Pod prąd i inne różności

Styczeń dobiega końca, kalendarzowa zima nieuchronnie zbliża się do półmetka, skorzystam więc z okazji, żeby zdradzić, co się u mnie działo na przestrzeni tych minionych kilku tygodni. A działo się, i owszem, choć może niezbyt spektakularnie.

Po pierwsze, Scarecrow dotarł do półfinału Muzycznej Bitwy Polskiego Radia Wrocław. Zaszliśmy nawet dalej, bo dzięki wsparciu naszych fanów półfinałowy pojedynek też przeszliśmy zwycięsko – ale na ostatnim etapie przed ścisłym finałem (czyli na „trzy-czwarte finale”? Na „niemal-finale”? Czy jak to, kurde, nazwać?) lepsi okazali się już inni. Niemniej jednak serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy wsparli nas swoimi głosami: możecie być pewni, że bardzo wiele to dla nas znaczy.

O ile w eliminacjach Muzycznej Bitwy leciał jeszcze nasz stary, własnoręcznie miksowany utwór pt. „Na dnie”, o tyle w półfinale przedstawiliśmy już absolutną świeżynkę. „Pod prąd” to energiczny heavy-rockowy numer, zrealizowany we wrocławskim Sonic Loft Studio pod okiem Pawła Jakubowskiego. Jest to również kawałek zapowiadający naszą EP-kę pt. „Cztery”, która przy dobrych wiatrach będzie dostępna na przełomie lutego i marca. Kto nie słuchał, zapraszam serdecznie do degustacji. Przy okazji informuję, że to pierwszy kawałek Scarecrow, do którego nie napisałem tekstu – autorką jest Dominika Golińska-Kosowska, żona naszego gitarzysty, moja serdeczna przyjaciółka, a w ogóle kobieta wielu talentów i przesympatyczna dusza.

Co tam jeszcze w międzyczasie przeskrobałem? Odwiedziłem przykładowo Łukasza Śmigla i Jacka Antczaka w audycji Radia Wrocław Kultura – pogawędziliśmy sobie miło o moich pasjach, o self-publishingu, o obecnej sytuacji na rynku książki czy o gitarowych umiejętnościach Stephena Kinga. Było przefajnie, zachęcam do regularnego słuchania ich audycji w każdy czwartek od godziny 15:00 poczynając, naprawdę warto. Więcej na ten temat znajdziecie TUTAJ.

Pisałem też trochę. Nie tyle, ile bym chciał – moja kochana latorośl o to zadbała, bezbłędnie wybierając okres, kiedy tatuś ma ciut więcej czasu, na chorobę. W efekcie zamiast łupać w klawisze przez bite sześć godzin pobytu synalca w żłobku, musiałem zadowolić się tymi dwiema marnymi godzinkami, kiedy łaskawca udawał się na drzemkę. Ale lepsze to niż nic: powieść posuwa się do przodu, jestem coraz bliżej połowy. Oprócz tego kończę pewne steampunkowe opowiadanie oraz felieton, które to teksty, mam nadzieję, na przestrzeni kilku miesięcy ujrzą światło dzienne i zaskarbią sobie serca czytelniczych rzesz 🙂

Życie to nie tylko praca, należy też od czasu do czasu odsapnąć. O tę właśnie odsapkę dbałem, posiłkując się kilkoma elementami popkultury. Z żoną połykaliśmy kolejne odcinki wyśmienitego Ripper Street jak młode pelikany. Już bez żony, znaczy się czysto samolubnie i w samotności pożarłem – z równie wielką, choć innego rodzaju przyjemnością – Święty Wrocław Orbitowskiego, książkę mroczną, językowo brawurową, pełną tak typowych dla tego autora celnych spostrzeżeń na temat ludzkiej natury. Aha, przeczytałem też – wreszcie – Trafny wybór J.K. Rowling i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, po co ona napisała tę cholerną książkę. Przez ostatnich sto pięćdziesiąt stron już nie zadawałem pytań, tylko czytałem z wypiekami na twarzy. Trafny wybór to przykład doskonale skonstruowanej i bardzo konsekwentnie napisanej powieści obyczajowej, która jest czymś znacznie więcej niż tylko próbą odcięcia się od etykietki „autorki Harry’ego Pottera”. Rzecz zdecydowanie warta polecenia, trzeba się tylko nie zrażać powolnym początkiem 🙂

Styczeń kończę wizytą na ostrym dyżurze – mój ulubiony dwulatek wyjście z choroby postanowił celebrować zderzeniem czołowym z futryną drzwi, na pełnym rozpędzie zresztą – i przygotowaniami do wyjazdu. Koło południa wraz z czeredą rozwrzeszczanych czternastolatków wsiadam do autokaru i na tydzień znikam z internetowego radaru. Anglia czeka i bardzo jestem ciekaw, czym zaskoczy nas tym razem.

A po powrocie biorę się do pracy na całego. W lutym czekają przecież kolejne koncerty, promocja nadchodzącej płyty, no i książka też sama się nie napisze: łudzę się, że do marca dobrnę do połowy.

To tyle, trzymajcie się!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pod prąd i inne różności

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s