Jak wygrać konkurs literacki

Pewnie już o tym wspominałem, ale cóż – wspomnę raz jeszcze. Trafiła mi się na tegorocznych Dniach Fantastyki we Wrocławiu fucha dość specyficzna, mianowicie wespół z Tomkiem Kołodziejczakiem, Dominiką Repeczko i Magdą Pioruńską pełniłem funkcję jurora w konkursie literackim. Motywem przewodnim całego wydarzenia były baśnie i bajki, nic dziwnego więc, że tematem konkursu okazała się „klasyczna baśń w nowoczesnej odmianie”. Albo coś zbliżonego. Mniejsza o to – znacznie ważniejsze jest to, że nadesłanych zostało na ten konkurs blisko 200 prac, a ja przez to morze tekstów musiałem się przekopać w poszukiwaniu wartościowej literatury. Na szczęście obowiązywał limit znaków (12 tys., o ile dobrze pamiętam), więc z epopejami nie miałem styczności, ale i tak wyszło tego wszystkiego w sumie blisko 1000 stron tekstu. Sporo. Na tyle dużo, że nie podzielić się jakimiś ogólnymi nawet spostrzeżeniami byłoby karygodne. A że złośliwa ze mnie bestia, będą to w większości spostrzeżenia kąśliwe, nienawistne i zwyczajnie szydercze. To co? Mimo wszystko jesteście ze mną? No to jedziemy.

1. Wymogi formalne.

Wydawać by się mogło, że ludzie próbujących swoich sił w pisaniu, opanowali w stopniu przynajmniej zadowalającym umiejętność czytania ze zrozumieniem. Nic bardziej mylnego. Regulamin, jak powszechnie przecież wiadomo, jest lekturą nie dość, że nużącą, to jeszcze horrendalnie długą i pozbawioną sensu. Po co sprawdzać, jak długie opowiadania przyjmowane są na konkurs? Ano chociażby po to, żeby później nie wysyłać siedemnastostronicowej bestii na konkurs organizowany z myślą o, było nie było, króciakach. I tak dobrze, że tylko limitu długości się w miarę trzymaliśmy – gdyby przestrzegać wymogu dotyczącego formatu pliku, z 200 prac zrobiłoby się nagle ze 30. No bo po co nadsyłać pliki w wymaganym formacie .rtf, kiedy można skorzystać z trzech różnych formatów wordowskich, .pdf, dwóch wariantów rodem z Open Office’a, czystego txt i Bóg jeden wie czego jeszcze. Czekałem z wypiekami na twarzy na opowiadanie w arkuszu excelowskim albo chytrze ukryte w pliku zawierającym rozliczenie zeszłorocznego PITa, ale się nie doczekałem. Aha, na DFowym konkursie nie było wymogów dotyczących rzeczy tak skomplikowanych i bezprawnie ingerujących w wizję artystyczną autora jak krój i rozmiar czcionki albo (o Matulu!) wielkość interlinii. Całe szczęście. Dzięki temu mogłem podziwiać całe mnóstwo rozsypujących się tekstów i kompletnie nieczytelnych formatowań. Informacja na przyszłość dla miłośników wizualnej egzotyki w tekstach pisanych – to że Wy dysponujecie czcionką kroju SUPERSEXYITALICS, nie oznacza, że dysponuje nią ktokolwiek inny. A w takim przypadku Word automatycznie otworzy Wasz prześliczny tekst z czcionką domyślną i wszystko (w tym prawdopodobnie znakomitą część znaków diakrytycznych) trafi szlag.

WNIOSEK NR 1 – Czytajcie regulamin. Dokładnie. A później zastosujcie się do zawartych w nim zaleceń. I korzystajcie ze standardowych, popularnych czcionek.

2. Czytajcie, a znajdziecie.

Jakiś czas temu usłyszałem, że w Polsce więcej osób chce pisać książki niż je czytać. Nielicho mnie to rozbawiło. Do czasu – później bowiem dotarła do mnie pierwsza partia tekstów konkursowych i mina mi zrzedła. Dialogi pisane kursywą? Dialogi w cudzysłowie? Dialogi zapisywane kursywą w cudzysłowie? Dialogi wrzucane jeden za drugim, w tej samej linijce? Czy naprawdę aż tak wielkim wyzwaniem jest otworzyć książkę (to takie papierowe klocki w mniej lub bardziej kolorowych okładkach, szeleszczą i psują wzrok, dostępne między innymi w sklepach zwanych „księgarniami”) i zerknąć jak wygląda poprawnie zapisany dialog? Naprawdę nie oczekuję cudów pokroju wcięć akapitowych czy odpowiedniej długości myślników… ale kursywa? Serio?

