Mała, czy możesz polubić swojego faceta?

Larry Underwood jest jednym z bohaterów powieści Stephena Kinga pt. Bastion. Bohaterem, jak to u Kinga, z krwi i kości. Larry nie jest pozbawionym skazy i zmazy rycerzem na białym koniu; nie ma też wiele wspólnego z cynicznym rewolwerowcem, dla którego zabić to tyle co splunąć. O nie, Larry Underwood jest samolubnym gnojkiem, który, gdy tylko uśmiechnęło się do niego szczęście – nagrał przebojowy numer „Mała, czy możesz polubić swojego faceta?” – wpadł po uszy w długi i narkotyki. To typowy duży dzieciak, stereotypowa niemalże ofiara ery konsumpcjonizmu; człowiek, którego motorem działania jest ego i zmienne kaprysy. Larry bierze, od każdego, kto jest gotów mu coś ofiarować, niewiele slbo zgoła nic nie dając w zamian. Możemy się nad nim litować albo mu współczuć, może nas ten Larry Underwood nieco drażnić. Ale – podobnie jak dziecko, którym w głębi duszy jest – nie sposób go naprawdę znienawidzić.

Łatwo sobie wyobrazić kim nasz bohater stałby się po kilkunastu latach, gdyby King pisywał powieści obyczajowe. Mielibyśmy najpewniej do czynienia z zaćpanym ekspiosenkarzem, przebrzmiałą gwiazdą rocka, która kisi się we własnym zgorzknieniu i pogrąża coraz bardziej w bezsensownej, skoncentrowanej na samym sobie egzystencji. Jednak – i chwała mu za to! – King nie pisuje powieści obyczajowych (a przynajmniej nie stricte obyczajowe). W Bastionie świat dotyka apokalipsa pod postacią pandemii supergrypy i przeżywa mniej więcej promil dawnej populacji. W tym Larry Underwood, samolubny szczęściarz. Jednak ciężkie warunki, konieczność walki o przetrwanie, potrzeba towarzystwa oraz bliskości innych osób sprawia, że Larry przechodzi powolną, ale zauważalną ewolucję. Staje się stopniowo człowiekiem odpowiedzialnym, zdolnym do podejmowania świadomych wyborów i rozumie, że najłatwiejsze rozwiązania zazwyczaj nie są tymi najlepszymi. Kiedy cywilizacja odradza się z popiołów w miasteczku Boulder, nasz były piosenkarz staje się jednym z jej filarów.

Ok., klasyk. Facet zmienia się nie do poznania. To już było, nie raz i nie dwa. Niejeden tekst literacki opisywał przemianę kanalii w faceta, z którym chciałoby się wypić piwo i pooglądać mecz w telewizji. Same old, same old.

Nic dziwnego – w literaturze było już niemal wszystko. Dotyczy to w szczególności literatury popularnej, a gdy pomyśli się o zaludniających ją bohaterach, to już w ogóle nic tylko siąść i płakać. Normalnie stereotyp na stereotypie, klisza na kliszy, niemal każdy współczesny heros kryje pod makijażem wytwór cudzej wyobraźni. Doktor House to przecież stary dobry Sherlock Holmes. Koniasz Zambocha to Clint Eastwood z pierwszego lepszego spaghetti westernu, tylko z mieczem zamiast wysłużonego colta. Czy kapitan Jack Sparrow nie jest przypadkiem nieco mniej kochliwą, a bardziej wyrachowaną wersją Hana Solo? Czy Harry Potter nie ma wyjątkowo dużo wspólnego z Lukiem Skywalkerem? Kim jest Albus Dumbledore, jeśli nie bardziej dobrotliwym i mniej skorym do popełniania błędów Gandalfem… a i czy sam Gandalf tak bardzo różni się od naszego starego znajomego, czarodzieja Merlina?

Po co o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że przeczytałem Koniec świata w Breslau Krajewskiego (tak, niektórzy już mi wytknęli, że jestem lekko nie na czasie) i jestem zwyczajnie zniesmaczony. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – do samego utworu nic nie mam. Zarzutów nieco by się znalazło, ale nie czas i miejsce na ich prezentowanie. Uważam, że fenomen Krajewskiego jest do pewnego stopnia uzasadniony, autor posługuje się bowiem niebanalnym stylem, umiejętnie snuje opowieść, a realia przedwojennego Wrocławia oddaje z prawdziwym znawstwem: w sposób fascynujący i cokolwiek urokliwy. Sama historia też jest niezgorsza, a wątki poboczne bardzo zacnie przeplatają się z główną osią fabuły. A jednak coś mi nie zagrało i tym czymś był bohater.

Nie przepadam za postaciami pozbawionymi wad i chyba nie jestem w tym względzie osamotniony. Jest w nas coś takiego, że lgniemy do sympatycznych drani, do antybohaterów: pozwolę sobie założyć, że znakomita większość publiczności woli Hana Solo od Luke’a Skywalkera, Jacka Sparrowa od Willa Turnera, House’a od Wilsona czy Doca Hollidaya od Wyatta Earpe’a. Ale są pewne granice, po przekroczeniu których pojawia się niesmak i bohater jest przekreślony. Cokolwiek się wydarzy, wiem że go nie polubię – ba, nie zrozumiem nawet. I Eberhard Mock przekracza tę granicę.

