Raport z wakacji (cz. 2)

Niemal dwa miesiące luzu od pracy stricte zarobkowej to doskonała okazja nie tylko, żeby nadrobić zaległości rodzinne i te związane z pisaniem (o tym wspominałem już w poprzednim wpisie – TUTAJ), ale też żeby nadgonić braki w czytaniu. Jak to bywa, wśród połykanych książek trafiły się pozycje bardzo dobre i nieco słabsze, a swoimi zupełnie subiektywnymi wrażeniami podzielę się z Wami na przestrzeni kilku poniższych akapitów.

a11Łukasz Orbitowski, Zapiski nosorożca – Orbitowski to taki dziwny pisarz, wciąż nie mogę się względem niego zdobyć na jakiś klarowny sąd. Z jednej strony stylistycznie świetny, z niesłychanie celnymi obserwacjami, genialnymi porównaniami, mistrz i opisu, i dialogu. Z drugiej jednak w każdej jego książce, którą czytałem, coś mi zgrzytało. A to dłużyzny w Widmach. A to komiksowo przerysowana jatka w Świętym Wrocławiu. A to jakieś dziwne logiczne nieścisłości w pisanym wespół z Jarkiem Urbaniukiem Tancerzu. Podsumowując: bardzo chciałbym Orbitowskiego okrzyknąć moim literackim guru, ale ciągle mi w jego tekstach coś nie leży: może po prostu nie są w stu procentach kompatybilne z moimi gustami i stąd wynika ten brak ukontentowania. Mniejsza o to; grunt, że Zapiski nosorożca cierpią na tę samą przypadłość. Z jednej strony moc pozytywów: opisy ciekawe i niebanalne, wyważone i nie przegadane, wiarygodne i wciąż emanujące zachwytem oraz zdumieniem, które towarzyszyły autorowi w trakcie tej podróży. Do tego prosty, ale zgrabny styl narracji, bliższy temu, który Orbitowski prezentuje w publicystyce niż w beletrystyce. No i jakby tego było mało, połowa książki to afrykańskie legendy podane w specyficznym sosie a la Orbit. Czyli, zdawać by się mogło, smakowitości wszelakie. Z drugiej strony, znowu czegoś mi, cholernemu malkontentowi, brakowało: podczas lektury jakoś nie mogłem wejść w klimat pierwszych legend/mitów, brnąłem przez nie z trudem, wyczekując z utęsknieniem kolejnych relacji z podróży. Poza tym zabrakło mi jakiegoś punktu kulminacyjnego; czegoś, co trafia się w dobrze skonstruowanej powieści, a w życiu już przecież niekoniecznie. A może problem leżał gdzie indziej: może rolę takiego punktu mogło grać spotkanie z Pietro w Parku Krugera, a ja sobie zepsułem lekturę, poznając tę anegdotyczną historię już na spotkaniu z autorem podczas zeszłorocznych DF-ów? Sam nie wiem. W każdym razie książka na pewno warta przeczytania, choć majstersztykiem i literackim cudem bym jej nie nazwał.

a22Andrzej Sapkowski, Pięcioksiąg wiedźminowski – Opowiadania Sapkowskiego znam na pamięć i z wielką przyjemnością wracam do nich raz na jakiś czas, ale właściwą sagę, poczynając od Krwi elfów, a na Pani Jeziora kończąc, przeczytałem wcześniej tylko raz, kiedy miałem jakieś piętnaście lat. Zapragnąłem ostatnio wrócić do tych tytułów; przekonać się, na ile teksty, które zafascynowały nastolatka, sprawdzą się w konfrontacji z było nie było doktorem literaturoznawstwa. Miałem, przyznam, spore obawy, czy obronią się, czy wciąż będą tak emocjonować – pamiętałem przecież te dni w bodajże ósmej klasie podstawówki, gdy w odstawkę poszedł komputer, telewizor, kumple, gdy liczyła się tylko opowieść. No i okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione. Sapkowski to dla mnie wciąż mistrz polskiego fantasy, a po tak długim czasie historia Ciri i Geralta wciąż porywa i intryguje. Fenomenalne, barwne postaci, genialny język, świetne dialogi… długo by wymieniać pozytywy. Ważne jest to, że po tych wszystkich latach, jako dojrzalszy czytelnik i przede wszystkim pisarz, odkryłem w sadze Sapkowskiego rzeczy, na które wcześniej byłem obojętny – zgrabne literackie sztuczki, pomysłowe złamania narracji, sprytne rozwiązania w konstrukcji fabularnej. Cóż rzec, po latach mistrz pozostał mistrzem, a ja z gigantyczną frajdą na nowo przeżywałem snutą przez niego opowieść.

