum z polskich pism fantastycznych (o ile nie literackich w ogóle). Obecny był również na konwentach. A że Ty na nich nie trafiłeś – cóż, to akurat nie jest argument, bo ja mógłbym na takim argumencie zbudować tezę, że mają hiper-super-wielgachną reklamę, skoro ja na nich trafiłem (bo trafiłem). Zresztą, akurat konwent to nisza – jeżeli chodzi o czytelników – konwenty nie są dla miłośników literatury i pismo stricte literackie niewiele na nich ugra.
    Co do „dobrej” reklamy wydawnictwa DH, to już raz taka akcja reklamowa – bliźniaczo podobna – była robiona, w przypadku „Lśnienia”, które umarło po trzech numerach. A to, przyznasz, wynik nieszczególny. Miejmy nadzieję, że CNP nie powtórzy falstartu (choć mam obawy, głównie targetowe).
    I proszę nie dodawać swoich określeń do moich słów (bo ponownie frustracją zapachnie) – nie napisałem „gigantyczne” fundusze, napisałem, że są potrzebne fundusze, a SFFiH się nie zwracał wydawnictwu, zaś naczelna zasada dobrego biznesu mówi, że jak się dokłada, to się długo nie pociągnie.
    Jedziemy dalej – stopki redakcyjne.
    Uczyń wysiłek i sprawdź więcej niż rok. Bo rok, to nic. Zobaczysz różnicę w nakładzie.
    Elektroniczna wersja z innym kontentem (za który trzeba zapłacić – redakcja/edycja/korekta/skład/grafika/gratyfikacje autorskie), za mniejszą cenę (2/3) – to by był zły deal – dla wydawcy. Szczególnie, że elektroniczne wersje, to nisza.

    A żart nie pojawił się w kwietniu, tylko o wiele wcześniej (16 marca), na stronie pisma i forum. I powiedz mi, co wydawnictwo mogłoby ugrać takim nieszczęsnym żartem, który nie został zdementowany przez dwa tygodnie przed 1 kwietnia?
    Przecież to byłoby oczywiste osłabianie marki. Takie żarty to się ogłasza w prima aprilis. Nie dwa tygodnie wcześniej. I to właśnie, jak i kilka innych rzeczy, wskazywało na fakt, że to nie był żart.
    Ale Ty znalazłeś jakieś wskazówki, że to są jaja. Ja wciąż, o naiwny, czekam na nie.
    Bo podobnie jak Ty, choć nie byłem wielkim fanem SFFiHa, żałuję upadku pisma.
    I też bym chciał, by to były jaja.
    Kolejne pozdrowienia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s