Powiedzmy to sobie wprost: bohater Krajewskiego to gwałciciel, gbur, nieokrzesany prostak (co stoi w dziwnej opozycji do jego klasycznego wykształcenia i pozycji społecznej), alkoholik i morderca. To facet, w którego usta Krajewski niejednokrotnie wstawia one linery, które zamiast uśmiechu czy podziwu wzbudzają u czytelnika raczej zażenowanie albo zwyczajny wstręt. Mock to wreszcie pozbawiony empatii, antypatyczny egocentryk, który żąda od swoich podwładnych znacznie więcej niż wymaga od samego siebie; to hipokryta, żonglujący swoimi zasadami moralnymi zależnie od potrzeby chwili. I co najgorsze, a co odróżnia go chociażby od wspomnianego na początku Larry’ego Underwooda – Mock się nie zmienia. A jeśli się zmienia, to ja jestem zbyt ślepy, żeby to dostrzec.

I w tym momencie pojawiło się nurtujące mnie pytanie: jak inni odbierają Mocka? Czy czytają książki Krajewskiego niejako mimo postaci głównego bohatera? A może są i tacy, dla których podobny protagonista jest atutem? Bo to zawsze jakiś powiew świeżości w dość skostniałym jednak kryminale – ba, w skostniałej do pewnego stopnia literaturze popularnej? Jeśli tak – kim są ci ludzie? Czy identyfikują się z głównym bohaterem, czy postrzegają takie teksty już tylko przez pryzmat zagadki logicznej czekającej na błyskotliwe rozwiązanie?

A może wina leży po mojej stronie? Może to ja – trzymając się w dużej mierze utartych kanonów epickiej fantastyki, kryminału, sensacji, czepiając się kurczowo tego wyświechtanego binarnego konfliktu dobra i zła – nie dojrzałem do takiego bohatera? Może moje skromne życiowe doświadczenie nie pozwala mi się identyfikować z kimś podobnym, rozumieć jego rozterki i popełniane przez niego błędy, dostrzegać w nim jakieś – może nieco wyolbrzymione, ale zawsze – odbicie samego siebie?

Nie wiem. I chyba nie chcę się dowiedzieć. Dobrze mi w tym moim trochę nierealnym, fantastycznym światku, gdzie towarzyszą mi Geralt, i Vuko Drakkainen, i Koniasz, i Locke Lamora, i Larry Underwood. To niebezpieczny świat, a ci kolesie już nie raz przelali cudzą krew. Ale, choć odbierali innym życie, nie odbierali im godności, którą Mock rzuca na ziemię, opluwa i przydeptuje jak nic nie warty papierosowy kiep.

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Mała, czy możesz polubić swojego faceta?

  1. julia bernard pisze:

    Jedno pytanie: zacząłeś znajomość z Mockiem od „Końca świata”…?

    • Marcin Rusnak pisze:

      Wstyd się przyznać, ale tak. A co, źle trafiłem?

      • julia bernard pisze:

        Teoretycznie można czytać wszystkie „Breslau’y” w dowolnej kolejności, w każdej trafisz na dużą dawkę okropieństw, naturalistycznych opisów itd. Poszczególne części różnią się wiekiem Mocka, bagażem tego co przeżył, co zobaczył. Oczywiście takie jest tylko moje zdanie. Idąc chronologicznie, przy kolejnej książce można zrozumieć, że on nie może być inny, bardziej sympatyczny, mniej wyrachowany. Nie po tym wszystkim czego dotknął. Idea czarnego charakteru nawracającego sie całkowicie i tak jest mocno naciągana. Wydaje mi się, że każda kolejna książka z tej serii jest zapisem tego, jak człowiek pracujący na co dzień w koszmarnym świecie, chłonie w siebie ten syf po odrobinie i nie ma już dla niego ratunku.

  2. Nie czytałam książki Krajewskiego, ale zły (a w każdym razie głęboko odbiegający od norm społecznych) główny bohater potrafi być na swój sposób fascynujący: znasz „Pachnidło”? Ciekawie rozwija się też kreacja głównego bohatera w „Hannibalu” (sequel do „Milczenia owiec”): dr Lecter, ludożerczy psychopata, stopniowo staje się postacią, której czytelnik kibicuje. Tu nie chodzi – myślę – o to, żeby czytelnik identyfikował się z bohaterem i czuł do niego sympatię, tylko żeby mógł go sobie z bliska pooglądać jak tygrysa albo jadowitego węża za szybą 🙂

    • Marcin Rusnak pisze:

      Wszystko się zgadza, ale wydaje mi się, że zarówno w Hannibalu, jak i w Pachnidle sytuacja jest nieco inna. Bohaterowie tych książek nie są stróżami porządku, nie próbują narzucać innym swojej wizji dobra i zła, są też społecznymi outsiderami, podczas gdy Mock jest wtłoczony w całą sieć społecznych powiązań: ma przyjaciół, podwładnych, żonę, służących. Nie wspominając o tym, że psychol Lecter ma tysiąc razy więcej ogłady niż Mock…
      PS. Pożyczyłem dzisiaj z biblioteki „Śmierć w Breslau”. Dam Mockowi jeszcze jedną szansę, może odkryję jego drugie dno 🙂

  3. BTW mnie Larry Underwood denerwował okrutnie, dobrze, że jest tylko jednym z licznych bohaterów książki (choć gwoli uczciwości muszę przyznać, że święta matka Abagail Freemantle-Trotts irytowała mnie równie mocno). Krajewskiego muszę kiedyś przeczytać, opis mnie zaintrygował 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s