Stephen King, Bastion – recenzja

Pierwszy raz z twórczością Kinga, aż wstyd się przyznać, zetknąłem się dzięki telewizji. Miałem jakieś czternaście, piętnaście lat, kiedy pod nieobecność rodziców mój brat sprosił paru kumpli na wieczór filmowy. Wśród przyniesionych kaset (tak, tak, stare dobre VHSy… aż łezka się w oku kręci) znalazł się absolutnie najlepszy horror, jaki kiedykolwiek widziałem – Lśnienie z Jackiem Nicholsonem w reżyserii Stanleya Kubricka. Majstersztyk. Jakiś czas później trafiłem u znajomego na pierwszą część Mrocznej Wieży. To była dobra książka, bardzo dobra, choć wtedy byłem jeszcze za młody i zbyt głupi, żeby w pełni ją docenić… niemniej jednak połknąłem haczyk. Przez następne lata przeczytałem całą Mroczną Wieżę (w tym raz w oryginale), okazjonalnie chwytałem też za inne utwory tego autora, chętnie oglądałem filmowe adaptacje. I choć nigdy nie wymieniłbym Kinga wśród, dajmy na to, pięciu pisarzy, których cenię sobie najbardziej, o tyle należy on z całą pewnością do grona autorów, którzy mają to COŚ.

Do Bastionu przymierzałem się dość długo. Przerażała mnie – i najpewniej nie tylko mnie – wielkość tej cegiełki: ponad 1100 zapisanych drobnym drukiem stron. Ale w końcu zwyciężyła ciekawość regularnie podsycana wiedzą, że ta powieść to klasyka literatury post-apokaliptycznej, do fascynacji którą przyznawałem się nie raz i nie dwa. Zagłębiłem się w opisywany przez Kinga świat ostrożnie, jakbym wchodził na pole minowe… ale prędko dałem sobie spokój z ostrożnością. I po prostu cieszyłem się, naprawdę bardzo się cieszyłem, że w końcu sięgnąłem po tę książkę.

Bastion to opowieść o zagładzie i tym, co przychodzi po niej. W tym przypadku katastrofa nie przybiera formy nuklearnego konfliktu, ale wirusa super grypy przypadkiem wypuszczonego z wojskowego ośrodka badawczego. Kapitan Trips, bo takim mianem szybko ochrzczono tego bezwzględnego zabójcę, w błyskawicznym tempie masakruje ludność Stanów Zjednoczonych (a później i całej planety), pozostawiając przy życiu śmiesznie mały odsetek uodpornionych szczęśliwców. Ci muszą odnaleźć sposób na przetrwanie w świecie pełnym trupów, gdzie nagle znika dostęp do rzeczy dotychczas branych za pewnik. Wkrótce też nadchodzą sny: o tytułującej się wysłanniczką Boga starej, czarnej kobiecie oraz o mrocznym mężczyźnie, który samym spojrzeniem może odebrać człowiekowi rozum. Wśród ocalałych z wolna powstają dwa stronnictwa, które, jak się wydaje, nie mają szans na pokojową koegzystencję…

King znany jest ze skrupulatności z jaką tworzy swoich bohaterów. W Bastionie przeszedł samego siebie – zarówno pod względem liczby postaci, jak i precyzji, z jaką zostały one opisane. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że King zamierza zanudzić czytelnika kolejnymi życiorysami… niezależnie od tego, czy autor rysuje nam przed oczyma wyobraźni osobę ciężarnej piękności z niedużego miasteczka, prześladowanego przez los niemowy, szalonego podpalacza czy ponad stuletniej murzynki, potrafi życie i myśli każdej z tych postaci przedstawić w sposób tak atrakcyjny, że trudno oderwać się od lektury. Wydaje się, jakby King mimochodem przypominał nam, że życie nie potrzebuje pierwiastka fantastyki, by zachwycać, intrygować i dostarczać mnóstwa różnych emocji.

W pewnym momencie jednak ten fantastyczny pierwiastek wchodzi z butami w snutą opowieść. King sugestywnie opisuje świat, który padł ofiarą Kapitana Tripsa, nie boi się pokazywać różnych okropieństw składających się na nową rzeczywistość. Z jednej strony otrzymujemy porażającą wizję zmasakrowanego rodzaju ludzkiego, z drugiej natomiast powiew niemal biblijnego mistycyzmu objawiającego się w snach, proroctwach i innych niezwykłych zdarzeniach. U Kinga to poczucie magiczności toczy nieustającą walkę z racjonalizmem i w gruncie rzeczy to czytelnik musi sam zdecydować, który z tych dwóch sposobów postrzegania akcji wybierze.

