Powrót do życia

Potwornie długo mnie tu nie było. Ale już jestem. Trudno powiedzieć, na jak długo, postaram się jednak, żeby podobna – praktycznie dwumiesięczna – absencja na niniejszym blogu więcej się nie powtórzyła.

Króciutko wytłumaczę, z czego ta moja nieobecność wynikała. Po pierwsze nie miałem nic szczególnie fascynującego do napisania. Och, wiem, że temat zawsze się znajdzie, potrzeba tylko chęci. I tym samym przechodzimy do punktu drugiego – od pewnego czasu byłem tak zawalony robotą, że pisanie na bloga było ostatnim, na co miałem ochotę, o czasie nie wspominając. A właśnie, czas to numer trzy. Odkrycie ostatnich miesięcy: jeśli próbujecie pogodzić ze sobą pracę na półtora etatu, spędzanie czasu z dzieckiem, granie w kapeli i pisanie, to nie liczcie na to, że napiszecie cokolwiek na cholernego bloga! Punkt czwarty, niby na doczepkę, ale nie wiem, czy tak naprawdę nie najważniejszy – żeby blog miał sens, pisać go trzeba umieć! Umieją – przynajmniej moim zdaniem – tacy na przykład Orbitowski czy Gaiman. Gdzie mnie, maluczkiemu, porównywać się do takich gigantów? Gdzie z ich swobodą, swadą i polotem pisać o rzeczach wielkich i małych, o zdarzeniach niezwykłych i o drobiazgach składających się na szarą codzienność?

Przyznam, zabierałem się do wpisu – do jakiegoś wpisu, jakiegokolwiek wpisu, który ruszyłby ten blog z marazmu i totalnej padaki – od dłuższego czasu i po prostu nie mogłem przeskoczyć tej banalnej bariery: po co pisać, jeśli wszystko, co mogę chcieć powiedzieć, już wcześniej i lepiej wyraził ktoś inny?

A potem zajrzałem na blog Ani Kańtoch i się opamiętałem. Ania pisze kiedy chce, ile chce i o czym chce. A przynajmniej takie wrażenie sprawia. Nie zabiega o atencję czytelnika. Nie wdzięczy się do odbiorcy, nie wciska mu kitu i nie obiecuje niczego, czego nie zamierza spełnić. Krótka wizyta na jej blogu – bardzo sympatycznym zresztą, tak samo jak i jego właścicielka, przekonajcie się sami, klikając TUTAJ – przypomniała mi, po co istnieją podobne witryny: ten maleńki wycinek cyberprzestrzeni to nie jest obowiązek ani przymus. To nie kolumna w gazecie, którą trzeba regularnie zapełniać ku uciesze gawiedzi. To raczej wiadomość w butelce, którą ktoś może znajdzie wśród fal i przeczyta, na krótką chwilę odrywając się od swojego mikrokosmosu i zatapiając się w moim.

No to piszę. Butelka już czeka, korek też, a morze dzisiaj jest wyjątkowo niespokojne i nie mam pojęcia, czy ta flaszka rozbije się o przybrzeżne skały, czy może powędruje het, za horyzont.

***

Ostatnie dwa miesiące to był pokręcony czas. Chaotyczny i pogmatwany, szczególnie teraz, kiedy próbuję sobie to wszystko uporządkować w głowie, poukładać. Ciężko jest – nawet nie dni, ale całe tygodnie zlewają się ze sobą, jakby zostały uwiecznione na celuloidowej taśmie, a ta później trafiła w ręce dzieciaka obżerającego się pączkami z lukrem. Wszystko jest poklejone, obrazy się ze sobą bezładnie splatają, jedno zdarzenie miesza z innym. Ktoś tu chyba też coś ciął – nie wiem: sabotażysta czy jakiś niedorobiony montażysta – bo brakuje mi kilku dni, zginęły pewnie przytłoczone masą spraw do załatwienia, odeszły na zawsze przykryte stresem, złością i zmęczeniem.

Odtwarzam, co się da.

