Subiekt kulturalny #4

WPIS 1Lauren Beukes, Lśniące dziewczyny – Podróże w czasie mogą się wydawać motywem cokolwiek oklepanym, ale – podobnie jak ma się sprawa z innymi klasycznymi toposami literatury popularnej – są regularnie odkrywane i reinterpretowane przez kolejne rzesze autorów. Większość takich historii budzi we mnie wewnętrzny sprzeciw i tylko nieliczne, w jakiś sposób wyjątkowe, jestem w stanie potraktować z przymrużeniem oka – tylko wobec tych najlepszych jestem gotów, jak powiedziałby Coleridge, „zawiesić moją niewiarę”. Taką książką są na pewno Lśniące dziewczyny Lauren Beukes, południowoafrykańskiej autorki, która zjednała sobie niemało polskich czytelników za sprawą Zoo City. Na nowy tytuł Beukes skusiłem się po tegorocznym Pyrkonie, na którym autorka gościła i dała się poznać jako bardzo sympatyczna, inteligentna osoba. I bynajmniej się nie zawiodłem: opowieść o seryjnym mordercy, który podróżuje w czasie, i śledztwie prowadzonym przez jego niedoszłą ofiarę to porywająca historią, którą czyta się naprawdę wyśmienicie. Beukes posiada wyjątkowy talent narracyjny: z jednej strony opowiada historie kompletne, pełne smaczków i detali, z drugiej zaś doskonale stopniuje napięcie i cały czas trzyma czytelnika w garści. Jest w jej prozie coś z Kinga, chyba specyficzna dbałość o to, żeby nawet drugoplanowe postaci (np. ofiary Harpera) były możliwie pełnokrwiste, złożone, trójwymiarowe i zarazem osadzone w pewnym historyczno-społecznym kontekście. Bardzo pozytywne wrażenie robi też ogrom badań przeprowadzonych przez autorkę, dzięki czemu możemy naprawdę poczuć unikalną atmosferę Chicago na różnych etapach rozwoju miasta i przemian społecznych dwudziestowiecznej Ameryki. Na uwagę zasługują wreszcie i główne postaci dramatu – Kirby, Dan, Harper – sportretowane przekonująco i wiarygodnie, przez co czytelnikowi łatwiej jest „wejść w ich skórę”. Lśniące dziewczyny nie są bez wad, ale nie będę o nich wspominał, bo musiałbym zdradzić fragmenty fabuły, a tego nie chcę robić. Jedynym poważnym mankamentem jest tłumaczenie, momentami niezbyt zgrabne, obfitujące w kalki językowe. Nie zmienia to jednak faktu, że najnowsza powieść Beukes to kawał dobrej literatury, którą czytałem z olbrzymią przyjemnością. Dla fanów thrillerów, których nie odstręcza fantastyczna nuta – pozycja z wszech miar godna polecenia.

WPIS 2Kraina Lodu – Jeśli film w ciągu pół roku od premiery staje się najbardziej kasowym obrazem animowanym (a piątym w ogóle) w historii kinematografii, dostaje dwa Oskary i szereg innych nagród, a krytycy stawiają go w ścisłej czołówce filmów Disneya – wiedz, że coś się dzieje. Niesłychany sukces Krainy lodu to nie przypadek (o czym szerzej za chwilę), natomiast – jeśli wierzyć twórcom – to przypadek sprawił, że ten film w ogóle powstał. Plany adaptacji Królowej śniegu Andersena przez Disneya pojawiły się już w latach 40-tych, ale studio jakoś nie mogło znaleźć konceptu na ciekawą reinterpretację oryginału. Dopiero za sprawą piosenki (oskarowego hitu „Let it go”) producenci wpadli na właściwy trop i tak powstała Królowa śniegu na miarę XXI wieku: opowieść o dwóch osieroconych królewskich siostrach, z których starsza dysponuje niezwykłą mocą tworzenia lodu i śniegu właściwie z niczego. Co zasługuje na uwagę w przypadku Krainy lodu? Doskonałe animacje, barwne i psychologicznie sensowne postaci, sporo dobrej muzyki. Dawka humoru nie wywoła raczej bólu brzucha, ale nie raz i nie dwa (szczególnie w epizodach z reniferem Svenem oraz bałwanem Olafem, pod którego głos genialnie podłożył Czesław Mozil) można się zdrowo uśmiać. Ogólnie dubbing zrobiony jest na bardzo wysokim poziomie i nawet piosenki śpiewane po polsku jakoś specjalnie nie zgrzytają, ani pod względem muzycznym, ani pod względem tekstowym. W końcowym rozrachunku mało istotne jest to, że w Krainie lodu bardzo niewiele pozostało z andersenowskiego pierwowzoru – jest to świetnie zrealizowany film, który opowiada historię nie dość, że wciągającą i zabawną, to jeszcze niegłupią; film, który jest w stanie choćby i na krótką chwilę obudzić w nas dziecko, ono zaś z wypiekami na twarzy będzie przeżywało niezwykłą historię dwóch sióstr.

WPIS 3Bruce Springsteen, High Hopes – Im jestem starszy, z tym większą frajdą słucham nagrań Bossa. Jest w Springsteenie coś takiego, co bardzo do mnie przemawia: liryczność pomieszana z prostotą, instrumentalna maestria zeswatana z minimalizmem. Jakimś cudem temu artyście udaje się rzecz niesłychana, śpiewa bowiem często o rzeczach bardzo prostych, banalnych i codziennych, ale śpiewa o nich ze smakiem, z uczuciem, a serce jakie wkłada w każdy krzyk sprawia, że jakoś nawet te bardziej pompatyczne, politycznie zorientowane z jego piosenek przełykam bez bólu. Z przyjemnością słuchałem przedostatniego albumu Springsteena, Wrecking Ball (omawianego TUTAJ), teraz natomiast równie chętnie chłonę dźwięki składające się na High Hopes. Trzeba to od razu zaznaczyć: to nie jest premierowy album jako taki. Na dwanaście utworów, trzy to covery, jeden („The Ghost of Tom Joad”) pojawił się na płycie z 1995 roku, a reszta to kawałki niewykorzystane przy wcześniejszych sesjach nagraniowych. Czyli co, odrzuty i materiał klasy B? Nic podobnego, za rekomendację niech posłuży fakt, że w większości numerów za gitary odpowiada Tom Morello znany przede wszystkim z Rage Against the Machine oraz Audioslave. High Hopes to album bardzo udany, na którym znajdziemy utwory przebojowe i autentycznie porywające („Just Like Fire Would”, „High Hopes”, „The Ghost of Tom Joad”), nastrojowe („Dream Baby Dream” czy „Down in the Hole” – mój osobisty faworyt na płycie), retro („Harry’s Place”) oraz do bólu springsteenowe protest songi („American Skin (41 Shots)”). Tradycyjnie towarzyszący Bossowi E-Street Band tradycyjnie wymiata, sam Springsteen wokalnie jest bez zarzutu, a aranże i produkcja – jak można się spodziewać – stoją na najwyższym poziomie. Trzeba również przyznać, że gitary Morello dodają całości charakteru i specyficznej pikanterii. Chcecie się przekonać, czy to poniekąd odgrzewane danie trafi w Wasze gusta? Proszę bardzo 🙂

Pozdrawiam Was serdecznie, do przeczytania wkrótce!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s