Z wakacyjnego pamiętnika wrocławskiego belfra cz.2

No i już. Moje ostatnie normalne wakacje – jak niektórzy co złośliwsi regularnie podkreślają – dobiegły końca. Ostatnie wakacje bez pociechy, która wymaga troski, opieki i wszechstronnej atencji. Ostatnie wakacje, kiedy mogłem folgować każdemu kaprysowi i sam byłem sobie sterem, żeglarzem i okrętem.

Czy coś.

Nie wiem, jak będzie za dwanaście miesięcy. Wiem natomiast, że w kolejny rok szkolny wchodzę z zapasem sił i pozytywnej energii, w nagromadzeniu których pobyt w Chorwacji był nieocenioną pomocą.

A właśnie, Chorwacja.

Wyjechaliśmy w sobotę, jedenastego sierpnia, tuż przed czwartą nad ranem. Żegnał nas rzęsisty deszcz – i to żegnał długo i wytrwale, bo ulewowo-słoneczna sinusoida wzięła na wstrzymanie dopiero przy granicy austriacko-słoweńskiej, na rzecz słońca oczywiście. Pierwszy dzień drogi zwieńczyła wizyta w jaskini w Postojnej – rzecz absolutnie piękna i urzekająca. Powalał majestat gigantycznych jam, formy naciekowe olśniewały bogactwem i różnorodnością. Zresztą jest to jedna z tych sytuacji, gdy słowa okazują się zawodne, można bowiem o Postojnej mówić i mówić, nie zbliżając się wcale do wiernego oddania jej niezwykłego wnętrza. To po prostu trzeba zobaczyć, więc jeśli nie mieliście okazji tam zajrzeć, a traficie kiedyś w okolice Słowenii – nie wahajcie się ani chwili.

Tutaj oczywiście przydałoby się oszałamiające zdjęcie. Sęk w tym, że fotki pstrykali nasi znajomi i minie nieco czasu, zanim te zdjęcia trafią w moje brudne łapska. Jednak kiedy już trafią obiecuję dodatkowy wpis. Stricte zdjęciowy. Normalnie fotoblog. Ale będziecie oszołomieni, już to widzę. 100% oszołomienia. Serio, serio.

Ale do rzeczy.

Na miejsce – do wioski zwanej Kneže na malowniczej wyspie Korčuli – dotarliśmy następnego dnia wieczorem, ale nie lada wrażeń dostarczyła nam już sama podróż. Te spalone słońcem góry Dalmacji, nakrapiane zielonymi łatami niby olbrzymimi kępami mchu… coś pięknego. A kiedy już byliśmy na promie i widzieliśmy jak te skaliste olbrzymy opadają stromo wprost do Adriatyku, patrzyliśmy jak kadłub statku rozcina lazurową taflę i zostawia za sobą biały kilwater – wtedy już naprawdę poczuliśmy, że jesteśmy na wakacjach.

Następne dwanaście dni przypominało sen. Plaża dwadzieścia metrów od domu, woda tak ciepła, że nie chce się z niej wychodzić, kolacje na tarasie, w świetle zachodzącego słońca lub już pod czarnym niebem upstrzonym tysiącem gwiazd. Jak to często bywa, wrażenia i wspomnienia z poszczególnych dni zacierają się i mieszają ze sobą, ale nie przeszkadza mi to. Mniejsza o chronologię, ważniejszy jest fakt, że te wspomnienia wciąż są żywe, wciąż obecne, wręcz namacalne, i oby tak pozostało. Obym jak najdłużej, ile razy zamknę oczy, widział skalisty brzeg półwyspu Pelješac i popołudniowe słońce odbijające się w lustrze wody setką wesołych refleksów.

Zresztą takich odłamków wspomnień, przemieszanych ze sobą niczym rozsypana układanka jest znacznie więcej. Jest tam widok ryb, jeżowców, ukwiałów i wodorostów. Jest słodycz dojrzałych fig zerwanych prosto z drzewa i sól morskiej wody. Są wąskie, kamienne uliczki Dubrownika oraz jego potężne mury, gdzie słońce pali skórę i wyciska z człowieka wszystkie soki. Jest zapach grillowanych ryb, i schłodzonych w lodówce melonów, i winogron, drobnych, ale upajająco słodkich. Jest też widok otoczonej drzewami i niemal pionowymi ścianami zatoki w Pupnatskiej Luce czy smak grejpfrutowego radlera pitego na skałach u podnóża Korčulańskich murów, o krok od fal bijących w skały  nieregularnym rytmem. Chleb z oliwą i solą, małże, domowe wino z kostkami lodu stukającymi o szklane ścianki… długo można by tak wymieniać. Długo.

Oczywiście wszystko to nie byłoby wiele warte, gdyby nie było z kim tego dzielić. Pod tym względem też nie miałem powodów do narzekań: towarzyszyła mi nie tylko moja piękna i kochana żona (stopniowo zaokrąglająca się w miejscach kluczowych dla kobiet w stanie błogosławionym), ale całe grono znajomych, dzięki którym te szesnaście wspólnie spędzonych dni było pełne śmiechu, dobrej zabawy, rozmów mniej lub bardziej poważnych, ale zawsze ciekawych i generalnie wszystkiego tego, co czyni gremialne wyjazdy pożądanymi. Gdyby nie oni, nie byłoby nawet w połowie tak fajnie. Jeśli to czytacie, dzięki serdeczne Wam wszystkim!

Koniec wyjazdu nadszedł, jak zwykle, niespodziewanie. Jednego dnia jeszcze cieszyliśmy się słońcem, plażą, morzem i wspólnym towarzystwem, drugiego już pędziliśmy serpentynami, żeby zdążyć na poranny prom. Zwieńczeniem pierwszego dnia podroży powrotnej była wizyta w Jeziorach Plitwickich, miejscu wprost niebywałej urody. Ta turkusowa woda przelewająca się kaskadami z jeziora do jeziora, te liczne wodospady, porośnięte niemal seledynowym mchem kamienie, całe ławice ryb walczących z nurtem krystalicznie czystych strumieni… coś pięknego. I ponownie, tak jak z jaskinią w Postojnej jest to coś, czego nie sposób opisać – to po prostu trzeba samemu zobaczyć.

A później była już tylko autostrada, ryk silnika, strugi deszczu walące o przednią szybę i Chris Robinson wrzeszczący z samochodowych głośników: „Can you make this thing go faster?!”. Długie godziny trasy prowadzącej z powrotem do Wrocławia, do domu.

Podsumowując:

Przejechane kilometry: około 2,8 tys.

Przeczytane książki: cztery (ABC Christie, Cmętaż zwieżąt Kinga, Cień wiatru Zafona i Amulet of Samarkand Strouda)

Nowo poznane gry towarzyskie: trzy (Cytadela, Sabotażysta, The Resistance: Agenci Molocha)

Niezapomniane wrażenia: całe mnóstwo.

I oby tych ostatnich wystarczyło na jak najdłużej, bo nadchodzące miesiące będą z pewnością wymagały dużo cierpliwości, energii i pozytywnego myślenia.

Pozdrawiam Was serdecznie, do przeczytania wkrótce!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s