Do trzech razy sztuka

Zabierałem się do tych polecanek w środę. Zabierałem się też w czwartek. Zabieram się dzisiaj po raz trzeci, wreszcie z nadziejami na skończenie. Skąd te wcześniejsze problemy? Otóż, pragnąc trzymać się utartej formuły książka+film+płyta, czekałem, aż obejrzę coś naprawdę wartego polecenia. I się doczekałem 🙂

No to jedziemy.

Feliks W. Kres, Galeria Dla Dorosłych – Zbiór felietonów publikowanych na łamach SFFiH przez jednego z najbardziej poczytnych i szanowanych polskich fantastów. Jest to również swoista kontynuacja wcześniejszej Galerii Złamanych Piór. Choć, przyznam się bez bicia, za beletrystyką Kresa nie przepadam (może miałem pecha, czytałem tylko Piekło i Szpadę oraz Północną Granicę i żadna z tych książek jakoś nie spełniła pokładanych w nich oczekiwań), to felietony jego autorstwa po prostu uwielbiam. Facet pisze z niezwykłą swobodą, sensownie argumentuje swoje tezy, obiekcje przedstawia rzetelnie, a wszystko to przyprawia humorem bardzo dosadnym i bardzo w moim guście. Kres kontempluje sprawy ogólne (sztuka kontra cenzura, polityczna poprawność, ogólnokrajowe nakazy i zakazy), dyskutuje też o literaturze i przedstawia swoje poglądy na takie problemy spędzające niektórym debiutantom sen z powiek jak tworzenie fantastycznych światów czy ras albo opisywanie zmagań wojennych w wyimaginowanych światach. Sporo w tym wszystkim dygresji, niemało też wodolejstwa, ale warsztat  autora rekompensuje wszystko i w efekcie czyta się Galerię Dla Dorosłych bardzo przyjemnie, a i coś w głowie po lekturze zostaje. Rzecz natomiast tym bardziej godna uwagi, że do upolowania tu i ówdzie za śmieszną sumę pokroju 10 zł.

Przetrwanie – Gdzieś kiedyś przeczytałem (usłyszałem?) że rzeczy w stylu Londona czy Hemingwaya – opowieści o walce osamotnionego człowieka z naturą – to przeżytek i nuda, z której nie da się dla dzisiejszego odbiorcy nic godnego uwagi wyekstrahować. Bullshit. Nakręcone w 2011 roku Przetrwanie z Liamem Neesonem to doskonały dowód na to, że strach przed dziczą nie przeminął, a kruchość ludzkiego życia wobec potęgi natury wciąż niejednego jest w stanie przerazić. Ta opowieść o garstce ludzi, którzy ocaleli z katastrofy lotniczej w głębi Alaski trzyma w napięciu lepiej niż niejeden psychologiczny thriller. A przecież nie ma tu nic specjalnego, żadnych fajerwerków… tylko ludzie zdani na siebie samych w obliczu ścinającego krew w żyłach mrozu, błąkający się po bezludziu i wiecznie uciekający przed żądnymi krwi wilkami. Przetrwanie to nie jest film doskonały: zdarzają się w nim mniej lub bardziej wiarygodne sceny, a lokalizacja aż się prosi o nieco więcej zapierających dech w piersiach kadrów. Warto jednak obejrzeć ten film, jeśli nawet nie dla bardzo przyzwoitego Liama Neesona, to dla surowej poetyki tego obrazu, dla przerażającego piękna skutego lodem pustkowia, dla nienachlanie podanego przesłania, o którym nie przestaje się myśleć z chwilą wciśnięcia przycisku STOP. Wreszcie dla czegoś, czego Polacy nie potrafią, a nauczyć się wreszcie powinni – dla syntezy grozy i śmiechu, powagi i rubaszności. Bo choć Przetrwanie nie jest wcale filmem wybitnym, radzi sobie w tej materii lepiej niż jakikolwiek polski obraz, który widziałem od bardzo, bardzo dawna.

