Jesienne refleksje

Są pewne rzeczy, które sprzyjają snuciu przemyśleń. Jesień z całą pewnością jest jedną z nich – jesień z ponurym, szarym chłodem kłębiącym się za oknami od świtu do zmierzchu, z autobusami pełnymi ludźmi i zaparowanymi szybami, z butami roztrącającymi zesztywniałe, kolorowe liście. Korzystając z okazji pozwolę sobie na trzy refleksje, niezbyt może oryginalne, ale przynajmniej moje własne.

1. Społeczeństwo głupieje. Albo raczej chamieje. Zazwyczaj wstrzymuję się przed podobnymi sądami; ba, jestem wręcz ich gorącym przeciwnikiem i z lubością rzucam argumentami im przeczącymi. Jednak postanowiłem ostatnio sięgnąć po literacką klasykę i wypożyczyłem z biblioteki Lolitę Nabokova. Książkę, przed wydaniem której wzbraniali się w latach 50-tych niemal wszyscy gracze na rynku wydawniczym, a która okazała się tekstem nie tylko niebywale kontrowersyjnym, ale i gigantycznym komercyjnym hitem. Powieść, w której z wypiekami na twarzy i czerwonymi uszyma zaczytywały się niegdyś miliony, cieszyła się wówczas podobną skalą popularności, co dziś Pięćdziesiąt Twarzy Greya. Ale jakże głęboka przepaść jakościowa dzieli te dwie książki! Aż nie chce się wierzyć, że tak gigantyczne masy ludzi połykały książkę Nabokova z jej stylistycznym wysmakowaniem i językowym bogactwem: przecież tam na jednej stronie pojawia się większy zasób słownictwa niż w Greyu na przestrzeni setki. Dodajmy do tego liczne gierki słowne, nawiązania do innych tekstów literackich, specyficzny humor… szał! Grey przy Lolicie to jak niemieckie porno z lat 80-tych przy filmie Aronofsky’ego, Jarmuscha albo Wong Kar-waia.

Na próbę, dla szczególnie tematem zaciekawionych, dwa krótkie cytaty. Najpierw z Lolity:

„Tyleż naiwna, ile kłamliwa, tyleż urocza, ile wulgarna, równie skora do mrocznych dąsów, jak do różanej radości, Lolita potrafiła stać się arcynieznośnym bachorem, gdy miała taki kaprys. Niezbyt sobie radziłem z jej napadami rozprzężonej nudy, z zapalczywym, namiętnym zrzędzeniem, z luzackim, mętnookim tumiwisizmem, z tak zwanym „świrowaniem”, czyli ogólnie błazeńskim stylem, który uważała za „charakterny” – w chłopięco chuligańskiej manierze. Pod względem umysłowym okazała się obrzydliwie konwencjonalną panienką. Słodki hot jazz, square dancing, maziste melby z czekoladą, musicale, czasopisma filmowe i tym podobne bzdury obowiązkowo trafiały na listę jej ukochań. Bóg raczy wiedzieć, iloma drobnymi monetami nakarmiłem wielobarwne szafy grające, obecne przy każdym naszym posiłku!”

A teraz z Greya:

„Christian chwyta moje lewe ramię, rozciąga je delikatnie w stronę lewego rogu i zakłada skórzane kajdanki wokół mojego nadgarstka. Kiedy kończy, jego długie palce głaszczą moje ramię. Och! Jego dotyk wysyła gilgoczący dreszcz. Słyszę jak powoli przechodzi na drugą stronę łóżka. Chwyta moje prawe ramię i zakuwa rękę w kajdanki. Po raz kolejny jego długie palce przesuwają się wzdłuż mojego ramienia. O mój… Już jestem gotowa żeby wybuchnąć. Dlaczego to jest takie erotyczne?”

Quod erat demonstrandum.

