Jeśli zimową nocą Stephen King…

Doszedłem jakiś czas temu do wniosku, że jestem konsumentem eklektycznym. Mam tu na myśli konsumpcję kultury, bowiem w przypadku tej bardziej przyziemnej, tyczącej jadła i napitków, mam już podejście zgoła inne: mógłbym przeżyć całe lata, pijąc tylko wodę, herbatę i piwo (byle dobre), a moje menu mogłoby się składać z ledwie siedmiu różnych potraw (pod warunkiem, że znalazłyby się wśród nich naleśniki, pierogi i kilka innych przysmaków wyjątkowo trafiających w mój gust).

Wracając do kultury: nie lubię ograniczać się do jednego sortu dzieł reprezentujących dany rodzaj artystycznego wyrazu. Weźmy za przykład muzykę. Największą frajdę sprawia mi szeroko pojęty rock, ale zależnie od humoru i okoliczność sięgam też chętnie po blues, metal (czasami naprawdę ciężki) czy muzykę filmową. Bywa, że pociągnie mnie w stronę jazzu, soulu albo folku, kiedy indziej zaś napada mnie ochota na odrobinę trip hopu albo elektroniki. Podobnie ma się rzecz w przypadku kina: w gronie moich ulubionych reżyserów stanąć musieliby ramię w ramię Quentin Tarantino oraz Jim Jarmusch, natomiast wśród ulubionych filmów komediowy Blues Brothers plasowałby się gdzieś w dalece niejednorodnej zbieraninie tworzonej przez drugą częścią Obcego, Pulp Fiction, Złoto dla zuchwałych czy Prawdziwy romans.

Ten kulturalny eklektyzm najwyraźniej manifestuje się chyba w przypadku literatury. W muzyce czy kinie zdecydowanie ciągnie mnie w stronę szeroko pojętego popu: Avengersi zawsze zwyciężą z Antonionim, Bergman odpada w przedbiegach, gdy staje w szrankach z Clintem Eastwoodem, a żadna, absolutnie żadna stuosobowa orkiestra symfoniczna nie spuści mi takiego muzycznego wpi****lu jak trzej kolesie występujący pod szyldem The Winery Dogs. W przypadku książek jednak nie jest to takie oczywiste: między Gaimana a G.R.R. Martina chętnie wcisnę powieść Rushdiego, horrorowo-futurystycznego Wattsa z przyjemnością poprawię T.S. Eliotem albo Robertem Frostem, a obok Sapkowskiego i Pratchetta wymieniam jednym tchem Hemingwaya i Austera, bo wszyscy ci autorzy piszą fenomenalne rzeczy i generalnie mam gdzieś, czy należą do tak zwanej kultury wysokiej czy niskiej – ważne, że ze słów układają historie, który trafiają przez oczy nie tylko do mózgu, ale też dalej: chwytają za serce, ściskają za jaja, wgryzają się w bebechy.

Zazwyczaj spory dotyczące właśnie podziału na kulturę wysoką i niską – a także nierozerwalnie z nim związanej supremacji jednego nad drugim – wydają mi się nużące i bezsensowne. Czasem jednak masa zasłyszanych głupot i bzdur przelewa jakąś niewidoczną, wewnętrzną czarę i sprawia, że nie mogę się powstrzymać i muszę coś powiedzieć. A że ostatnio czytałem dwie bardzo pasujące do powyższej dyskusji książki, skorzystam z konkretnych przykładów.

calvinoJeśli zimową nocą podróżny autorstwa Italo Calvino to rzecz do gruntu postmodernistyczna, eksperyment pod względem formy i treści. Powieść z roku 1979 nie tylko zaskakuje narracją drugoosobową (narrator zwraca się do czytelnika i czyni go bohaterem głównej osi opowieści), ale z rozmysłem i konsekwencją sięga po inne tricki, ciągnąc odbiorców raz w stronę powieści gatunkowej, raz znów ku grotesce, surrealizmowi, oniryzmowi. Wszystko to podszyte jest rozważaniami o naturze literatury i czytania. Calvino bawi się autotematyzmem i metafikcyjnością, zyskując przychylność krytyków i czytelników bijących przed nim pokłony i chwalących genialny pomysł oraz matematyczną precyzję konstrukcji Podróżnego. Wydawałoby się więc, że w przypadku tej książki mamy do czynienia z wybitnym utworem napisanym przez genialnego wprost autora, który tworzy literaturę przez duże L.

