Być jak Charlie Parker

Whiplash_posterCieknąca  po pałeczkach krew spada na membranę werbla, rzeźbi czerwone obręcze w rowkach talerza. Chłopak, który siedzi na stołku perkusisty ma włosy zlepione potem, koszulka klei mu się do ciała, a on patrzy na zakrwawioną dłoń i wsadza ją do dzbanka z lodem. Chwila ulgi, kilkanaście sekund odpoczynku dla steranych mięśni. A później – pałeczki w dłoń i jazda. Oto Whiplash, opowieść o chłopaku, który jest gotów zrobić wszystko, żeby zostać największym jazzowym perkusistą na świecie. A kolejnym Buddy Richem nie zostaje się bez odrobiny potu, krwi i łez.

Moi przyjaciele zachwycają się Whiplash. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem film Damiena Chazelle ma wszystko, co dobry film muzyczny powinien mieć: przyzwoity scenariusz, niegłupie dialogi, dobrych aktorów i przede wszystkim rewelacyjną muzykę. Zrealizowany też jest znakomicie, mimo jak na dzisiejsze czasy śmiesznie małego budżetu, więc nominacja do Oskara nikogo nie powinna dziwić.

A jednak, od chwili, gdy wczoraj go obejrzałem – zresztą z wielką przyjemnością – nie daje mi spokoju. Drażni. Wkurza wręcz. I denerwuje mnie troszkę fakt, że znajomi mi muzycy tak bezkrytycznie oddają mu hołd. Bo ten film tak naprawdę nie jest o muzyce, przynajmniej moim zdaniem.

To jest film o sporcie. Pokazane w nim podejście do wykonywania muzyki jest podejściem stricte sportowym. Zasady, które w tym obrazie rządzą tworzeniem muzyki jazzowej, są zasadami przeniesionymi ze świata sportu. Musisz być najszybszy. Grać najrówniej. Być lepszy niż pozostali, bo inaczej zostaniesz błyskawicznie wyeliminowany, oddelegowany do drugiej czy trzeciej ligi. Zwycięzca może być tylko jeden.

Nie podoba mi się to. Więcej – kompletnie to do mnie nie przemawia. Szczególnie w odniesieniu do jazzu, w który to rodzaj muzyki obok technicznej wirtuozerii wpisana jest też gigantyczna doza improwizacji, luzu, pewnej swawolności (czegoś, co Anglosasi określiliby jako playfulness) i zwyczajnej frajdy z wydobywania dźwięków. Jeden z dwójki głównych bohaterów Whiplash, Terence Fletcher (w tej roli świetny i zasłużenie nominowany do Oskara J.K. Simmons) narzeka w trakcie filmu na to, że obecnie jazz goni w piętkę. Nic dziwnego – do mnie ten wyścigowy jazz, nastawiony na bycie the best kompletnie nie przemawia. Gdzie tu miejsce na feeling, na wyobraźnię, na smakowanie nieznanego? Oczywiście, solo perkusyjne, które wykonane jest na koniec filmu robi niesamowite wrażenie, ale gdzie tej muzyce do pulsującego, pełnego życia i muzycznego szaleństwa jazzu opisywanego przez Kerouaca we W drodze? Gdzie tym sprawnościowym popisom do numerów Billy’ego Cobhama czy Johna Coltrane’a?

A może problem nie leży w filmie, ale we mnie? W moich co do niego oczekiwaniach? W komediowej Szkole rocka Jack Black i spółka za sprawą dziecięcej kapeli przypominają widzom, o co chodzi w muzyce rockowej: o radochę i autentyczność wyrażania swoich emocji na scenie. Może po prostu łudziłem się, że Whiplash zrobi to samo dla jazzu. Ale nie: zamiast tego otrzymujemy obraz o ludzkiej obsesji – po stronie tak ucznia, jak i nauczyciela – który w finale (genialnym i rozczarowującym równocześnie) niestety ewoluuje w kolejny obraz z oklepanej serii „Jeśli bardzo się chce, to można”.

A Wy? Co Wy myślicie?

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s