Żegnając mijający rok

Dobiega końca kolejny rok. Pełen wyzwań i wyrzeczeń, ale też chwil bardzo miłych i radosnych. Czy lepszy od poprzedniego? I tak, i nie. Czy gorszy od tego, który dopiero ma nadejść? Mam nadzieję, że tak.

Sporo się przez ten czas wydarzyło. Mój synek, który dwanaście miesięcy temu był kruszyną o trzech możliwych trybach działania (SPAĆ-JEŚĆ-PŁAKAĆ), teraz jest już w pełni dokazującym brzdącem, przemieszcza się po domu z prędkością huraganu, bywa zresztą równie niszczycielski. Pożera mój czas, to prawda, ale na swój sposób nagradza każdą poświęconą mu sekundę: uśmiechem, gestem, nową umiejętnością, kolejną pierwszy raz wyartykułowaną sylabą. Trzy lata małżeństwa (a wcześniej kilka dobrych lat związku) nie zmieniły we mnie tyle, co ten rok z Filipem.

Niemało się działo i poza życiem rodzinnym. W styczniu ukazał się mój książkowy debiut, Czas ognia, czas krwi, który spotkał się z mieszanymi, ale raczej pozytywnymi recenzjami. W marcu premierę miała antologia Szortal Fiction, w której ukazały się dwa króciutkie opowiadania mojego autorstwa. Wreszcie we wrześniu światło dzienne ujrzały Opowieści niesamowite, darmowy ebook z moimi opowiadaniami, który wciąż zbiera bardzo pozytywne opinie, a liczba jego pobrań stopniowo rośnie, przekraczając powoli 1500 ściągnięć. Szczególnie mnie to cieszy, bowiem poświęciłem znakomitą część wakacji na skład i łamanie tego zbiorku – widać jednak, że było warto.

Rok 2013 nie był łatwy dla mojego zespołu, Scarecrow. Niełatwy, ale owocny. W kwietniu wydaliśmy amatorską płytę pt. „Panaceum”, ale wkrótce potem z zespołem pożegnał się nasz dotychczasowy wokalista Darek. W rzekach upłynęło niewiele wody, a na pewien czas straciliśmy też bębniarza. Nie poddaliśmy się, choć momentami morale było tak niskie, że szurało po płytach chodnika. I słusznie – wraz z przyjściem Natalii, naszej nowej wokalistki, zespół nabrał wiatru w żagle, a nasze kawałki dostały nieoczekiwanego kopa. Jeśli ktoś był na naszym ostatnim koncercie we wrocławskim klubie Alive, będzie chyba w stanie potwierdzić moje słowa.

Tworząc w jakimś tam stopniu teksty kultury trzeba w tej kulturze żyć, chłonąć ją i czerpać z niej. Rok 2013 był dla mnie w tym względzie bardzo udany. Przeczytałem niemało świetnych książek, jak chociażby IV tom Pana Lodowego Ogrodu Grzędowicza, Czarne Kańtoch, Sezon Burz Sapkowskiego czy Ocean na końcu drogi Gaimana. Obejrzałem sporo rewelacyjnych filmów (przede wszystkim Django, ale też Iluzja, Czas na miłość, druga część Igrzysk Śmierci) i nadrobiłem serialowe zaległości (III sezon Gry o Tron i nieco staroci: wszystkie sezony Battlestar Gallactica i Californication). Posłuchałem też kilku naprawdę zacnych tegorocznych płyt, wszak nowe krążki wypuściły takie formacje jak Deep Purple, Kings of Leon, Black Star Riders czy Airbourne. A niemałą frajdę sprawiły mi przecież także wydawnictwa nie-rockowe: nowa płyta Daft Punk, bluesowe Seesaw sygnowane przez Beth Hart i Joe Bonamassę czy wreszcie doskonały debiut polskiej grupy Big Fat Mama. Działo się w tym 2013 roku, działo i oby w następnym nie działo się mniej!

Opowiedziałem już co było. A co będzie? Trudno powiedzieć, wszystko, co mogę, to zdradzić część moich planów. W styczniu, jeśli wszystkie planety i gwiazdy zajmą z dawna ustalone pozycje, a panie z dziekanatu zerkną na mnie, niegodnego, łaskawym okiem – będę bronił doktoratu. Zaciekle będę bronił, szablą i pięścią w razie potrzeby, choć obawiam się, że przy zwerbalizowanych argumentach znacznie przecież ode mnie mądrzejszego i w podobnych bataliach bardziej zaprawionego grona profesorskiego może to nie wystarczyć. Pozostaje mieć nadzieję. Co dalej? Luty i marzec, jak wierzę, upłyną pod znakiem kolejnych publikacji („Sklepik z zabawkami” w antologii Toystories oraz „Fort na wzgórzu” w antologii Księga wampirów). Planuję też pojawić się na Pyrkonie, oby zdrowie całej rodziny dopisało i nie pokrzyżowało planów. Bardziej dalekosiężnych planów na razie brak, choć mogę Wam zdradzić, że najpóźniej w lutym siadam do pisania czegoś nowego: pierwszej pełnoprawnej, pełnokrwistej powieści. O postępach będę Was informował, a i rąbka tajemnicy z czasem nieco uchylę.

Aha, no i przeżyć ten nadchodzący rok zamierzam. To znaczy, dobrze przeżyć. Ale przeżyć w ogóle, to też – pamiętajcie, że z małym dzieckiem w domu nic nie jest pewne :).

Na dziś to już wszystko. Żegnam się z Wami serdecznie, a na nadchodzący rok życzę zdrowia, uśmiechu na ustach i marzeń, które warto spełniać. Życzenia może i skromne, ale zastanówcie się dobrze – czy tak naprawdę potrzeba nam czegoś więcej?

A na do widzenia – Rod Stewart i Scorpionsi. Może i tandetnie, ale na Sylwestra i Nowy Rok jak znalazł :).

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Różne i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s