Bastion zachwyca pod wieloma względami. Niesamowite wrażenie robi rozmach całej opowieści i fakt, że autor trzyma się swojej wizji – narzucona od samego początku szczegółowość narracji utrzymywana jest do samego końca i mimo że chwilami zdarzają się fragmenty, które można by usunąć bez straty dla treści, ta żelazna konsekwencja Kinga czyni opowieść niezwykle spójną. Jak zwykle u tego pisarza, i tutaj świetnie sprawdza się przeskakiwanie między bohaterami, umożliwienie czytelnikowi spojrzenia na pewne wydarzenia z różnych punktów widzenia, zapoznanie się z różnymi światopoglądami. W efekcie Bastion przypomina trochę kalejdoskop zdarzeń i postaci, a trochę gigantyczną mozaikę układaną z maleńkich kamyczków. Mozaikę, którą na podobieństwo mandali, bardzo łatwo zniszczyć, czego King nie boi się zresztą czynić – nie raz obchodzi się ze swoimi bohaterami bardzo brutalnie, sprawiając tym samym, że opowiadana historia wydaje się tym bardziej dramatyczna, wiarygodna i wciągająca.

Gdybym musiał się do czegoś w Bastionie przyczepić, nie byłby to wcale środek powieści, krytykowany przez niektórych jako zbyt rozwleczony i nużący – wręcz przeciwnie, na mnie wywarł niesamowite wrażenie, bowiem pozwala dostrzec w Kingu nie tylko pisarza świetnie dawkującego napięcie, ale też wnikliwego obserwatora ludzkich zachowań i wprawnego socjologa. Najsłabiej moim zdaniem wypada zakończenie opowieści – nieco naciągane i pozbawione epickości, której można by się spodziewać po pełnych rozmachu przygotowaniach. King pisząc zarówno o Bastionie, jak i o Mrocznej Wieży nie raz wspominał o tym, że marzyła mu się wielka powieść pokroju Władcy Pierścieni. Jeśli taki przyświecał mu cel, szkoda że zapomniał o swoistym odpowiedniku oblężenia Minas Tirith…

Bastion to dzieło niesamowite. Ta potężna powieść łączy w sobie elementy horroru, pełnokrwistej fantastyki, powieści obyczajowej… a przecież pojawiają się też wtręty psychologiczne, wątki humorystyczne i miłosne. Wyglądać to może na potworny galimatias, ale King jakimś cudem wychodzi z tego przedsięwzięcia obronną ręką – jego historia jest spójna, w znakomitej większości sensowna, logiczna, wręcz wiarygodna, co w przypadku podobnej tematyki jest już komplementem ponad miarę. Stworzony przez autora klimat zwala z nóg, a kolejne wątki żyją w pamięci jeszcze na długo po przeczytaniu ostatniego zdania. To nie jest powieść tylko dla fanów Kinga czy miłośników post-apokaliptycznych klimatów. To nawet nie jest powieść dla fanów fantastyki. To książka dla każdego, kto lubi od czasu do czasu otworzyć książkę i pozwolić, by pisarz zabrał go w jedną z tych podróży, które wspomina się do końca życia.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Stephen King, Bastion – recenzja

  1. Nie ma się czego wstydzić, w moim pierwszym spotkaniu z Kingiem też pośredniczyła telewizja. Nota bene obejrzałem wtedy kapitalny mini-serial na podstawie właśnie „Bastionu”. Sama książka uśmiecha się do mnie z półki, ale jeszcze się z nią nie zmierzyłem. Mam za to za sobą lekturę drugiego zawodnika wagi superciężkiej, „Tego” (dokładnie o 64 strony lżejszego;]).

    • Marcin Rusnak pisze:

      Kapitalny, powiadasz? Miałem odłożyć oglądnięcie tego mini-serialu na luźniejszy okres po EURO, ale po takiej rekomendacji chyba się nie powstrzymam… 🙂
      I jak to „TO”? Warte poświęconych mu godzin?

      • Warte. Dla mnie to zdecydowanie najstraszniejsza książka Kinga. I w dodatku chyba najbardziej udany flirt z „literaturą artystyczną”. Może obok „Historii Lisey”, którą na marginesie także polecam;].

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s