Z drugiej strony mamy Stephena Kinga, tego znanego nam wszystkim kolesia, dla którego – zdawać by się mogło – książka poniżej 400 stron to opowiadanie, konspekt, szkic albo broszura. King nie pisze prozy eksperymentalnej, o nie. On się para wszystkim tym, od czego krytycy przez dziesiątki lat zawzięcie odwracali wzrok: grozą, fantastyką, romansem, kryminałem. To ten gość, który pisze o duchach i wampirach, a potem sprzedaje tekst w wielomilionowym nakładzie. Trudno chyba o wyrazistszy przykład – no dobra, zawsze jeszcze jest James Patterson – człowieka, który odarł literaturę z niemal sakralnej otoczki sztuki i zrobił z pisania rzemiosło. Pośród licznych utworów Kinga znajdują się teksty doskonale znane (jak Carrie, Bastion, To, Lśnienie czy Zielona mila) jak i te czytane rzadziej. Jak chociażby Historia Lisey, po którą sięgnąłem zachęcony przez Grześka Gajka (stokrotne dzięki, Greg!).

Historia-LiseyHistoria Lisey to powieść z 2006 roku i, jeśli wierzyć wywiadom, ulubiona książka samego autora. Jej treść przedstawia się następująco: Lisey to wdowa po sławnym pisarzu, Scotcie Landonie. Mimo że od śmierci jej ukochanego (z którym przeżyła pełne lepszych i gorszych chwil ćwierćwiecze) upłynęły dwa lata, Lisey dopiero teraz ma dość sił i determinacji, żeby zabrać się za porządkowanie jego papierów i literackiej spuścizny. Jak łatwo się domyśleć, przeglądanie nagromadzonych dokumentów i innych szpargałów staje się pretekstem do podróży w przeszłość i ponownego przeżywania kluczowych momentów ich związku. Jednak ci, którzy liczą na sentymentalną, romantyczną wycieczkę, srodze się zawiodą: przeszłość Scotta skrywa niejedną mroczną tajemnicę, starsza siostra Lisey w tym samym czasie przeżywa szczególnie silny nawrót psychicznych zaburzeń, a gotowy na wszystko oszołom bardzo pragnie dostać w swoje łapy wcześniej niepublikowane utwory zmarłego pisarza. W efekcie Historia Lisey to mieszanka thrillera, romansu, powieści obyczajowej i grozy obficie podlanej fantastycznym sosem.

Na pierwszy rzut oka te dwie historie niewiele mają punktów stycznych. Jednak, powtarzam, tylko na pierwszy rzut oka. Kiedy przyjrzymy się im bliżej, okazuje się, że prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Po pierwsze, oba teksty są w dużej mierze metafikcyjne – opowiadają o książkach, o mocy opowieści, o tym jak traktujemy lekturę, w jaki sposób przeczytane słowa wpływają na nas. Po drugie, King może i nie korzysta z równie ekstremalnych zabiegów jak Calvino, ale w Historii Lisey używa pisarskich narzędzi ze szczególnym rozmysłem i brawurą: tworząc „wewnętrzny język” Lisey i Scotta, stosując – w stopniu większym i z większym pietyzmem, niż chyba w jakiejkolwiek innej swojej książce – strumień świadomości, czy wreszcie budując nie prostą linię fabularną, ale pokręconą, misterną konstrukcję, która w rękach ciut mniej sprawnego rzemieślnika niewątpliwie by się rozleciała. Wreszcie Calvino wplata w treść swojej opowieści fragmenty (dokładniej: początki) innych historii, często odwołujących się do tradycji powieści gatunkowej (kryminał, dreszczowiec, erotyka, powieść historyczna), King zaś miesza w ramach jednego utworu konwencje wymienione akapit wyżej. Wydaje się więc, że spośród mrowia tekstów Kinga Historia Lisey jak żaden inny nadaje się do porównań z dziełami zaliczanymi do kultury wysokiej.

I, przynajmniej moim zdaniem, wychodzi z tych porównań zwycięsko.

