Pożegnanie gigantów…

Na pierwszy w życiu koncert klubowy poszedłem zaraz po osiemnastce. Rzecz miała miejsce w podłej wrocławskiej knajpie o nazwie Rocker, gdzie piwo lano do plastikowych kubków, a sala ze stolikami w niewielkim stopniu różniła się od toalety – było tam tak samo ciemno, brudno i wilgotno; śmierdziało też niczego sobie. W części przeznaczonej na koncerty sufit wisiał nisko nad głową, a publikę oddzielała od sceny średnio stabilna metalowa barierka. Pamiętam, że byłem wtedy na tyle głupi, że martwiłem się, czy aby wpuszczą mnie do środka – ledwo osiągnąłem pełnoletniość i nie zdążyłem jeszcze odebrać dowodu. Wpuścili, jak się okazało, bez problemów, tylko ciut starszy kumpel musiał do baru kursować po piwo.

Poszedłem na ten koncert nieprzypadkowo, bo swój debiutancki występ miała wówczas kapela mojego brata. Wiadomo: pokrewieństwo zobowiązuje, poszedłbym nawet gdyby tańczyli oberki w różowych fatałaszkach. Szczęśliwie jednak chłopaki zasunęli tak rasowego hard rocka, że od pierwszych dźwięków miłe ciary chodziły po plecach. Wszystko się zgadzało: perkusista grał równo i agresywnie, bas punktował każde łupnięcie stopy, gitary żarły naprzemiennie, jak dwa wkurzone grzechotniki. Całości dopełniał zawodowy wokal – na pierwszych koncertach wspierała chłopaków ich znajoma ze Szczecina, Minerwa, znana chociażby z pierwszorzędnego śpiewania w Big Fat Mama.

Tak narodził się Snake Charmer.

 

W ciągu kolejnych lat często chodziłem na ich koncerty. Przyjaźniliśmy się, piliśmy razem, godzinami gadaliśmy o muzyce. Przy ich kawałkach szalałem z kumplami, tańczyłem z ówczesną dziewczyną, a obecną żoną, ryczałem refreny na całe gardło, dając upust nagromadzonym emocjom. To ich kawałki, tak samo jak numery AC/DC czy Zeppelinów, rozkładałem na czynniki pierwsze, próbując skumać, co sprawia że dobry rock chwyta i za serce, i za jaja. Kilka razy nawet wystąpiłem z nimi na scenie – były to doświadczenia, których nie zamieniłbym na nic innego.

Podsumowując: towarzyszyłem im przez lata. Szanowałem determinację, żeby mimo przeciwności losu robić swoje najlepiej, jak to możliwe; podziwiałem poczucie humoru odzwierciedlane w tekstach i na scenie, miłość do ciężkiego grania oraz to, że zawsze stawiali na autentyczność. Obserwowałem stopniową ewolucję z garażowego bandu w zespół na profesjonalnym poziomie. Słuchałem, jak surowe hardrockowe numery zastępowane są dopracowanymi kawałkami, które spokojnie mogłyby pojawić się na długogrających płytach znanych rockowych firm. Cieszyłem się jak głupi ze sławy i rozgłosu, jakie na kilka chwil zapewnił im genialny cover „Born in the USA” Springsteena – zatytułowana „Born in the PRL” kompozycja z humorem i nutą nostalgii obrazowała dzieciństwo pokolenia dorastającego za późnej komuny.

 

Ten cover był, moim zdaniem, momentem przełomowym w karierze Snake Charmer. To za jego sprawą media zainteresowały się zespołem, to dzięki niemu sypnęły się propozycje kontraktów płytowych… które niestety zniknęły z chwilą, gdy management Bossa nie zgodził się na rejestrację coveru w wersji zaproponowanej przez zespół. Filmik, który na przestrzeni kilku miesięcy dorobił się na YT blisko miliona wyświetleń, musiał zostać zdjęty, a utworu nie wolno było puszczać w radio. Pięć minut chwały skończyło się przerażająco szybko.

To wydarzenie na pewno podcięło Snake’om skrzydła. Później swoje zaczęło robić samo życie: dzieci, praca, rosnąca górka zobowiązań i powinności.

I tu dochodzimy do powodu, dla którego zacząłem w ogóle pisać ten post. W najbliższą sobotę, 21 lutego we wrocławskim klubie Alive zespół Snake Charmer pożegna się ze swoimi fanami. Ludzie, których traktuję – wiem, niepoprawnie ze mnie sentymentalny typ – jako jedną z ikon rocka, ostatni raz dadzą czadu. Zapraszam, przyjdźcie. Kto wie, może zdarzy się cud i te ogniste dźwięki w jakimś maluteńkim, ledwo zauważalnym stopniu odmienią Wasze życie?

Tak jak odmieniły moje te kilkanaście lat temu.

1112

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Różne i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pożegnanie gigantów…

  1. Pingback: Poznańska bułeczka | Marcin Rusnak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s