Pyrkon 2014

222Uprzedzam szczerze: nie będzie nic o seksie, o nagich kobietach w  wannach pełnych kości do gry, o mobbingu, obmacywaniu cosplayerek, o nieszczęsnych 6800 zł za 16 miesięcy ciężkiej, heroicznej niemal pracy pewnej pisarki czy planach rozbioru Ukrainy przez Polskę i Rosję.

Będzie natomiast o Pyrkonie, największym w Polsce (a chyba też w Europie) konwencie miłośników szeroko pojętej fantastyki i jednym z najważniejszych – bez żadnej ściemy, kto był, ten mi przyklaśnie – wydarzeń kulturalnych na mapie dzisiejszej Polski.

Na Pyrkon zawitałem po raz trzeci. Byłem na tej imprezie w dwóch ubiegłych latach i bawiłem się na tyle dobrze, że marzec bez wypadu do Poznania wydaje mi się już jakiś dziwny, ubogi, niekompletny. Przyzwyczaiłem się po prostu, co tu dużo gadać. Łatwo się człowiek przyzwyczaja do rzeczy dobrych i fajnych.

Po tegorocznym konwencie to już nie jest przyzwyczajenie, ale uzależnienie. Po raz pierwszy w życiu wyjeżdżałem z takiej imprezy z autentycznym żalem, że to już koniec. Gdybym mógł bez szkody dla życia rodzinnego i zawodowego zostać na terenie Poznańskich Targów i oddychać fantastyką jeszcze przez tydzień – zrobiłbym to bez chwili wahania.

Przyjechałem do Poznania w piątek wieczorem. Już sama podróż była miłą odskocznią od codzienności – o ile bowiem masa obowiązków sprawia, że przeważnie czytam dziennie żałosne 50-60 stron, o tyle w pociągu połknąłem przeszło połowę Cesarskiej manierki Pilipiuka. Zbiorku zacnego, o którym na pewno niedługo szerzej napiszę. W każdym razie już fantastycznie – w obu tego słowa znaczeniach – nakręcony wysiadłem z pociągu i dzielnie pomaszerowałem do hostelu. Pogoda była na tyle przyjemna, że na miejscu tylko zostawiłem bagaż i ruszyłem w stronę rynku, żeby odetchnąć atmosferą bawiącego się Poznania – wszak akurat wtedy wypadał pierwszy dzień wiosny.

Obejrzałem sobie dla przypomnienia Stary Rynek, pogapiłem się z przyjemnością na znany gmach Browaru Poznańskiego, udało mi się nawet mimo późnej pory zajrzeć do Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego, gdzie nacieszyłem oczy całą masą przesympatycznych obiektów służących kaleczeniu, ranieniu i mordowaniu (szablom, pałaszom, rapierom, kindżałom, karabinom, arkebuzom… ech, długo by wymieniać). Miło było i pouczająco, choć obsługa dość dziwnie na mnie zerkała (nic dziwnego, kto normalny odwiedza muzeum w piątki o wpół do dziewiątej wieczorem?). Lokal opuściłem wraz z biciem zegara, po czym poszwendałem się jeszcze po uroczej starówce.

(Uwaga pierwsza: poznańskie dziewczyny są piękne. Koniec kropka.)

Wróciłem do hostelu, wypiłem piwo (Lecha, rzecz jasna – w końcu pobyt w Poznaniu do czegoś zobowiązuje), przez pół godziny poudawałem, że pracuję nad nowym tekstem, po czym położyłem się do wyra z wcześniej wspomnianym Pilipiukiem w dłoni. Jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało.

Drugiego dnia wystartowałem wcześnie (ustawiony przez dziecko zegar biologiczny zadziałał bez zarzutu, obudziłem się punkt szósta). Byłem w o tyle dobrej sytuacji, że przysługiwała mi plakietka gościa i nie musiałem stać w kolejce do normalnej akredytacji – choć ta i tak wydawała się śmiesznie mała i kompletnie nie przypominała zeszłorocznego horroru. Wszystko wydawało się przebiegać szybko i sprawnie, krótki postój przed bramkami kompletnie nie dorastał do tego, czego się spodziewałem. Czyżby w tym roku jakoś mniej ludzi na Pyrkon przybyło?

Nic bardziej mylnego. Z pogłosek, które do mnie dotarły, wynika, że konwentowiczów zjawiło się grubo ponad dwadzieścia tysięcy, dwa razy więcej niż w roku ubiegłym. W większości pomieszczeń panował niemały ścisk, najgorzej zaś wyglądała sytuacja w przypadku sal naukowych, gdzie naprawdę trudno było znaleźć wolne miejsce (o pustym krześle nie wspominając). Z tym zjawiskiem spotkałem się już w zeszłym roku i to nie tylko w Poznaniu, ale też chociażby na wrocławskich DF-ach. Może trzeba by się pokusić o wynajęcie na terenie Targów jeszcze jednego budynku z jakimiś obszerniejszymi salami konferencyjnymi? Widać przecież, że zainteresowanie prelekcjami naukowymi jest gigantyczne, a fakt, że czasami przeszło połowa chętnych nie mogła wziąć w nich udziału, poważnie podnosił niektórym ciśnienie. Niezwykle budujące jest to, że tak dużo osób chce poszerzać swoją wiedzę, oraz to, że tak wielu fachowców tą wiedzą chętnie się dzieli.

