Powrót do gry

No i masz babo placek. Odgrażałem się, że pożegnanie na krótko, że lada moment będę z powrotem, wesoło wystukując na klawiaturze kolejne linijki mojego blogowego przekazu. Nic z tego. Z tygodnia milczenia zrobiły się trzy, a trzy tygodnie bez wpisu to prawdziwa katastrofa, zaniedbanie najwyższego stopnia i rzecz kompletnie niedopuszczalna. Zgadzam się z tym wszystkim, kornie biję w pierś i od razu zastrzegam, że być inaczej nie mogło. Zwyczajnie brakowało mi czasu, żeby wcześniej skreślić choćby i kilka słów. Ale teraz zabieram się do nadrabiania zaległości i obiecuję poprawę.

Zacznijmy od początku. Ferie zimowe, jedna z fajniejszych rzeczy w życiu nauczyciela, minęły nad podziw szybko. Po części dlatego, że – jak na porządnego, sumiennego belfra przystało – nie przechorowałem w czasie roku szkolnego ani jednego dnia. Za to jak zaczęło się wolne… grypa. Raz dwa, bez pytania. Ze wszystkimi urokami: temperaturą, kaszlem, katarem lejącym się z nosa jak woda sodowa z syfonu i łamaniem w kościach. Ale spoko, myślałem: „Mnie przecież byle grypsko z nóg nie zwali” i zamiast do łóżka – siadałem do komputera, bo planów miałem sporo: a to czwarty rozdział doktoratu fajnie by było napisać, a to nowe opowiadanie chodziło po głowie… Jak nietrudno przewidzieć, choróbsko grzecznie zaczekało, zebrało siły i jak mnie nie… ech, co Wam będę mówił, wiecie, jak to jest. Zamiast wygrzać się w łóżku przez trzy dni, piekliłem się z tą przeklętą chorobą cały tydzień, a później i tak został mi paskudny, dławiący kaszel.

111Drugi tydzień ferii upłynął mi już na wytężonej pracy, jako że chciałem nadrobić stracony czas. Rozdział doktoratu i owszem, prawie skończyłem, ale opowiadanie zaczęło się rozrastać, pęcznieć i w efekcie nie dotarłem nawet do połowy. Bywa i tak, trzeba się z tym pogodzić, pisać dalej, licząc na to, że później uda się gdzieś pchnąć bestię na 50 czy 60 tysięcy znaków, a następnym razem lepiej przemyśleć koncept przed rozpoczęciem żmudnego procesu klepania w klawisze. Aha, żeby nie było – nie pisałem przez cały czas, wszak młody tata ma swoje obowiązki. O czym możecie się przekonać na zdjęciu obok. Mały Filipek rośnie zawzięcie, ma najbardziej rozbrajający uśmiech na świecie i już teraz lubi książki.

Zaraz po feriach wyjechałem z uczniami ze szkoły do Londynu na warsztaty językowe. Banda zebrała się olbrzymia, dwa autokary po czterdzieści spragnionych ryby z frytkami i wizyty w Tower (w Towrze, jak to drzewiej u nas mówiono) dzieciaków każdy. Wyzwanie nie lada, ale wyjazd okazał się rewelacyjny – raz z powodu przesympatycznej kadry (jeszcze raz wielkie dzięki, Wiolu!), dwa z powodu świetnych dzieciaków, które na ten wyjazd się zapisały, trzy z powodu samego Londynu, miasta urokliwego i pełnego niespodzianek.

LondynByłem w Londynie po raz trzeci i znowu zobaczyłem coś nowego. To miasto nie przestaje mnie zaskakiwać i to jest w nim zwyczajnie piękne. Z pozoru to ta sama metropolia z tym samym Nelsonem na Trafalgar Square i tym samym uzbrojonym w łuk aniołkiem na Piccadilly Circus, ale wciąż się zmienia, wciąż ewoluuje i wciąż nie brak w niej rzeczy, które budzą zachwyt. Wierzę, że potrafi się znudzić, ale mnie się jeszcze nie znudziła. Szczegółowy opis całego wyjazdu wymagałby paru osobnych wpisów, co mija się z celem z dwóch powodów – ja nie mam na to czasu, a Wy najpewniej nie macie ochoty, by o tym czytać. Rzucę więc tylko krótką listą największych plusów i minusów tej eskapady:

PLUSY:

– mina Wiolki w taksówce w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds (tak, to taki inside joke, wybaczcie, jeśli nie macie pojęcia o co chodzi, ale nie mogłem się powstrzymać).

