O bogach i zwyczajnych ludziach

UFO - lata 70-te.

UFO w latach 70-tych

Kiedy byłem dzieckiem, żyłem w przekonaniu, że artyści to bogowie. Nie mogło być inaczej. Facjata Jima Morrisona zajmowała ćwierć ściany pokoju, który dzieliłem z bratem. Płyty (a dokładniej albumy na kasetach) przegrywało się przystawiając jeden magnetofon do drugiego i wokół musiała panować absolutna cisza. Na nieliczne koncerty idoli mój brachol jeździł do miejsc mitycznych i magicznych, które znałem wówczas tylko z nazwy: do Chorzowa, na warszawski Torwar, czy – w ekstremalnych sytuacjach – do odległej, obcej metropolii zwanej Pragą. Żeby zobaczyć Rolling Stonesów w telewizji – byłem wtedy akurat u babci – wymknąłem się nocą (czyt. po godzinie 20:00) z pokoju, przekradłem do pokoju z telewizorem i po kryjomu włączyłem odbiornik. O nadludzkim statusie Micka Jaggera i kompanii niech zaświadczy fakt, że babcia, która nakryła mnie po jakiejś pół godzinie, pokręciła głową, ale poza tym przyniosła kołdrę, opatuliła mnie nią starannie i oglądnęła resztę koncertu razem ze mną.

Nie dotyczyło to zresztą samej tylko muzyki. Bogami byli Clint Eastwood oraz Steve McQueen, bracia Laudrupowie i Peter Schmeichel, panowie Romero i Carmack odpowiedzialni za Wolfensteina 3D i Dooma.  Książki Tolkiena otwieraliśmy z nabożną czcią, żeby liczące sobie kilkadziesiąt lat okładki pociągnęły ciut dłużej. Sapkowski i Pratchett byli postaciami równie obcymi i cudownymi, nie miało znaczenia, gdzie mieszkali czy to, w jakim języku tworzyli. Powoływali do życia całe światy, a to znaczyło, że nie należeli do grona zwykłych śmiertelników.

Michael Schenker w latach 70-tych

Michael Schenker w latach 70-tych

Minęło kilka lat, podrosłem, dojrzałem, może nawet zmądrzałem. Pojechałem na swój pierwszy koncert (Iron Maiden w Katowicach w 2000 roku), później na kolejne. Przekonałem się, że wokaliści nie mają dziesięciu stóp wzrostu, a gitarzyści pocą się i muszą otrzeć gębę ręcznikiem pomiędzy numerami. Później podczas koncertu MSG w Warszawie przebiłem piątkę i zamieniłem kilka słów z Michaelem Schenkerem, moim prywatnym gitarzystą numer jeden. Heros okazał się rozmiarów zupełnie człowieczych i nie raził piorunami, za to uśmiechał się i podpisywał płyty. Miał też potworną, fioletową koszulkę i musiał wstrzymać koncert o minutę lub dwie, bo w jednym z efektów padła mu bateria.

Dotarło do mnie wreszcie, że artyści – choćby i wielcy – to wciąż ludzie. Czasami zwariowani, mniej lub bardziej oderwani od rzeczywistości, zwyczajnie dziwni, owszem. Ale dalej ludzie. Nie ma w nich nic magicznego. Nic cudownego.

W zeszły piątek, na koncercie UFO, uświadomiłem sobie, jak bardzo się myliłem.

UFO – słowem wyjaśnienia dla tych, którzy nie wiedzą – to brytyjski zespół hard rockowy. Karierę rozpoczął w 1969, ale prawdziwe sukcesy zaczął odnosić po zrekrutowaniu w 1973 roku wspomnianego już w tym wpisie Michaela Schenkera, nastoletniego geniusza gitary z Niemiec. Lata 70-te to pasmo bardzo udanych płyt, kilka rockowych hymnów, koncerty u boku np. AC/DC, ale też gigantyczne problemy z alkoholem i narkotykami oraz personalnymi niesnaskami. To przez kombinację tych ostatnich UFO nigdy nie osiągnęło pozycji, którą cieszą się dziś legendy pokroju Zeppelinów czy Purpli, choć po wielu przetasowaniach składu, po licznych wzlotach i upadkach, ten band wciąż nagrywa płyty i koncertuje.

