Strachy na wróble, czyli Scarecrow – początek opowieści

Wzięło mnie dzisiaj na wspominki, więc wybaczcie, ale cofniemy się nieco w czasie. Do 2010 roku konkretnie. Będzie muzycznie i dość osobiście. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza 🙂

Było lato, nie pamiętam – wczesne czy późne. W każdym razie typowe wrocławskie lato, kiedy po serii deszczowych, ponurych dni znienacka nadchodzi morderczy skwar, pomiędzy blokami z wielkiej płyty gotuje się nieruchomy zaduch, a człowiekowi pot non stop spływa po plecach. Od rozpadu mojej ostatniej kapeli minęło parę miesięcy, wciąż jeszcze byłem zniechęcony, miałem serdecznie dość muzykowania prowadzącego donikąd, ciągłych utarczek z niekompetentnymi albo leniwymi muzykami, dość ciągłego poszukiwania brakujących członków składu.

Zadzwonił telefon. Kosa.

DSC_9404BWZ Kosą znamy się jak łyse konie, to znaczy od lat, chleb z niejednego pieca wspólnie jedliśmy, niejedna flaszka pękła przy okazji naszych spotkań, a liczba piw jaką razem wydoiliśmy sugeruje, że powinniśmy mieć spore udziały w przynajmniej paru polskich zakładach browarniczych. Ale nie o tym chciałem. Z Kosą skumaliśmy się, jak już mówiłem, dość dawno temu, połączyła nas miłość do piłki nożnej, która później ewoluowała w fascynację fantastyką, RPG-ami i wreszcie – muzyką. Nie zliczę kapel, w których razem graliśmy, a większość z nich miała więcej nazw niż zagranych koncertów. Fajne czasy to były.

No więc zadzwonił Kosa. Kosa jest przesympatycznym kolesiem, choć trzeba się dopiero na tej jego przesympatyczności poznać, do tego kryje się w nim niepoprawny optymista. To właśnie temu niepoprawnemu optymiście Scarecrow zawdzięcza swoje istnienie, ponieważ gdy ja babrałem się w rozżaleniu i zajmowałem tysiącem innych spraw nie związanych z muzyką, Kosa spiknął się z dwoma kolesiami, którzy chcieli założyć zespół. Rockowy zespół, w klimatach Zeppelinów i AC/DC. Paweł grał na bębnach, Maciek na gitarze. Potrzebowali kogoś od szarpania za cztery struny i kogoś od darcia japy. No i Kosa zadzwonił do mnie: prawdopodobnie dlatego, że byłem jedynym znanym mu bezrobotnym basistą, którego nie trafiał ciężki szlag, na myśl o graniu basowych podkładów Cliffa Williamsa… kumacie ten klimat: jeden pulsujący dźwięk przez pół utworu, te rzeczy…

DSC_9402BWPoszedłem na próbę, zagrało, zażarło, dało się w tym wszystkim poczuć jakoś niesłychanie surową, rock n rollową magię. Surowo być musiało, ponieważ Maciek grał na 10 watowym Harleyu Bentonie, który ledwo przebijał się przez łomot perkusji, a ja z braku pieca basowego przepuściłem sygnał z wiosła przez mojego gitarowego Marshalla. Trochę na śmiech mi się zbiera, jak pomyślę o tych naszych żałosnych początkach, ale prawda jest taka, że już wtedy, w tym czteroosobowym składzie zaczęliśmy grać niektóre numery, które łoimy na koncertach do dzisiaj, jak chociażby „Fortunate Son” Creedence’ów. A Maciek – jeden z najbardziej wyluzowanych i pozytywnych ludzi, jakich znam – został w zespole na stałe i chwała mu za to: to gitarzysta bez sportowego zacięcia, natomiast z fajowym feelingiem i rewelacyjnymi pomysłami.

Zaczęły się poszukiwania brakującego ogniwa – wokalisty. Problem z wokalistami jest dość poważny, mianowicie większość ludzi, którzy chcą śpiewać w kapeli a) nie ma pojęcia o rock n rollu, b) nie ma jaj, c) nie potrafi śpiewać, d) wszystkie powyższe. Po jakimś czasie Maciek oznajmił nam, że ma kumpla na studiach, który „chyba” (jak sam to ujął) umie śpiewać. Tak pojawił się u nas Darek, niepozorny koleś z dredami, rozkochany w najróżniejszych podgatunkach elektroniki i obdarzony bezbłędnym poczuciem humoru. Kiedy okazało się, że nie tylko nie ma nic przeciwko darciu paszczy do mikrofonu, ale jeszcze bardzo przyzwoicie sobie z tym radzi, nie szukaliśmy dłużej.

DSC_9457bw 900Paweł odszedł jeszcze przed końcem 2010 roku, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia i nazwę zespołu: Scarecrow. Zostaliśmy w czwórkę. Graliśmy, pisaliśmy numery, szukaliśmy bębniarza. W końcu trafił do nas Michał, z którym zagraliśmy dwa czy trzy koncerty. Jego miejsce zajął Kamil i z nim udało nam się już dłużej powalczyć – wystąpiliśmy kilkanaście razy w różnych knajpach, poprowadziliśmy parę samodzielnych wieczorów coverowych, zmajstrowaliśmy wspólnie dziewięć własnych kawałków. Weszliśmy nawet do studia, żeby nagrać do nich partie perkusji i wkrótce potem Kamil zdecydował, że odchodzi (tak, dobrze Wam się wydaje, nie mamy farta do bębniarzy). Przyznam bez bicia, że miałem wtedy wątpliwości, czy jest sens dalej to ciągnąć…

A jednak ciągnęliśmy to dalej. Nagrania, które zrobiliśmy z Kamilem obrosły z biegiem miesięcy w kolejne dogrywane amatorsko partie basu, gitar i wokali, by w końcu trafić w mocno niewprawne mikserskie łapki niżej podpisanego. Niesłychanie miło jest mi powiedzieć, że okres produkcji dobiegł końca i choć nie jestem w stu procentach zadowolony z efektu końcowego, to – co mile zaskakujące – tego materiału naprawdę da się słuchać. Do czego zachęcam już teraz, odsyłając Was do naszego kanału na Youtube, gdzie z każdym kolejnym dniem można odsłuchać kolejnych kawałków z naszej płyty „Panaceum” – wystarczy kliknąć TUTAJ.

Na dziś to wszystko, a za parę dni kilka słów o naszych numerach, czyli historii Scarecrow ciąg dalszy 🙂

Trzymajcie się!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Różne i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s