Styczeń potworny i piękny

Potworny ten styczeń. Potworny, ale i piękny. Nadzwyczajny, bo tak wiele się wydarzyło. I jakże zwyczajny zarazem, to przecież jakby ludzkie życie pod mikroskopem: kalejdoskop dni, w którym radość miesza się ze smutkiem, harmonia z chaosem, śmiech z bólem. Dwadzieścia parę dni, a w nich wszystko: narodziny i śmierć, rozwój i upadek, nadzieja i strach.

Nikt nie powinien umierać na początku roku. Wiem, że brzmi to idiotycznie, bo śmierć nie jest instancją, z którą można negocjować i która zwracałaby uwagę na bzdurne wyobrażenia i przekonania żałosnych śmiertelników. Ale nadejście nowego roku to szansa na nowe i lepsze, to przekreślenie tego, co było, i śmiałe spojrzenie ku temu, co dopiero przed nami. To ufność w odradzające się życie, w nadejście światła po zmroku, w nastanie radosnego ciepła wiosny po posępnym chłodzie zimy. Śmierć, która następuje na początku roku to szyderczy śmiech w ciemnym pokoju, to diabeł, który szepcze ci do ucha, że nigdy nie jesteś i nie będziesz bezpieczny, to burzowa chmura rozciągająca się po niebie, które wreszcie zachwyciło błękitem.

aaaNie będę udawał, że śmierć Davida Bowiego jako artysty jakoś szczególnie mnie poruszyła. Jest kilka jego płyt, których od czasu do czasu słucham; kilka piosenek, które budzą we mnie żywsze emocje. Ale to wszystko. Natomiast poruszyła mnie śmierć Bowiego jako człowieka. Gościa, który zmarł w dwa dni po premierze płyty i który nigdy tak naprawdę nie miał okazji się przekonać, czy jego ostatni artystyczny strzał będzie arcydziełem, niewypałem, czy może czymś pośrodku. Nie mógł nacieszyć się odbiorem swojej twórczości. Poruszyła mnie śmierć człowieka, który miał jeszcze tak wiele do zaoferowania światu, w którym drzemało tyle niezrealizowanych pomysłów. Nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że będę tęsknił za Bowiem – i tak nie poszedłbym na jego koncert, prawdopodobnie nie kupiłbym żadnej z kolejnych nagranych przez niego płyt. Ale szkoda mi tego potencjału, który jeszcze w nim tkwił i który ludzkość bezpowrotnie utraciła. Szkoda mi człowieka, którego tak wielu kochało i szanowało. Szkoda mi tego, że – jak wielu innych – Bowie został doceniony, choćby i w tym najbardziej przyziemnym, komercyjnym wymiarze, dopiero po śmierci: Blackstar, czyli jego ostatnia płyta, okazała się równocześnie pierwszą, która wylądowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów Billboardu.

bbbNie będę – tak naprawdę, szczerze – tęsknił za Davidem Bowie. Będę natomiast tęsknił za Lemmym z Motorheadu, za jego gardłowym wokalem i za przesterowanym rickenbackerem; za szczerością, bezpretensjonalnością i miłością do muzyki, które uosabiał każdego dnia swojego popieprzonego życia. Będę tęsknił za Alanem Rickmanem, za jego cudownym głosem i ostro ciosaną gębą, za człowiekiem, który mógł z równą wiarygodnością próbować zabić Johna McClane’a i uratować Harry’ego Pottera.

cccIch odejście, odjeście Lemmy’ego i Alana, odrobinkę – nie bardzo, ale jednak – zmieni mój świat. Podobnie jak odejście Jimmy’ego Baina, jednego z fajniejszych basistów, jakich w życiu słyszałem, autora części najlepszych numerów Rainbow i Dio. O jego śmierci dowiedziałem się dzisiaj  zupełnym przypadkiem, ponieważ Bain nie był ikoną pokroju Bowiego czy Lemmy’ego. Był zwyczajnym facetem, który poświęcił życie muzyce i jako taki nie zasłużył na wzmiankę w mainstreamowych mediach. Rozumiem to i nie mam żalu, nie sposób napisać o każdym. Mam natomiast żal do śmierci, że zabrała nam kolejnego fajowego gościa, podczas gdy tylu niemożliwych sukinsynów wciąż wesoło stąpa po ziemi.