WNIOSEK NR 2 – Czytajcie książki. Pal licho już nawet wzbogacanie słownictwa i przyjemność płynącą z lektury. Ale, kurde blaszka, jak wygląda normalny dialog po prostu trzeba wiedzieć.

3. Błąd. James Błąd.

Wierzę, że istnieją pisarze, którzy mogą sobie pozwolić na to, żeby pisać niechlujnie. Goście, którzy na literaturze robią taką forsę, że wydawnictwo macha na to ręką i kopie w cztery litery znudzonego układaniem pasjansa korektora. W końcu od czegoś ci zawodowi poprawiacze byków są, no nie? Kiedy o tym myślę, zawsze mam przed oczyma pisarzy z durnych amerykańskich filmów, którzy wystukują na maszynie ostatnie zdanie powieści, kładą kartkę na równą kupkę i biegną z tym do wydawcy. Moment… a gdzie wstępna korekta? Gdzie walka z  literówkami, brakującymi przecinkami i pogrążoną w twórczym chaosie składnią?

Jaki to ma związek z konkursami literackimi? Ano, już mówię. Otóż, raczcie pamiętać, że Wy – na razie – nie macie korektora zatrudnionego przez wydawnictwo. Dlatego gdzieś na etapie pomiędzy skończeniem tekstu i wysłaniem go, niegłupim pomysłem może być przeczytanie tej historii. A tak, właśnie! Nie od parady mogłaby być również szczątkowa chociażby znajomość zasad interpunkcji – nie wszystkich, co to, to nie! Polska języka, trudna języka, wiem o tym dobrze, sam robię błędów co niemiara. Ale staram się pamiętać, że w dialogach dajemy przecinek przed zwrotem do drugiej osoby. Że przecinek pojawia się przed „który”, „ale”, „że”. To naprawdę nie jest fizyka kwantowa. Jeśli chcecie, żeby ktoś z szacunkiem odniósł się do Waszych tekstów, sami je szanujcie i potraktujcie na serio.

WNIOSEK NR 3 – Czytajcie napisane teksty. Najlepiej po pewnym czasie, kiedy mózg już nie dopowiada tego, czego oczy wcale nie widzą. Dbajcie o literówki i przecinki – czytelnicy to naprawdę docenią.

4. Proporcje.

Wydawać by się mogło, że to oczywiste. Nie dla wszystkich, niestety. Jeśli piszemy, tak jak w przypadku konkursu na DF – krótkie opowiadanie rzędu 12 tys. znaków, dobrze jest zastanowić się nad jego formą.  Matematyka jest nieubłagana: jeśli pokusicie się o dłuższy opis, powiedzmy 7-8 linijek (ok. 700 znaków), to pamiętajcie, że to już 1/17 całego Waszego tekstu. Jeden dłuższy opis! Rzecz ma się podobnie z konstrukcją fabularną – jeśli rozbuchacie wstęp tekstu na półtorej strony, okaże się nagle, że na całą resztę (rozwinięcie akcji, jakiś ewentualnie punkt kulminacyjny czy inny twist oraz zakończenie) zostanie Wam ile – cztery, może pięć stron? I nagle budzimy się z ręką w nocniku, bo jesteśmy dopiero w połowie swojej historii, a tu limit znaków mówi, że została nam strona tekstu.

WNIOSEK NR 4 – Pilnujcie długości opisów i dialogów. Starannie rozplanujcie konstrukcję fabularną. I przerabiajcie tekst tak długo, aż wprowadzenie, rozwinięcie akcji i zakończenie będą sensownej długości. Niewiele jest rzeczy gorszych niż dobry tekst, którego akcja zaczyna nagle pędzić na łeb na szyję, bo autora zaatakował limit znaków.