Przewijam najpierw te rzeczy, które poszły źle, które wolałbym wykasować i zapomnieć. Chcę to mieć za sobą. Gdzieś wśród tych urywek są kłótnie o bzdury, bezsensowne żale i pretensje, nieprzyjemne słowa. Jest wściekłość spowodowana poczuciem marnowania czasu – czasu, którego tak mi notorycznie brakuje, który jest taki cenny – na bezcelowe działania, na dziesiątki nikomu niepotrzebnych, biurokratycznych bzdur. Jest frustracja spowodowana świadomością, że moje życie stoi w miejscu. Są ukłucia zazdrości, wrażenie niesprawiedliwości i zwykłego pecha. Jest wreszcie poczucie – najgorsze ze wszystkich mi znanych – że zawodzę ludzi, których kocham, ludzi, na których najbardziej mi zależy.

Już. Było, minęło. Przebrnąłem. Przechodzę do rzeczy fajnych i dobrych. I nagle okazuje się, że było ich sporo, znacznie więcej niż bym się w pierwszej chwili spodziewał. Wracają unieruchomione kadry i powidoki, a wraz z nimi dźwięki, smaki i dziesiątki innych wrażeń.

Jest Malbork, czerwone cegły grzejące się w słońcu i chłodne zacisze średniowiecznych komnat. Wszystko to piękne, monumentalne, mistyczne; uwierzyłby ktoś, że wieczne.

Jest złotoryjski zalew, zimna woda chłodząca rozpalone ciało i smak piwa w ustach.

Jest Filip we wrocławskim Aquaparku, rozchichotany i tak piękny, jak piękne może być tylko trzyletnie dziecko; jest wodne działko, którym z uporem maniaka bierze mnie na cel i jest świadomość, że tego dnia, choćby nie wiem co, nikt nam nie odbierze.

Są Oborniki Śląskie, deski sceny uginające się pod stopami i puls basu targający nogawkami spodni w rytm palców szarpiących struny. Jest ten moment, kiedy pod sceną do Zeppelinów tańczą ludzie w strojach ludowych.

Są książki czytane w tramwajach i autobusach, w łóżku i na balkonie, ukradkiem i otwarcie: Hyperion, Jonathan Strange i Pan Norrel, Historia Lisey Kinga, Światy Dantego Ani Kańtoch.

Jest smak lodów, zapach lawendy rosnącej na naszym balkonie, dotyk bałtyckiego piasku pod bosymi stopami.

 Są nowe płyty Black Stone Cherry i Joe Bonamassy. I nowy Diamond Head, którego wciąż nie mam kiedy przesłuchać w całości, choć pierwsze dwa numery zapowiadają świetny album.

Jest Grzesiek Gajek ściskający swoją nową książkę (Malowidło – niedługo pojawi się w sprzedaży, a wtedy na pewno napiszę na jej temat coś więcej) i świadomość, że wytrwałość oraz ciężka praca potrafią czynić cuda.

Jest zrujnowany, żelbetonowy szkielet wielopiętrowego parkingu, gdzie pośród okruchów szkła i setek graffiti stałem w samych gaciach, trampkach i okularach przeciwsłonecznych, a najgenialniejszy znany mi Portugalczyk kręcił dla nas teledysk.

Jest Kuba Ćwiek, z którym prowadziłem spotkanie w Opolu; jest piwo z dawno niewidzianą przyjaciółką; jest powrót do domu w lodowatym deszczu; jest Filip po raz pierwszy oglądający Scooby-Doo.

Jest i moja cudowna Marta – każdego dnia, o każdej porze, jest jej uśmiech, gest, słowo, pocałunek uścisk. I inne rzeczy, o których nie wypada, żeby dżentelmen wspominał publicznie.

Jest wreszcie taki dzień, jak dzisiaj – kiedy wszystko układa się tak, jak powinno: spędziłem przedpołudnie z dzieckiem, jedząc czereśnie prosto z drzewa, książka spuchła o kolejne dwie strony, wróciłem do blogowania, a wieczorem – jeśli wszystko dobrze pójdzie – czeka mnie kolejny odcinek House of Cards obok najwspanialszej kobiety, jaką znam, oraz kilka stron Italo Calvino przed zasłużonym snem.

Trzymajcie się, do rychłego przeczytania!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s