Subiekt kulturalny #3

cieniorytKrzysztof Piskorski, Cienioryt – Słyszałem nie raz i nie dwa takie mądre stwierdzenie, że poza fantastyką rosyjską, polska ma się najlepiej w Europie. Nie jestem w stanie tej informacji potwierdzić ani zdementować – znam przecież jakiś marny procent (a może w ogóle promil?) polskiej fantastyki, a o podobnej literaturze wywodzącej się, dajmy na to, z Francji, Portugalii czy Bałkanów nie wiem zgoła nic. Pojawiają się jednak od czasu do czasu tytuły, które tego typu dumne sądy choć troszkę usprawiedliwiają – i jednym z takich tytułów jest Cienioryt, najnowsza książka Krzysztofa Piskorskiego. Wizja autora naprawdę może się podobać: na ulicach skwarnej Serivy, gdzie łatwiej o pchnięcie szpadą niż dobre słowo, cienie okazują się czymś więcej niż plamą podążającą za człowiekiem. Są bramą do obcego i niezrozumiałego uniwersum cieni; narzędziem i zarazem budulcem dla tajemniczych cieńmistrzów; nieustającym zagrożeniem. W takich właśnie realiach autor osadza historię Arahona Y’Barratory – szermierza, który najlepsze lata ma już za sobą – oraz tytułowego cieniorytu: szkiełka zawierającego wizerunek z początku niezrozumiały, a niebywale istotny dla przyszłości miasta. Powieść Piskorskiego to świetny literacki melanż, gdzie konwencja płaszcza i szpady wchodzi w reakcję z rasowym fantasy i daje wybuchową mieszankę pełną mrocznych opowieści, emocjonujących pojedynków, politycznych zmagań i pogmatwanych intryg. Choć idea, wokół której autor zbudował swój świat, może się podobać lub nie – takie przynajmniej wrażenie odnosi się czytając liczne komentarze obecne w sieci – o tyle wypada docenić Piskorskiego za rewelacyjny warsztat, wciągający i realistyczny obraz szermierczych walk, pozostające w pamięci postaci oraz wiarygodnie i plastycznie przedstawiony mikrokosmos Serivy. Jak dla mnie Cienioryt to świetna rzecz, bardzo dobrze napisana, a zamieszczony na okładce slogan proklamujący Piskorskiego nową gwiazdą polskiej fantastyki może się okazać jak najbardziej trafny.

les miserLes Miserables: Nędznicy – Przyznam się na wstępie, że musicale niespecjalnie mnie bawią. Chicago swego czasu obejrzałem z niekłamaną frajdą, ale już na przykład w Sweeney Todd drażniły mnie na potęgę piskliwe głosy podlotków rozwodzących się nad swoją tragiczną miłością. Jednak Nędznicy w wersji z 2012 roku kupili mnie natychmiast obsadą (Hugh Jackman, Russel Crowe, Ann Hathaway i wielu innych), osobą reżysera (Tom Hopper, znany przede wszystkim z doskonałego Jak zostać królem) oraz pełnym emocji, porywającym trailerem. Obejrzałem – i nie bolało. Wręcz przeciwnie, film trwa grubo ponad dwie godziny, ale pochłania się go z czystą przyjemnością. Rewelacyjna scenografia, świetne głosy (moim zdaniem szczególnie Jackmana i Hathaway, którzy ponadto z wielkim poświęceniem przygotowywali się do ról pod względem fizycznym), doskonała reżyseria i ogólna maestria filmowców – to wszystko czyni Nędzników obrazem ze wszech miar wartym obejrzenia. Nużyć mogą odrobinę – jak w przypadku wspomnianego musicalu Sweeney Todd – partie młodych Mariusa i Cosette, ale jest ich na szczęście stosunkowo niewiele, a wciągająca fabuła – pełna smaczków i zwrotów akcji niczym dobry thriller – wynagradza wszystko. Jeśli ktoś chce poczuć namiastkę atmosfery Les Miserables, zachęcam do obejrzenia zwiastuna. A potem całego filmu. Dla miłośników dobrej muzyki oraz opowieści równocześnie mistycznych i mrocznych jest to rzecz w sam raz.

Airbourne-album-coverAirbourne, Black Dog Barking – Istnieją zespoły, które chcą nieustannie odkrywać muzyczne ścieżki, wytyczać nowe szlaki, zmieniać się i ewoluować w poszukiwaniu innowacyjnych sposobów dźwiękowej ekspresji. Chwała im za to, bo bez nich świat stałby w miejscu. Powiedzmy sobie jednak wprost: Airbourne nie jest jednym z tych bandów. Ten australijski kwartet, który kultywuje najlepsze rockowe tradycje antypodów (wszak właśnie stamtąd wywodzą się chłopaki z AC/DC czy Rose Tattoo), wydał w zeszłym roku swoją trzecią płytę i kompletnie nie zamierza odkrywać nią Ameryki. Black Dog Barking to dziesięć zwartych kompozycji opartych na świetnych riffach, agresywnym, ale nie pozbawionym melodyki głosie oraz sekcji rytmicznej doskonale punktującej każdą zmianę dynamiki. To zastrzyk czystej energii, szaleńczej młodzieńczej ekspresji, ale ubranej w doskonałe producenckie szaty. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu: porywające chóralne refreny; szybkie, siarczyste solówki, pulsujący bas i równiutko łomocząca perkusja. Wyobraźcie sobie AC/DC, które gra szybciej, mocniej i bardziej bezkompromisowo niż kiedykolwiek, a wokalista brzmi, jakby założył się z diabłem, że w ciągu pięciu minut zedrze sobie gardło – wtedy będziecie mieli jakieś wyobrażenie na temat tego, czego się spodziewać po albumie Airbourne. Nie ma tu miejsca na ballady, słodkie teksty czy dźwiękowe eksperymenty. Jest natomiast całe mnóstwo szczerej, energetyzującej muzyki – mocnej i upajającej jak wódka zapijana piwem. Uprzedzam: to rozrywka dla niegrzecznych chłopców: panie wchodzą na własne ryzyko 🙂

Do przeczytania, trzymajcie się!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s