HappyEnd, czyli jak zostałem wyznawcą Podlewskiego

Mimo że przeczytałem już w życiu trochę książek, wciąż zdarza się, że jakiś tekst po prostu rzuci mnie na kolana. Jest to sytuacja nieco kłopotliwa. Gdybym był tylko i wyłącznie czytelnikiem, mógłbym się zwyczajnie, po ludzku cieszyć z kolejnej udanej lektury. Niestety, jestem też autorem i fakt, że cudzy tekst miotnie mną o podłogę, oprócz odczuć stricte przyjemnych, budzi u mnie również delikatną nutę frustracji i zawiści. Nie jest jeszcze tak źle, jeśli ów genialny utwór zostanie spłodzony przez takiego Kinga, Gaimana czy Wattsa – są to wszak ludzie ze znacznie ode mnie większym stażem i doświadczeniem, nie tylko pisarskim, ale w ogóle ludzkim: bo i piszą, i żyją ode mnie sporo dłużej. Gorzej jest, gdy mam do czynienia z wybitnym debiutem – wtedy żal ściska mi wiadomą część ciała, a najzłośliwsza część podświadomości mówi: „No patrz! A ty tak nie mogłeś, baranie jeden?”

Dobra, powiem wprost: czytając Happy End Marcina Podlewskiego przerywałem mniej więcej co dwadzieścia stron, żeby się uszczypnąć i przekonać, że to wszystko dzieje się naprawdę. Działo się. Happy End naprawdę jest tak cholernie dobry. Jest… Jak to wyjaśnić? Dobra, posłuchajcie: czytałem akurat trzeci tom Pieśni Lodu i Ognia po angielsku, a ta książka w oryginale żre jak diabli. Któregoś popołudnia wrzuciłem Happy End do plecaka (książki George’a R.R. Martina to jednak konkret tomiska, średnio wygodne w starciu z komunikacją miejską), zacząłem czytać chyba w tramwaju do pracy i… Pieśń Lodu i Ognia poszła w odstawkę. Od razu, bez wahania. I pozostała w tejże odstawce, póki nie dotarłem do ostatniej kropki Happy Endu.

Happy-End-Marcin-Podlewski-1-300x410No dobrze, ale o co tyle hałasu? Fabuła książki Podlewskiego kręci się w gruncie rzeczy wokół jednego konkretnego pomysłu, mianowicie świat zbliżony do naszego (albo nieznacznie wybiegający myślą techniczną w przyszłość) pada ofiarą tajemniczych Aberracji – niewytłumaczalnych, przeczących nauce zjawisk, które wywracają życie pojedynczych ludzi, całych miast, a nawet narodów do góry nogami. Aberracje mają różny charakter, jedne są mniej, inne zaś bardziej spektakularne, wszystkie jednak budzą strach i jednoznacznie naruszają mechanizmy dotychczas rządzące światem. W takim oto świecie przyszło żyć Tomaszowi Lebańskiemu – dziennikarskiej wydze, którego kariera stanęła pod znakiem zapytania z chwilą, gdy gość opublikował kontrowersyjną pracę dotyczącą Aberracji właśnie. Krótko mówiąc: podpadł rządowi i teraz musi żyć skromnie, łykając w sporych ilościach piguły na skołatane nerwy. Fajnie? Fajnie się robi dopiero, kiedy nagle wszyscy od Tomasza czegoś chcą: rząd prosi o przysługę, młoda dziennikarka niemal zmusza go do współpracy, która może go ostatecznie pogrążyć, a do mieszkania wprowadza się ojciec, który, mówiąc oględnie, samowystarczalny nie jest.

I co? Nie powalił Was ten opis? Spokojnie, mnie też by nie powalił. Bo nie na tym zasadza się siła powieści Podlewskiego. Ona tkwi gdzie indziej: w świetnym języku – zwartym, precyzyjnym, pełnym trafnych porównań; w postaciach, które po zaledwie kilku akapitach przeistaczają się z gromady literek w autentycznych, trójwymiarowych ludzi; w narracji, z początku nieco poszatkowanej i pozornie chaotycznej, ale w rzeczy samej doskonale przemyślanej. Wszystko – od stylu autora, przez dialogi, przez doskonale wyważoną równowagę pomiędzy humorem, powagą, intrygą i grozą, po zaburzoną właśnie chronologię opisywania zdarzeń – wszystko to godne jest autora dojrzałego, pomysłowego i obdarzonego niezwykłą wrażliwością.

Podejrzewam, że w tym momencie wchodzicie na listy bestsellerów Empiku i zastanawiacie się, czemu Happy Endu jakoś tam nie widać, skoro to taki udany  tekst. Cóż, powodów może być kilka – w te marketingowo-wydawnicze zagłębiać się nie będę (poza tym, że moim zdaniem wydawnictwo odwaliło kawał dobrej roboty: korekta zrobiona jest rzetelnie, a tekst profesjonalnie połamany i złożony, więc czyta się to miło także od strony czysto wizualnej). Jeśli chodzi o powody stricte literackie, to chyba najważniejszym jest fakt, że Happy End nie jest powieścią dla każdego. To dość specyficzna mieszanka powieści obyczajowej, horroru i science fiction, która może – choć nie musi – zachwycić. Czuć w niej echa mistrzów grozy i klasyków fantastyki naukowej; niektóre fragmenty mogą kojarzyć się z Vonnegutem, inne zaś (nieliczne, ale jednak) z thrillerem spod znaku Harlana Cobena czy Dana Browna. Jest to jednak przede wszystkim powieść obyczajowa – niemal intymna, emocjonalna, z silnym akcentem psychologicznym. Dla mnie to akurat chyba jej największa zaleta: fakt, że Podlewski mógł swój pomysł przekuć w kolejną jatkę w stylu gore albo w scenariusz filmu sf z Tomem Cruisem w roli głównej, ale tego nie zrobił. Zamiast zabawowej, popkulturowej papki serwuje nam wnikliwą opowieść o dość zwyczajnym człowieku, który próbuje się odnaleźć w rzeczywistości wywróconej do góry nogami: Tomasz Lebański to hybryda detektywa z kryminału noir (odpowiednio zaktualizowanego na potrzeby XXI wieku) i typowego horrorowego everymana, który w obliczu nieznanego stara się jakoś ratować życie i resztki poczytalności.

Jak już pisałem, rozumiem, że to nie jest książka dla każdego. W przeciwieństwie do tekstów Sapkowskiego, Pilipiuka czy Ćwieka ma minimalne szanse trafić w gusta przeciętnego śmiertelnika. Niemniej jednak warto dać jej szansę, nawet gdybyście mieli po kilkudziesięciu stronach stwierdzić, że to nie dla Was i dać sobie spokój. Bo może powieść Podlewskiego akurat zrobi z Wami to samo, co zrobiła ze mną: zaskoczy, wciągnie jak wodny wir, zachwyci. Może sprawi, że na Waszej liście ulubionych autorów pojawi się nowe nazwisko i wspólnie będziemy zacierać rączki w oczekiwaniu na kolejne teksty Marcina.

PS. Jeśli ktoś ma ochotę przekonać się, czy styl Podlewskiego w ogóle choć trochę mu podchodzi, może przekonać się o tym za darmo: opowiadania Marcina ukazały się w darmowych, ebookowych antologiach Zombiefilia oraz 31.10 Halloween po Polsku (część II i III). Poza tym autor opublikował darmowy zbiór swoich tekstów zatytułowany Szklana góra (więcej TUTAJ).

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s