5. Pseudo-poetycki bełkot, czyli nie rozumiem.

Są ludzie, którzy potrafią pisać fantastykę pięknym, poetyckim językiem pełnym trafnych porównań, błyskotliwych metafor i mnóstwa innych zabiegów stylistycznych. Nie każdy lubi ich prozę, ale każdy w miarę wyrobiony czytelnik doceni jej kunszt. Istnieje jednak znacząca różnica pomiędzy poetyckim językiem, a pseudo-poetyckim bełkotem, w którym przodują pewne grupy początkujących pisarzy. Mnie szczęśliwie udało się uniknąć tego etapu (to chyba efekt fascynacji Hemingwayem i jego surowym, dziennikarskim stylem), ale wielu ulega pokusie języka pozornie pełnego głębi i znaczeń. Powstają później potworki w rodzaju „Wyklułem się, niby przedwieczny gad, z mroku niepamięci i mętliku chaotycznych rojeń, rozbijając skorupę nicości i pustki, ku prażącej, wżerającej się w świadomość jasności fotonów”. A przecież można po prostu: „Kiedy obudziłem się z głębokiego snu, przez okno wpadało już światło dnia”. Zaufajcie mi: Wasza proza nie stanie się lepsza tylko dlatego, że nikt nie będzie jej rozumiał.

WNIOSEK NR 5 – Unikajcie niepotrzebnej gmatwaniny językowej. Są chwile, kiedy warto silić się na poetyckie opisy, są też takie, gdy warto dać sobie z nimi spokój. Tych drugich z zasady jest więcej. A gdy już bawicie się w kwiecisty styl, nich za tą kwiecistością idzie coś więcej niż dużo długich, mądrych słów.

6. Make good art.

Neil Gaiman w jednym ze swoich przemówień stwierdził, że jedna z najlepszych porad, jakie może zaoferować młodym artystom składa się z trzech słów: Make good art. Twórz dobrą sztukę. Oczywiście „dobra” jest pojęciem tak szerokim i niedookreślonym, że może oznaczać prawie wszystko. Powiem Wam, co oznacza dla mnie. Dobra sztuka (albo dobra literatura, bo o literaturze przecież mówimy) to pisanie takich tekstów, które sam chciałbym przeczytać. Bez ściemy. Kiedy patrzę wstecz, widzę utwory mojego autorstwa, które wołają o pomstę do Nieba: szwankuje w nich styl, fabularne twisty bywają naciągane, a logika leciutko tu i ówdzie kuleje. Ale każdy z tych tekstów napisałem na 100% tego, jak wówczas pisać potrafiłem i jak dany utwór czułem. Że to czucie czasem mnie zawodziło to już inna bajka… Serio, nawet teraz, gdy przeglądam te starsze teksty, w każdym znajduję coś, co sprawia, że jednak mi się podobają, mimo tych wszystkich mankamentów i niedociągnięć. Niech to będzie wyjątkowo fajny bohater, ciekawy zwrot akcji, nietypowa lokacja, udany dialog. Ale coś jest. Ślad serca włożonego w dany tekst. Niestety, w wielu tekstach, które przyszło mi czytać podczas DFowego konkursu tego mi najbardziej brakowało – włożonego serca. Może nie mam racji, ale odnoszę wrażenie, że znakomita większość z nich napisała ot, takie tam tekściki, bez większej refleksji i zaangażowania, na zasadzie takiej samej, jak przy grze w totka: „A nuż się uda?”. Niestety, konkursy literackie to nie loteria, o czym dobitnie świadczy fakt, że pierwsze miejsce w tegorocznym DFowym konkursie wytypowane zostało zupełnie jednomyślnie. Tu trzeba dać coś z siebie, żeby zostać docenionym.

Drugim aspektem tego tworzenia dobrej sztuki jest tworzenie sztuki wartościowej. Sztuki, która coś wnosi. Nie mówię tu o odkrywaniu literackiej Ameryki i przecieraniu nowych szlaków. Nie każdy ma na podorędziu genialne pomysły, ale czasem wystarczy solidnie pogłówkować, spróbować ugryźć ograny schemat od innej strony niż dotychczas. Ileż osób na DFowym konkursie czepiało się tego biednego Czerwonego Kapturka… I wszystkie – albo niemal wszystkie – trzymały się kurczowo znanego nam wszystkim zestawu rekwizytów: las, koszyk, czerwona peleryna, wilk, babcia. Odstępstwa, jeśli się zdarzały, to raczej niewielkie i pretekstowe. A przecież wystarczyło z dziewczynki zrobić francuską nastolatkę działającą w ruchu oporu podczas nazistowskiej okupacji, przenoszącą w koszyku z jedzeniem tajną depeszę, a z wilka – gestapowca. I już, ciekawsza, choćby i odrobinę mniej standardowa wariacja gotowa. Za mało nowocześnie? To może Śpiąca Królewna jako genialny opensource’owy program komputerowy, którego wszelkie kopie za wszelką cenę chce zniszczyć pewna potężna korporacja? Albo cyberpunkowy Kopciuszek, którego matką chrzestną okazuje się nie dobra wróżka, ale bogaty filantrop z zamiłowaniem do cybernetycznych implantów? Możliwości jest od groma, te które naprędce przytoczyłem tutaj prawdopodobnie i tak należą do tych mniej atrakcyjnych. Ale idę o zakład, że każda z nich znalazłaby się – pomijając kwestię warsztatu autora – w ścisłej czołówce konkursowych tekstów. Bo mają, jakkolwiek kiepski by on nie był, jakiś pomysł. A to zdecydowanie więcej niż, niestety, bardzo dużo spośród nadesłanych tekstów.