Potworny ten styczeń. Ale i piękny. Bo to właśnie w tym miesiącu po raz pierwszy poszedłem na sanki z moim trzyletnim synkiem. Pierwszy raz widziałem, żeby płyta mojego zespołu została sprzedana za ośmiokrotność swojej normalnej ceny – a cieszy to tym bardziej, że pieniądze te poszły na szczytny cel. Pierwszy raz dostałem odmowny list z wydawnictwa – niby nic miłego, ale o dziwo, podziałało to na mnie diabelnie krzepiąco: po pierwsze dlatego, że w ogóle dostałem odpowiedź, po drugie dlatego, że było w nim, mimo odmowy, sporo pozytywów, a po trzecie, bo zetknąłem się z elegancką, konstruktywną krytyką, dzięki której moja książka będzie lepsza, a ja stanę się lepszym pisarzem.

To nie wszystko, takich wyjątkowych, nietypowych chwil było w tym miesiącu więcej. Na przykład wtedy, gdy z zaproszenia Ani Kańtoch trafiłem na warsztaty sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki i miałem okazję przez kilka godzin gadać o pisaniu z podobnymi sobie pasjonatami. Albo wtedy, gdy wraz ze Scarecrow wzięliśmy na warsztat „All For You” Motorheadu – piosenkę, której zagranie marzyło mi się od lat. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz przy graniu jakiegoś numeru miałem coś podobnego – rogala na gębie i łzy w oczach. Albo kiedy w osobie Kyle’a Rena z nowych Gwiezdnych Wojen rozpoznałem Adama Drivera, którego pamiętałem z genialnej, choć skrajnie epizodycznej rólki w Co jest grane, Davis? (gdzie, nawiasem mówiąc, występuje obok Oscara Isaaca, czyli starwarsowego Poe Damerona). Dla tych którzy tego filmu nie widzieli, link do adekwatnej sceny TUTAJ. Have fun.

dddByły też chwile równie miłe, choć w gruncie rzeczy znacznie bardziej powszednie. Obejrzałem na przykład wspomniane już nowe Gwiezdne Wojny i znowu poczułem się jak dziecko. Otrzymałem dokładnie taką historię, jakiej pragnąłem, utrzymaną w estetyce, którą kocham, nagraną z rozmachem i polotem. I nawet jeśli momentami akcja zanadto, jak na mój gust, gna do przodu, to są to takie Gwiezdne Wojny, do których sam będę z przyjemnością wracał, a później zarażę swoją fascynacją moje dziecko. Jest w nich wszystko to, co podbiło moje serce, kiedy po raz pierwszy oglądałem oryginalną trylogię; jest tam wszystko, czego brakowało prequelom – jest więc humor, nastrój, fenomenalne wyczucie dynamiki, lekko post-apokaliptyczny klimat, fajowe postaci i przede wszystkim ten ulotny, trudny do zdefiniowania, a jednak wyczuwalny czynnik: magia. Nie przeszkodziło mi nawet szczególnie to, że dwie największe niespodzianki przygotowane przez scenarzystów zepsułem sobie jeszcze na długo przed seansem trafiając przypadkiem na pieprzone memy na pieprzonym facebooku.

eeeCo więcej? Przeczytałem Drażliwe tematy – nowy zbiór opowiadań Neila Gaimana (Neil jak zwykle oczarował mnie, zachwycił, porwał ze sobą w fascynującą, obłędną podróż po wizjach czasem surrealistycznych, czasem dość fantasmagorycznych, ale zawsze kompletnie cudownych). Obejrzałem prawie cały pierwszy sezon znakomitego serialu Fortitude (polecanego swego czasu przez Petera Wattsa na łamach Nowej Fantastyki) – gdyby nie inne obowiązki i zdrowy rozsądek, wszystkie odcinki pochłonąłbym za jednym zamachem. Posłuchałem też kilku rewelacyjnych płyt – między innymi drugiego krążka hard rockowych wymiataczy z The Winery Dogs, debiutanckiego albumu Delta Deep czy ostatniego studyjnego dokonania panów z Rival Sons, o kompletnie odjechanym Fever Ray nie wspominając.

A kiedy sądziłem, że po wszystkim, co się w tym krótkim czasie wydarzyło, już absolutnie nic mnie w tym miesiącu nie zaskoczy, w sklepie z zabawkami mój synek Filip wyciągnął z wiaderka plastikowy miecz świetlny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy cały hype towarzyszący nowym Gwiezdnym Wojnom, gdyby nie to, że ów miecz po wciśnięciu guzika błyskał na czerwono-niebiesko i wygrywał główny temat z Gliniarza z Beverly Hills.

Na dzisiaj to wszystko. Trzymajcie się ciepło.

PS. Jeśli nazwisko Jimmy Bain nic Wam nie mówi, posłuchajcie tego numeru. Posłuchajcie TEGO basu. Jeśli chcecie znać moje zdanie, to jest jedna z tych sytuacji, kiedy kilka dźwięków znacznie lepiej udowodni wartość człowieka niż choćby i tysiąc słów.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s