Jimi– Hendrix w tymże samym muzeum. Uwieczniony zresztą wraz z niżej podpisanym.

– Tower of London: jak zawsze klimatyczne, w surowy sposób piękne i powalające zbiorami. Plus znajdujące się tam Royal Fusilier Museum, które jakimś trafem wcześniej omijałem. My bad.

– Rewelacyjny widok z London Eye na skąpany w słońcu Parlament i Westminster Abbey. Wierzcie mi, jest się z czego cieszyć, ponieważ słońce w Anglii przypomina trochę papieża na pielgrzymce – pojawia się na chwilę, ciągle trzyma na dystans, a zanim się obejrzysz już go nie ma i nie będzie przez najbliższe parę lat.

– British Museum. Jedno z miejsc, w których mógłbym prawdopodobnie spędzić tydzień i jeszcze nie miałbym dość. Odwiedzone po raz trzeci, znowu zostawiło po sobie potworny niedosyt.

– Zakupy. Tak, jestem w pełni świadom, jak to brzmi. Nie, nigdzie po drodze nie przeszedłem operacji zmiany płci, lobotomii, ani nie doświadczyłem objawienia. Po prostu dorwałem za śmieszną kasę fajne dżinsy, batmanową koszulkę i last but not least dwie książki, za które najchętniej od razu bym się chwycił: The Ring of Solomon Jonathana Strouda oraz antologię Stories redagowaną przez Gaimana i Ala Sarrantonio.

MINUSY:

– Zimno. Bardzo zimno. Nieprzyzwoicie zimno. Zapomniałem już, że dwa stopnie w skali Celsjusza w Polsce to nie to samo co dwa stopnie w Anglii, przy ich wilgoci i wietrze. O powolnym, uniemożliwiającym zagrzanie się dreptaniu za przewodnikiem nie wspominając. Pierwszego dnia, kiedy trafiliśmy na kwatery, palce u stóp mi odmarzły po dobrym kwadransie. Wspominałem już, że było zimno?

– Dwadzieścia z okładem godzin w autobusie w każdą stronę. Choć to akurat tak tragiczne nie było – nie dość, że towarzystwo było sympatyczne, to jeszcze po raz pierwszy chyba obejrzałem w autokarze filmy, których nie widziałem wcześniej. Dość przeciętne, szczerze powiedziawszy, ale nie można mieć wszystkiego, no nie?

Od powrotu z Londynu minęły już dwa tygodnie i sam fakt, że przez ten czas nie zdołałem napisać nawet krótkiej notki najlepiej świadczy o tym, jakie te dwa tygodnie były. Słowo zapracowany nie oddaje rzeczywistego obrazu rzeczy, a przeklinać tutaj nie będę. No nic, było, minęło. Miejmy nadzieję, że na jakiś czas będę miał spokój i moje życie wróci na właściwe, odrobinę spokojniesze tory.

1111Co więcej? Dwie nowiny. Po pierwsze, jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, Wydawnictwo Dobre Historie lada moment wypuści na światło dzienne biografię Davida Bowie. Zainteresowanych tematem odsyłam do wywiadu z autorem, Markiem Spitzem, który miałem przyjemność przetłumaczyć. Tekst można znaleźć TUTAJ, książkę natomiast zamówić w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa.

Po drugie, ruszają pełną parą przygotowania do tegorocznych Wrocławskich Dni Fantastyki, na których z pewnością się pojawię. Wraz z przygotowaniami natomiast rusza konkurs literacki na opowiadanie. Tematyka? „Klasyczna baśń w nowoczesnym wydaniu”. Regulamin konkursu oraz więcej informacji można znaleźć TUTAJ, ja tylko dodam od siebie, że nagrody są godne uwagi, a w skład jury wejdzie Tomek Kołodziejczak, Dominika Repeczko, szefowa bloku literatury Magdalena Pioruńska oraz niżej podpisany. Innymi słowy – postarajcie się, żebyśmy mieli co czytać!

Na dzisiaj to już wszystko. Trzymajcie się ciepło, do rychłego przeczytania!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Powrót do gry

  1. Monivrian pisze:

    ja ostatnimi czasami w ogóle nie rozplanowuję opowiadania. Jest takie na jakie mi wyjdzie, ale szczerze to i tak wolę pisać dłuższe projekty ^^’

  2. Michał Stonawski pisze:

    Ooo, jakże Ci zazdroszczę British Museum! Nigdy nie byłem w Londynie, ale to miejsce przyciąga mnie jak magnes.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s