„Welin” Hala Duncana – recenzja

Na łamach tego bloga nie raz i nie dwa wspominałem o radykalnej zmianie, jaka nastąpiła w powszechnym postrzeganiu fantastyki. To, co kiedyś stanowiło niszę, stało się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad częścią szeroko pojętego mainstreamu, a filmy i książki z kręgu fantastyki są w stanie zarabiać sumy przyprawiające znakomitą większość konkurencji o zawistne zgrzytanie zębami. Prawdą jest jednak, że słowa te sprawdzają się przede wszystkim w kontekście fantastyki raczej łatwej i przyjemnej, widowiskowej i zaspokajającej te same potrzeby, które dawniej zaspokajały teksty stricte przygodowe. Jest jednak i drugie oblicze fantastyki: swoisty niepokorny evil twin, który wciąż chce sięgać dalej, próbować nowego i nie boi się eksperymentować, a co za tym idzie – popełniać błędów. Cóż, jeśli tym, czego szukacie, jest właśnie literatura z wszech miar nietuzinkowa i oryginalna, tak pod względem warsztatu jak i treści, zapraszam do Welinu – świata światów, dominium, gdzie wszystko jest możliwe.

Welin to powieściowy debiut szkockiego autora, Hala Duncana i zarazem pierwszy tom dylogii Księga wszystkich godzin. W oryginale ukazał się w roku 2005, do nas przywędrował za sprawą tłumaczenia Anny Reszki i wydawnictwa Mag rok później, w 2006. Obsypany nagrodami i rozmaitymi nominacjami natychmiast uczynił z mieszkańca Glasgow jedno z gorętszych nazwisk współczesnej fantastyki. Czy zasłużenie?

Historię, którą opowiada Welin trudno skrótowo opisać. Niby pojawiają się wątki, które można konkretnie zdefiniować: jest konflikt aniołów i demonów, jest rodzeństwo, które chce uniknąć brania w tej wojnie udziału. Mamy Księgę wszystkich godzin, artefakt, w którym zapisano przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wszystkich światów, mamy też błądzącego po tych krainach samotnego podróżnika. Mamy wreszcie ekspedycję poszukującą śladów mowy stworzenia, cyberpunkowego anarchistę i archetypiczną wyprawę do krainy umarłych. Teraz wyobraźcie sobie, że każdy z tych wątków opowiedziano na kilka różnych sposobów, umieszczając je w różnych czasach, różnych realiach, obsadzając tych samych bohaterów w różnych rolach. Dodajcie do tego mityczne odpowiedniki tych historii, wariacje zaczerpnięte z legend starożytnego Sumeru, Persji, Grecji, z tradycji judeochrześcijańskiej. A później wrzućcie to wszystko do miksera i wciśnijcie przycisk ON. Oto Welin: szaleńczy kolaż, kalejdoskop zdarzeń i myśli, literacki gabinet luster czy, jak to określa sam autor, „kubistyczna epicka fantasy ”.

Po prostu jazda bez trzymanki.

Największą zaletą Welinu jest bez wątpienia warsztat autora. Duncan pisze w sposób unikatowy, bardzo zręcznie łącząc ze sobą kwiecisty miejscami styl i naładowane emocjami epitety. Językowa elegancja staje u niego ramię w ramię z pisarstwem dosadnym, wulgarnym, bezkompromisowym. Sugestywne opisy otoczenia zabierają nas w wyjątkową podróż, a bardzo wiarygodnie oddane przemyślenia (autor momentami ociera się wręcz o strumień świadomości) pozwalają wczuć się w rolę rozmiatych bohaterów i  świadków przedstawianych zdarzeń. Duncan jawi się też jako baczny obserwator ludzkich zachowań, błyskotliwy krytyk i amator homo sapiens w jednej osobie.

Styl Szkota potrafi momentami zmęczyć. Na nudę nie sposób narzekać, ale pozorny bałagan może niektórych skutecznie zrazić do czytania, a mnogość ogólnokulturowych odwołań może sprawić, że części odbiorców Welin wyda się przesadnie zagmatwany, niejasny, przekombinowany. Czytelnik w pewnym momencie może mieć też dość na wpół poetyckiej narracji, dość odwołań do mitologii czy popkultury i upomnieć się o ten element, który większość z nas przyciąga do danego tytułu: fabułę. Fabuła oczywiście u Duncana jest obecna, ale dopiero jakby na trzecim planie. Istotniejsi od niej wydają się bohaterowie i tu rzecz szczególna – mimo że zamiast standardowych bohaterów otrzymujemy raczej archetypy, które  zależnie od wersji danej historii przyjmują nieco inną postać, sprawiają one wrażenie ludzi z krwi i kości, do bólu autentycznych i bardzo szybko zapadających w pamięć. Osiągnięcie, za które autorowi należą się szczere brawa. Dopiero pod tym niesamowitym miszmaszem postaci i literackiego kontrolowanego chaosu kryje się właściwa fabuła, na którą składa się kilka powiązanych ze sobą wątków. Prostych, ale w tej swojej prostocie poruszających, wymownych, budzących liczne skojarzenia z sytuacjami, które każdy z nas zna z życia codziennego. Jeśli bowiem jest coś, co Duncan chce za pośrednictwem Welinu powiedzieć, to chyba to, że nic tak naprawdę się nie zmienia, nasza natura pozostaje taka sama, a ludzie współcześni wbrew pozorom nie różnią się znacząco od tych z czasów starożytnych.

Oprócz tej archetypiczności ludzkich zachowań, niezmienności naszych lęków, pragnień i nadziei, są inne tematy, które podejmuje autor. Dotyka na stronach Welinu kwestii religijności, lojalności, przyjaźni i miłości, odpowiedzialności i poczucia winy, okropieństw wojny. Opisuje miłość heteroseksualną i homoseksualną, opowiada o samotności i potrzebie towarzystwa drugiego człowieka, o tolerancji, dykryminacji i nienawiści, o anarchiach, rewolucjach i wyrachowaniu politycznych sił, o przezwyciężaniu trudności i dokonywaniu wyborów, o potędze historii. Duncan przypomina zapomniane mity, wskazuje podobieństwa, pasjami wylicza toposy, które raz po raz objawiają się w kulturze i nie chcą odejść w zapomnienie. Dużo tego jest, potwornie dużo, i w efekcie otrzymujemy po trochę wszystkiego, a Welin przypomina danie pełne przypraw i smaków, melodię pełną tematów i nut – dzieło niepowtarzalne, ale niestety trochę pozbawione motywu  przewodniego, który uczyniłby powieść tekstem bardziej spójnym, zrozumiałym i porywającym.

Powiedzmy to sobie wprost – Welin nie jest łatwym czytadłem. To książka wymagająca od czytelnika skupienia, cierpliwości, obeznania zarówno z kulturą wysoką jak i popularną. To utwór, który równocześnie męczy i zachwyca, wiele żąda, ale wiele też oferuje. Mieszanka prozy Salmana Rushdiego, Amerykańskich Bogów Gaimana i wulgarnego kina sygnowanego przez Guya Ritchiego czy Tarantino – to chyba najtrafniejsze skojarzenie, które rodzi się po przeczytaniu Welinu. I choć książka może momentami sprawiać wrażenie przeintelektualizowanej, choć niektórym może przeszkadzać narracyjny chaos i nagromadzenie nieraz sprzecznych konwencji, z całą pewnością warto po dzieło Duncana sięgnąć. A nuż otworzy przed nami drzwi, które w innym przypadku pozostałyby zamknięte?

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s