111Co robiłem w sobotę? Nadrabiałem zaległości towarzyskie (czego świadectwem chociażby zdjęcie zamieszczone obok, podkradzione z profilu FB Michała Stonawskiego – obok mnie Stefan Darda, Michał Stonawski, Franciszek Zgliński oraz Julek Wojciechowicz), odwiedzałem prelekcje i panele, podpisywałem książki. Gapiłem się, jak sroka w gnat (Pilipiuk w Cesarskiej manierce chyba ze trzy razy korzysta z tego określenia, więc w krew mi weszło) na dziesiątki fascynujących, pięknie wykonanych planszówek, w które pewnie nigdy nie będę miał czasu zagrać… a chciałoby się, chciało. No i oczywiście obserwowałem współ-konwentowiczów i współ-konwentowiczki – szczególnie genialnych cosplayerów, których było całe mnóstwo.

(Uwaga druga i poprawka do uwagi pierwszej: polskie dziewczyny (nie tylko te z Poznania) są piękne. Koniec kropka.)

Gdy wreszcie, około godziny 17:00 udało mi się dostać do jednej z sal naukowych, wyszedłem z niej dopiero przed 22:00. Wszystkie wystąpienia były świetne, a dotyczyły dziedzin tak odległych od siebie jak nazistowska archeologia, górnictwo kosmiczne czy arabska magia. Bawiłem się rewelacyjnie, a przy okazji też dowiedziałem się niemało. Czysty zysk, satysfakcja gwarantowana.

Później powrót do hostelu i lodowaty prysznic (z winy szwankującego bojlera, nie moich zboczeń). Przejrzałem ostatni raz prezentację na następny dzień, poczytałem chwilę i lulu. Nie ma to tamto, prawie trzydzieści lat na karku, siły już nie te co dawniej, poza tym dla ojca piętnastomiesięcznego szkraba taki wyjazd to jak dla żołnierza frontowego odesłanie na tyły. Trzeba spać, jak się da. A nuż się człowiek jakimś cudem na zapas wyśpi.

W niedzielę też zawitałem na terenie Targów stosunkowo wcześnie. W pierwszej kolejności wylądowałem na prelekcji Marcina Zwierzchowskiego, redaktora Nowej Fantastyki. Marcin próbował przekonywać, że nie należy bać się wydawców – nie wiem ile osób faktycznie o tym przekonał, bo jakoś po drodze dyskusja odeszła od tematu i już chyba do niego nie wróciła; wiem natomiast, że pokazał się jako niebywale inteligentny facet z poczuciem humoru, który naprawdę zna się na fantastyce.

Miałem później chwilę, żeby jeszcze pogawędzić wesoło w gronie znajomych, po czym pospieszyłem na panel „Inkubator pisarski”, gdzie w towarzystwie Sylwii Błach i Martyny Raduchowskiej mędrkowałem nad różnymi kwestiami związanymi z pisaniem i publikowaniem fantastyki. Prowadzący panel Simon Zack zadbał o dobre samopoczucie nasze oraz publiki, my natomiast staraliśmy się wykrzesać z siebie odpowiedzi niegłupie, ciekawe i – w porywach – okraszone szczyptą humoru. Sądząc po reakcjach publiki raczej się podobało, choć nie wątpię, że główna w tym zasługa moich uroczych współpanelowiczek (niezłe słowo, co nie?), sympatycznego prowadzącego, no i samej publiki rzecz jasna.

(Uwaga trzecia i poprawka do dwóch poprzednich: polskie dziewczyny są piękne i inteligentne. Bez końca i kropki, bo cholera wie, czy inne uwagi mi nie przyjdą do głowy.)

Zaraz po panelu przyszedł natomiast czas na moją prelekcję o self-publishingu. Słuchacze przybyli nadzwyczaj tłumnie, co mile mnie zaskoczyło – szczególnie że równocześnie miała miejsce chociażby druga część bardzo dobrego wystąpienia o Cyberpunku. W każdym razie było wesoło, pojawiły się rozmaite pytania, a dyskusja przeciągnęła się w czasie i przestrzeni – skończyliśmy już nie na sali literackiej, ale na korytarzu, dobry kwadrans po teoretycznie wyznaczonym finiszu prezentacji. W doskonałym nastroju i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zabrałem swoje manatki i ruszyłem w stronę dworca, a stamtąd pociągiem do domu. A, byłbym zapomniał – przed wyjazdem kupiłem sobie na drogę Lśniące Dziewczyny, najnowszą powieść Lauren Beukes, jednej z zagranicznych gwiazd Pyrkonu. Książka zapowiada się bardzo dobrze (przeczytałem jakieś 70 stron na razie), choć tłumaczenie chwilami woła o pomstę do nieba – nie wiem czy nawalił tłumacz, redaktor, czy korektor, ale przy światowym bestsellerze takiemu wydawnictwu jak Rebis to się raczej nie powinno było przydarzyć.

Podsumowując, na plus Pyrkonu wypada zaliczyć: rewelacyjny program, bardzo dobrą organizację (z drobnymi wpadkami, których przy tak gigantycznej imprezie chyba nie sposób uniknąć), świetnych ludzi, piękne cosplayerki (i nie tylko cosplayerki – patrz uwagi od jeden do trzy) i fajową atmosferę. Wady? Chyba tylko zbyt małe sale przeznaczone na prelekcje naukowe i spory ścisk w sali wystawców. Poza tym wad brak, satysfakcja pełna, baterie nakrętu fantastycznego naładowane na maksa, podjarka z życia na poziomie bardzo wysokim.

Już się nie mogę doczekać przyszłorocznej edycji.

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s