UFO we Wrocławiu, 2015r

UFO we Wrocławiu, 2015r

Nie umiem tak do końca powiedzieć, dlaczego to akurat UFO jest moim ulubionym zespołem wszechczasów. Może to kwestia brzmienia: unikatowego połączenia ciężkich riffów z niezwykłą melodycznością, choć bez popadania w pudelkowatość właściwą amerykańskiemu pop rockowi. Może to kwestia solówek Schenkera, zawsze przemyślanych i wybornie zagranych, w opozycji do nierzadko rzępolonych popisów Page’a czy Iommiego. A może winne są teksty, chyba najlepsze, z jakimi miałem do czynienia w przypadku kapeli grającej hard rocka. Nie wiem. Wiem natomiast, że – pomimo prawdopodobnie najgorszych okładek w historii muzyki rockowej – UFO pokochałem i kochać będę aż po grób, koniec kropka.

Wróćmy do meritum. Wrocławski koncert UFO miał miejsce w Starym Klasztorze, klubie na 300 albo 400 osób. Muzycy, żeby dostać się na scenę, musieli przejść między zebranymi na widowni fanami otoczeni tylko parą ochroniarzy. W garderobie raczej nie czekały na nich kwiaty ani lodóweczka Jacka Danielsa, tylko ciasnota i popękane kafle. Nie zarobili na tym koncercie kokosów, obyło się bez staników ciskanych na mikrofonowy statyw przez rozochocone młódki o smukłych, gorących ciałach. Po koncercie nie było limuzyny, noclegu w najlepszym hotelu, nie było rehabilitantów, sztabu kosmetyczek i dnia spędzonego w spa, żeby odzyskać nadwątlone siły.

444

Phil Mogg – Wrocław, 2015r

To właśnie podczas tego koncertu doznałem olśnienia. Patrzyłem na wokalistę UFO, Phila Mogga. Na blisko 68-letniego gościa bez połowy zębów, który porusza się na scenie, jakby lada moment miała mu odpaść któraś kończyna. Na człowieka, który przebalował większość życia, a teraz musi radzić sobie z ciałem zmaltretowanym przez narkotyki i alkohol bez pomocy grubych milionów, które do swojej dyspozycji mają ci wybrańcy, którzy na muzyce dorobili się fortuny. Facet mógłby siedzieć na dupie i koncertować przez trzy miesiące w roku po Niemczech, Japonii i Stanach – miejscach, gdzie wciąż jest spory popyt na muzę UFO. Wystarczyłoby na życie. Mógłby łoić na występach klasyki z lat 70-tych, bo choć głos mu się zmienił, to z właściwymi dźwiękami wciąż trafia w dziesiątkę.

Mógłby. Ale tego nie robi. Regularnie nagrywa kolejne, dobre albo nawet bardzo dobre płyty. I ma dość jaj, odwagi oraz chęci, żeby przyjechać do Polski i zagrać koncert dla 300 osób.

Patrząc na Phila Mogga kolejny raz przyszło mi do głowy, że artyści nie są wcale bogami. Ale też niektórzy z nich wcale nie są zwykłymi ludźmi – są bohaterami. Brzmi patetycznie? Może i tak – ale nie jest przez to ani odrobinę mniej prawdziwe.

W jednej z piosenek UFO, Mogg śpiewa „Tell me heroes don’t fade away, they’re forever”. Choć nie jestem już dzieckiem i doskonale wiem, że wszystko ma kiedyś swój koniec, jakaś dziecięca, naiwna część mnie bardzo chciałaby, żeby ten cytat okazał się prawdą, a bohaterowie tacy jak Mogg i pozostali chłopcy z UFO trwali wiecznie. Razem ze swoją muzyką.

PS. Zdjęcia z wrocławskiego koncertu UFO są autorstwa Dominiki Golińskiej-Kosowskiej. Tych, którzy chcą zobaczyć ich więcej, zapraszam TUTAJ.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka, Różne i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s