a33Marcin Mortka, Martwe Jezioro – Z Mortką mam pewien problem. Z jednej strony jego Morza Wszeteczne pochłonąłem jednym tchem; łyknąłem bez wahania również chyba wszystkie opowiadania tego autora, które miałem okazję czytać. Podobały mi się jego język, humor, rewelacyjni, nieco pratchettowscy bohaterowie czy wyczucie marynistycznych klimatów. Niestety Mortka cierpi też na przypadłość dość powszechną we współczesnym kinie przygodowym, co szczególnie widoczne jest właśnie w Martwym Jeziorze: akcja rwie przed siebie jak szalona, wściekła szkapa: cwałuje jak głupia, potyka się, przystaje na moment zbyt krótki, żeby porządnie zaczerpnąć tchu, i znowu biegnie, galopuje, ale jest to taki wymęczony galop, rzężący , z końskiego pyska kapie krwawa piana. Dzieje się strasznie dużo, od samego początku. Potyczka goni potyczkę, jeden pościg chaotycznie przechodzi w kolejny. Książka ma swoje plusy, widać, że Mortka to nie jest literacki dyletant czy amator, ale narracja i dynamika opowieści wyraźnie szwankują, przez co Martwe Jezioro można traktować jak znośne czytadło i nic więcej. Chyba najsłabsza rzecz, jaką tego lata wchłonąłem.

a66Jack Ketchum, Rudy + Prawo do życia – O Ketchumie nasłuchałem się sporo, więc kiedy w lokalnej bibliotece udało mi się dorwać jego książkę, sięgnąłem po nią bez wahania. O ile pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne (proza prosta, trochę w stylu Kinga, choć chyba stylistycznie zgrabniejsza, a do tego z ładnymi obserwacjami i przemyśleniami, fajnie operująca detalem), o tyle po skończeniu obu mini powieści, wrażenia miałem już mieszane. W końcowym rozrachunku zarówno Rudy (historia starszego człowieka dochodzącego sprawiedliwości, po tym jak miejscowe łobuzy zabijają mu ukochanego psa) jak i Prawo do życia (opowieść o ciężarnej kobiecie, która w drodze do kliniki aborcyjnej zostaje porwana i poddana wyszukanym torturom) wypadają tak sobie. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy historie te ukazują mroczne obszary ludzkiej psychiki i charakteru, owszem, ale poza tym są dość przewidywalne i nie mówią niczego nowego, są doskonale wtórne. Mam wrażenie, że to książka, którą czyta się dobrze, ale która też szybko zatrze się we wspomnieniach.

a44Marek Piekarczyk, Zwierzenia kontestatora – Absolutnie nieoczekiwany czarny koń moich czytelniczych przygód w te wakacje. Mimo że od dawna jestem fanem TSA i bardzo przypadła mi do gustu również solowa płyta Piekarczyka pt. Źródło, nie spodziewałem się, żeby biografia tego człowieka mogła zrobić na mnie takie wrażenie – w końcu przez te ponad 35 lat na scenie Piekarczyk nagrał tylko kilka płyt. Okazało się jednak, że ta autobiografia w formie wywiadu-rzeki z dziennikarzem Leszkiem Gnoińskim to prawdziwa rewelacja. Piekarczyk jawi się arcyciekawą osobą, człowiekiem o głębokich przekonaniach i zasadach, zupełnie niedzisiejszym w swoim podejściu do setek różnych spraw. Jego biografia obfituje w niesłychane historie, zaskakujące zwroty akcji, w barwne postaci, w zdarzenia absurdalne, surrealistyczne, wesołe i smutne, ale zawsze niebywale zajmujące. Polecam nie tylko fanom muzyki rockowej, ale wszystkim, których fascynują niebanalni, nie poddający się schematom ludzie.

a55Robert Galbraith, Jedwabnik – Druga część przygód jednonogiego detektywa Cormorana Strike’a i jego asystentki, pomysłowej i atrakcyjnej Robin Ellacott jest równie dobra, jeśli nie lepsza, niż pierwsza. Tym razem fabuła dotyczy nie rzekomego samobójstwa top modelki, ale chimerycznego, egocentrycznego pisarza, który pewnego dnia znika. Sprawa, która z pozoru wydaje się banalnie prosta, prędko gmatwa się, a Rowling (wszak teraz wszyscy już wiedzą, że Robert Galbraith to tylko pseudonim literacki autorki Harry’ego Pottera) serwuje czytelnikom skomplikowaną, wielowątkową intrygę. Do największych zalet Jedwabnika należą z całą pewnością wyraziste, bardzo ciekawe postaci (z dwójką głównych bohaterów na czele), pasjonująca, sprytnie odkrywana historia, zręcznie zrównoważona dynamika narracji. Minusów, o ile ktoś lubi kryminały, właściwie brak. Ja osobiście nie mogę się nadziwić umiejętnościom Rowling, która po młodzieżowym fantasy i społecznej obyczajówce (Trafny wybór) doskonale sprawdza się w kolejnej konwencji. I nie mogę się doczekać kolejnej części przygód Cormorana Strike’a.

A jak Wy i Wasze czytelnicze doświadczenia? Dorwaliście coś z powyższej listy i macie zdanie podobne lub zgoła odmienne? A może trafiliście na inne perełki? Piszcie w komentarzach, chętnie poznam Wasze wakacyjne typy 🙂

Trzymajcie się ciepło i słonecznie!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s