Bruce Springsteen, Wrecking Ball – Springsteen nigdy nie dorobił się w Polsce takiej reputacji, na jaką zasługuje. Tego amerykańskiego barda, spadkobiercę Boba Dylana, zna z nazwiska wielu, sporo osób zanuci jego „Bron in the USA” albo „Streets of Philadelphia”, ale na tym często koniec. Jak na gościa, który nagrał dobrze ponad dwadzieścia płyt i w Stanach często postrzegany jest jako uosobienie zaangażowanego społecznie rocka, to raczej niewiele. A szkoda, bo w dorobku tego artysty jest naprawdę mnóstwo świetnej muzyki. Bardzo dobry jest przykładowo jego ostatni krążek, Wrecking Ball. To pięknie nagrana i rewelacyjnie wyprodukowana płyta, gdzie klasyczny amerykański rock miesza się z folkiem, country i bluesem, by zaowocować albumem, jaki nagrać mógł tylko ktoś równie doświadczony i dojrzały jak The Boss. Obłędne wrażenie robią mocne, energetyzujące bębny, które doskonale komponują się z całą resztą szerokiego instrumentarium: z brzęczącym dźwiękiem akustyków, naładowanymi efektami gitarami elektrycznymi, nastrojowymi klawiszami, dzwonkami, porywającą sekcją dętą. A pośród tego wszystkiego ten jego niesamowity, pełen ekspresji głos i oszałamiające chórki… rewelacja. Choć na Wrecking Ball nie znajdziemy hitów na miarę najbardziej znanych dokonań Springsteena, jest to bardzo różnorodna płyta, której się słucha niezwykle przyjemnie. A dla niedowiarków zwyczajowo już mała próbka, utwór „Death To My Hometown”:

Pozdrawiam Was serdecznie, trzymajcie się!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Do trzech razy sztuka

  1. Myślę, że mniejsza popularność Springsteena w Polsce może wynikać z dwóch rzeczy: po 1) za oceanem The Boss królował na listach przebojów na początku lat 80., kiedy u nas jeszcze trwał PRL; po 2) co jest moim zdaniem kluczowe: Springsteen bardzo dużo śpiewa o Ameryce, tej dla nas prawie nieznanej, małomiasteczkowej, o świecie zakurzonych autostrad i stacji benzynowych, o problemach amerykańskiej biedoty, o konkretnych zagadnieniach społeczno-politycznych (np. komu w Polsce powie coś wzmianka o meksykańskich nielegalnych imigrantach, którzy produkują na pustkowiu metamfetaminę dla gangów, albo hasło „używany samochód” – kto rozumie, jak podstawową częścią życia w USA jest samochód, choćby stary grat)? To jest ten sam problem, co z… tłumaczeniem Sapkowskiego na angielski 🙂 Mnóstwo odniesień, które poza danym kręgiem kulturowym nie budzą tych samych emocji albo w ogóle przestają być czytelne. Ja uwielbiam głos Springsteena, zasłuchiwałam się nim w liceum, mam większość jego płyt (w tym wczesnych: The Wild, The Innocent & the E-street Shuffle, Born to Run, Darkness on the Edge of Town, The River). Mam wrażenie, że znając USA z pierwszej ręki (ja tam mieszkałam łącznie dość długo, nie w dużych miastach, tylko właśnie w miasteczkach na pustkowiu) inaczej się odbiera teksty wielu z tych piosenek – a u Springsteena duża część magii tkwi w tekstach.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Na pewno coś w tym jest, chociaż nie przeceniałbym wagi tekstów – z moich doświadczeń wynika, że większość polskich słuchaczy piosenek napisanych w języku angielskim ma w głębokim poważaniu sens danego utworu. Liczy się przede wszystkim linia melodyczna, słowa są sprawą drugorzędną. Co najlepiej chyba widać po zespołach metalowych (które nawiasem mówiąc raczej lubię) – spora część nawet z tych baaardzo popularnych teksty ma cokolwiek naiwne…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s