WNIOSEK NR 6 – Twórzcie dobrą sztukę. Piszcie teksty, które sami chcielibyście przeczytać. Krążcie wokół pomysłów, aż nie wyskoczycie z wanny z tryumfalnym okrzykiem „Eureka!”. Jeśli nie czujecie, że dana historia naprawdę jest warta opowiedzenia i że prędzej eksplodujecie niż zapomnicie o niej – piszcie. W innym wypadku szukajcie dalej.

Sześć wniosków. Dość w gruncie rzeczy banalnych i oczywistych. Ale tak naprawdę nie trzeba wiele więcej by napisać dobry tekst. Zapytajcie tych, których nazwiska raz za razem pojawiają się przy okazji rozmaitych konkursów: Agnieszki Hałas, Łukasza Sawczaka, Tomka Przewoźnika, Radka Raka. Jestem pewien, że każde z nich powie Wam to samo.

Rozpisałem się. Przepraszam. Jeśli dobrnęliście ze mną do końca tego wpisu – dziękuję i mam nadzieję, że było warto.

Do przeczytania następnym razem, trzymajcie się!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Jak wygrać konkurs literacki

  1. Agnieszka H. pisze:

    Wyrazy współczucia – zdaje się, że dostaliście jakąś potworną ilość „ciekawostek zoologicznych”. Na podstawie tego, co przychodzi do Esensji, byłabym skłonna oceniać młodych autorów wyżej, np. teksty napisane dziwną czcionką trafiają się nam naprawdę rzadko, pseudopoetyckie powodzie słów też, dialogu zapisanego kursywą nie widziałam chyba nigdy… Natomiast, rzeczywiście, my też dostrzegamy trend w stronę nijakich opowiadań tworzonych bez zaangażowania, ot tak – byle co, byle szybciej, byle skończyć. To może być częściowo wynik czytania porad dla pisarzy, z których wynika, że należy przede wszystkim pisać REGULARNIE i DUŻO. Dużo, dużo, jeszcze więcej, bo jakość się wyrabia z czasem. No i takie są później efekty.

    • Marcin Rusnak pisze:

      Cóż, uważam, że sugestia by pisać dużo i regularnie faktycznie pomaga się wyrobić. Co nie znaczy, że każdy z tych napisanych „wprawkowych” tekstów trzeba gdzieś posłać. A poza tym, a propos tego, co pisałaś o Esensji – nie dziwię się kompletnie. Esensja ma wyrobioną renomę portalu profesjonalnego i człowiek się zastanowi dwa razy, zanim coś do Was pośle. To znaczy, powinien się zastanowić 🙂

  2. Anna Kańtoch pisze:

    Dobre! Wrzuciłam na forum sekcji literackiej ŚKF-u, młodym autorom ku przestrodze. 😉

  3. bleryon pisze:

    Bardzo ciekawy i pouczający tekścik. Niby wszystko to oczywiste, ale miło popatrzyć na to zebrane w jednym miejscu.

  4. luiza pisze:

    „Wyklułem się, niby przedwieczny gad, …” – i co tu nie gra? Jest sajens fikszyn? No jest. Taki foton np. – sajens jak nic. Może ten tam rzeczywiście był się wykluł a nie obudził? I zaatakowały go nie promienie a fotony – przecież mogły to być właśnie one.
    A bardziej niż mniej poważnie – o co chodzi ze stawianiem w dialogach przecinka przed zwrotem do osoby? Zaintrygowała mnie ta kwestia – gdzie może pojawić się przecinek. I po co.

  5. Pingback: Marcin Rusnak – wywiad | Szuflada.net

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s