2. Dziewczyny potrafią śpiewać. Spieszę z wytłumaczeniem: nigdy nie sądziłem, że jest inaczej. Jednak wychowany przede wszystkim na klasycznym rocku, żyłem przekonaniem, że dobry, rasowy wokal może należeć tylko do faceta. Wszak we wszystkich kapelach, którymi karmiłem uszy śpiewali mężczyźni… i to jak śpiewali! Iron Maiden, Led Zeppelin, Deep Purple, AC/DC, The Rolling Stones i setki innych… i wszędzie samce za mikrofonami. Oczywiście bywały i damy, których słuchałem z dzikim entuzjazmem (Janis Joplin, genialna Grace Slick z Jefferson Airplane, Dolores O’Riordan z The Cranberries), później upodobałem sobie kilka innych zacnych wokalistek (Mary Coughlan, Lucindę Williams czy Sandrę Nasić z Guano Apes). Ostatnio jednak – może za sprawą tego, że sam mam w zespole fenomenalną wokalistkę – coraz częściej słucham muzyki, gdzie to panie stają za mikrofonem. I jestem wprost oczarowany. Jakiś czas temu powaliła mnie Tori Amos, później skopała mi cztery litery solistka z naszej polskiej, niezbyt jeszcze znanej Ciabatty (pisałem o nich TUTAJ). Podobają mi się niezwykle Beth Hart czy Joss Stone, jak młody pelikan łyknąłem ostatnią płytę Florence + The Machine. Miłością bezrozumną i zupełnie szczeniacką zadurzyłem się w P!NK, która nie tylko pisze świetne piosenki i niegłupie teksty, ale ma powalający głos, umiejętności i charyzmę. No a zupełnie czarę przelało moje ostatnie muzyczne odkrycie (którego bym nie dokonał, gdyby nie Paweł Iwanina i jego audycja w Radio Wrocław Kultura – serdeczne dzięki Pawle!). Sister Sparrow and the Dirty Birds zaskoczyło mnie i urzekło bezpretensjonalnością, czystą miłością do muzyki, którą słychać w każdym wydawanym przez nich dźwięku, radością, jaką czerpią ze wspólnego występowania… no i kolejnym świetnym damskim wokalem. Poniżej ich nagranie na próbę; myślę, że niejednej osobie przypadnie do gustu.

3. Żeby cieszyć się kulturą z prawdziwego zdarzenia, nie trzeba mieć ani grosza (poza kasą niezbędną, żeby zapłacić za Internet, rzecz jasna). Nie, nie mam tu na myśli szeroko pojętego piractwa, torrentów, chomików i innych narzędzi służących nie do końca legalnemu, ale darmowemu dostępowi do cudzych dóbr intelektualnych. Chodzi mi o to, że Internet oferuje całe mnóstwo darmowych tworów niezwykle wysokiej jakości. Muzyka wiedzie tu prym, ponieważ sporo wykonawców (albo ich wytwórnie) dbają o to, by piosenki danego artysty były dostępne za pośrednictwem YouTube’a albo Spotify. Ale z literaturą też sprawa, o czym ostatnio się przekonuję, ma się całkiem nieźle i nie chodzi mi bynajmniej o istnienie bibliotek publicznych. Odkryłem bowiem ostatnio przesympatyczną anglojęzyczną stronę poświęconą flash fiction, czyli odpowiednikom naszych miniatur literackich. Na dailysciencefiction.com przeczytacie opowiadania nie dłuższe niż 1500 słów, da się więc je połknąć (o ile oczywiście tylko pozwala na to znajomość angielskiego) w dosłownie kilka minut. Już słyszę głosy sceptyków – no jak to, cudze chwalić, a o swoim ani słowa, przecież mamy swój polski Szortal! Owszem, mamy, ale teksty na Szortalu bywają wyraźnie lepsze i gorsze, do tego ukazują się dość nieregularnie, a sama strona zapaskudzona jest dziesiątkami newsów i recenzji, które w gruncie rzeczy czynią z tego zacnego pomysłu kolejny serwis poświęcony fantastyce. Dailysciencefiction.com to wyłącznie teksty – za to publikowane są codziennie, intrygują różnorodnością i zawsze stoją na wysokim poziomie. Na próbkę trzy opowiadanka z ostatnich dni, w tym pierwsze z wymienionych autorstwa samego Kena Liu: „Crystal”, „8 Steps To Winning Your Partner Back From The Server”, „Fluency”. Mam nadzieję, że przypadaną Wam do gustu i będziecie regularnie odwiedzać tę stronę, bo naprawdę warto.

No dobrze, starczy już na dziś tych refleksji. Serdeczne pozdrowienia, trzymajcie się ciepło mimo chłodu, słoty i niech nie dopada Was jesienna chandra!

Do przeczytania!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Różne i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s