Przeklęte talenty, przeklęta miłość

Powiedzmy to sobie na wstępie i bez ogródek: uważam się za osobę w gruncie rzeczy pozbawioną talentów. Może nie kompletnego głąba i ofermę, co rozkłada bezradnie ręce, gdy ma wymienić żarówkę w lampce nocnej. Aż tak źle nie jest (choć, przyznaję, widziałem w życiu kilka lampek nocnych, które tylko udawały przyjazne użytkownikowi). No ale spójrzmy obiektywnie. Realnie rzecz biorąc, zajmują mnie trzy rzeczy: uczenie angielskiego, pisanie i muzykowanie. Niektórzy ludzie z mojego roku, już na studiach władali tym językiem lepiej niż ja po doktoracie i kilku ładnych latach pracy w zawodzie. Pisanie? Znam dwudziestolatków, którzy pod względem stylu, wyczucia czy pomysłów zjadają mnie na śniadanie. Gra na basie? Widziałem ostatnio na YouTube jedenastolatka, który wymiata na czterostrunówce bardziej niż ja kiedykolwiek będę. Zresztą, co będę sięgał do Internetu – znam kolesi, którzy chwycili basówkę przed rokiem i śmigają po gryfie ze zręcznością, która budzi we mnie podszyty zazdrością podziw. Ci goście mają talent. Ja mam tylko ośli upór, chęci i ambicję.

To nie tak, że zamierzam teraz wylewać smutki na siłę wyższą, która z zacnego materiału genetycznego moich rodziców skonstruowała taką a nie inna mozaikę. Nie o tym chciałem pisać. Jestem zresztą podobnego zdania, co Mark Knopfler z Dire Straits: talent to 1% sukcesu, reszta to ciężka praca. Inna sprawa, że kiedy widzę, co ten jeden procent potrafi u niektórych osób zdziałać, zalewa mnie fala żółci, wściekłość występuje na usta pod postacią gęstej piany, a serce wypełnia zwykła, ludzka zawiści. No ale luz, nie mam tak zupełnie źle, mogłem przecież dostać w prezencie od Wszechmocnego wyjątkową smykałkę do prowadzenia ksiąg rachunkowych albo – o zgrozo! – puszczania po lodzie żelazek, czy jak tam miłośnicy curlingu zwą to cholerstwo z rączką. Innymi słowy: mogło być gorzej.

Chciałem napisać o czymś innym: o tym mianowicie, że czuję się rozdarty. Albo właściwie rozdzierany. Jakby przywiązano mi do każdej kończyny po jednej linie, te z kolei do końskich siodeł, a następnie pognano biedne chabety w cztery strony świata. Gdy przymknę oczy, niemal je widzę. Pisanie szarpie za prawą rękę; tę, która operuje spacją czy altem, tę, która od czasu do czasu sięga po mysz. Bo chcę, diabelnie chcę pisać. Gdybym mógł, pisałbym po osiem, dziesięć godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. I dlatego, że coś – niewiele, ale zawsze – już w tej dziedzinie osiągnąłem.

Miłość do muzyki wyrywa z barku lewą rękę – tę, która tak nieznośnie powoli chodzi po gryfie, ale która też tak bardzo kocha dotyk gładkiego drewna, chłodny metal progów, prążkowaną fakturę grubych strun. I choć nie oszukuję się – wiem, że do zawodowego muzyka diabelnie mi daleko – to muzyka jest przynajmniej równie kusząca jak pisanie. Jest kochanką, do której wracasz, choćby nie wiem ile razy cię zdradziła, zawiodła i zostawiła na lodzie; narkotykiem, który możesz odstawić na tydzień lub dwa, ale nigdy na zawsze. Bo w muzyce jest coś szalenie naturalnego i wiarygodnego; muzyka to inni ludzie, to żar sceny, która płonie ci pod stopami, to słodki ból zdartego gardła i ta cudowna chwila, kiedy dziesiątki decybeli hałasu nagle – choćby na ułamek sekundy – dają się ujarzmić i pojawia się HARMONIA, tak skończenie piękna, że wymykająca się słowom.

Za nogi chwyta co innego. Bo przecież nogami mężczyzna powinien twardo stąpać po ziemi. Czuję pulsujący ból w lewej; tej, którą w swoją stronę ciągnie dobrze wychowany chłopiec, którym chyba gdzieś tam w głębi serca wciąż jestem. Ten chłopiec, który chce być sumiennym, chwalonym pracownikiem. Człowiekiem, na którym można polegać. Czuję na sobie odpowiedzialność, wpojone przez rodziców poczucie, że skoro mi za coś płacą, mam to wykonywać tak dobrze, jak potrafię. Czasami nienawidzę tej części samego siebie. Czasami myślę, że gdyby nie ona, nienawidziłbym całej reszty.

No i wreszcie druga noga. Najważniejsza, bo to na niej opieram ciężar ciała, gdy uderza we mnie wiatr przeciwności losu. Za tę nogę ciągnie (a może tylko trzyma, dbając bym nie upadł?) mnie rodzina. Żona i dziecko. Ludzie, bez których nic, co robię, nie miałoby sensu. Ludzie, których nie chcę zawieść; których panicznie boję się, że prędzej czy później skrzywdzę.

Więc może o tym tak naprawdę jest ten wpis: nie o talentach, ale o miłości? Bo przecież kocham grać koncerty, ale koncerty oznaczają wieczory z dala od rodziny, zarwane noce, następnego dnia pracę na pół gwizdka. Kocham opowiadać historie, ale to zajęcie samotnika ślęczącego setkami godzin nad klawiaturą, podczas gdy w pokoju obok moja żona sama ogląda komedię, którą tak uwielbiamy, a gdzieś na drugim końcu miasta mój zespół zrywa kapsle z piw i ze śmiechem idzie w rock n’ rollowy tan. Kocham siedzieć obok mojego synka na podłodze i razem budować karkołomne parodie zamków z klocków duplo albo krążyć wokół stołu na czworaka, z resorkami w dłoniach… ale choć słyszę jego śmiech i jest to piękny dźwięk – najpiękniejszy, jaki w życiu słyszałem – w głowie wciąż mi się kołaczą melodie, których jeszcze nie zagrałem, płyną słowa historii, których jeszcze nie zdążyłem spisać.

Kiedy teraz o tym myślę, dociera do mnie, że te liny są tam od dawna. Raz pociągnęła jedna, raz znów szarpnęła inna. Dopiero od kilku miesięcy czuję, że napinają się wszystkie. Coraz bardziej, coraz mocniej. Na razie jeszcze nie ma bólu: brakuje tylko chwili na oddech, jest też może nieraz ciut niewygodnie. Próbuję utrzymać te cztery liny w równowadze, niczego nie spieprzyć, niczego nie zawalić. Taki mój prywatny zrównoważony rozwój. Rozciągam dobę, naginam czas, walczę ze snem. Ograniczam – by nie powiedzieć, że olewam – wszystko, co nie jest mi niezbędne: książki czytam w autobusach albo na dziesięć minut przed snem; filmy oglądam właściwie tylko z żoną, żeby razem spędzić czas. Nie jestem na bieżąco z serialami, nie gram w gry komputerowe, zamiennikiem sportu jest dla mnie skakanie po scenie.

Na razie jakoś daję radę.

Na razie.

Póki liny nie napną się jeszcze bardziej…

PS. Kilka dni temu wrzuciliśmy na YouTube nasze nowe nagranie. Utwór nazywa się „Na dnie”, moje są słowa, muzyka to dzieło naszego gitarzysty, Kosy. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Miłego słuchania!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s