Kilka czynników działa na korzyść powieści Calvino. Rewelacyjny wstęp, spora dawka autoironii, postmodernistyczne mrugnięcia okiem do czytelnika – to wszystko sprawia, że mamy wrażenie obcowania z czymś świeżym i zwyczajnie fajnym. Jednak nawet przeciętnej inteligencji czytelnik błyskawicznie rozpracuje konstrukcję tekstu Podróżnego. Kolejne wmontowane w tok narracji fragmenty innych tekstów mogą się podobać, ale chęć do ich czytania zauważalnie spada, bo prędko domyślamy się, że nie będzie nam dane poznać ciągu dalszego żadnego z nich. O ile też na początku łudzimy się jeszcze, że będą się one czymś ze sobą łączyć, że przebijać w nich będą jakieś wspólne wątki, motywy, że autor przetransponuje z jednego fragmentu do innego postaci bądź zdarzenia, prędko przekonujemy się, że nic z tego. Historia Czytelnika i Czytelniczki poszatkowana jest na kawałki przez początki oderwanych od siebie dziełek, te zaś wcale nie są tak wciągające i fascynujące, jak można by wnioskować po zaangażowaniu bohaterów w poszukiwania ich kontynuacji. Nie przekonuje też „wejście” Calvino w poszczególne konwencje – za mało różnią się one od siebie pod względem stylu i narracji, są też zauważalnie przeintelektualizowane. Jakkolwiek mógł to być zabieg celowy (tłumaczony informacjami, które bohaterowie zdobywają w drugiej połowie powieści, a których tu nie będę zdradzał, żeby nie psuć frajdy z lektury) o tyle nie sprawia on, że utwór czyta się lepiej czy z większym zainteresowaniem. W porównaniu do, dajmy na to, Hyperiona, gdzie sześć różnych opowieści nie tylko różni się sposobem prowadzenia narracji, ale wiąże się ze sobą i wspólnie tworzy jakby dodatkową, nadrzędną opowieść, Calvino – ten osławiony Calvino – wypada dość blado, bez polotu i pomysłu.

King z początku prezentuje się nie najlepiej: pierwsze rozdziały czyta się niełatwo, topornie. To nie jest gładka, łatwa proza jak chociażby w Joyland, gdzie płynie się przez akapity i strony. Tutaj King rzuca nas w środek historii i przez pierwsze sto stron błąkamy się po omacku, badamy otoczenie, uczymy się specyficznego języka Landonów, z wolna łapiemy jako taką orientację w pomieszanej chronologii tej wielopoziomowej opowieści. A potem zaczynamy eksplorować, smakować to egzotyczne danie. Przyzwyczajamy się do specyficznej nowomowy, układamy sobie w głowie nazwiska i osie fabularne, aż nagle mamy ich przed sobą, Scotta i Lisey Landon – nie papierowe pionki na pisarskiej szachownicy, ale bohaterów tak krwistych, odmalowanych tak realistycznie i wiarygodnie, że kiedy Scott leży zakrwawiony na rozpalonym asfalcie i błaga o lód, macie ochotę biec do najbliższego spożywczaka, żeby mu ulżyć.

W jakiś sposób, pomimo licznych wątków fantastycznych, kiedy myślę o Historii Lisey, pierwszym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy jest: prawdziwa.

Im dalej w las, tym lepiej. King bierze na warsztat elementy różnych konwencji, czerpie z nich odważnie i umiejętnie, tworząc niebanalny fabularny patchwork. Tworzy kompletne, wciągające wątki (związek Scotta i Lisey, dzieciństwo Scotta, księżyc Boo’ya, choroba Amandy, pogróżki Zacka McCoola etc.), które później miesza ze sobą, sprawia, że ich części składowe przeplatają się i zazębiają, rozrywa na narracyjne strzępy i łączy je ze sobą w nieco chaotyczną, ale – jak się finalnie okazuje – precyzyjnie poukładaną kombinację postaci, zdarzeń i rekwizytów. Mimo tego misz-maszu, wychodzi obronną ręką z wymogów stawianych poszczególnym konwencjom: idąc w kierunku romansu – wzrusza; straszy i szokuje tam, gdzie ociera się o horror; we fragmentach thrillerowych wyśmienicie trzyma w napięciu. Robi też dokładnie to samo, co czyni Calvino: znienacka atakuje czytelnika refleksją tak trafną i prawdziwą, że aż zapiera dech. Sęk w tym, że Calvino potrzebuje do tego trzech akapitów, a Kingowi często wystarczy jedno krótkie zdanie.

Jednak najważniejszy powód, dla którego Historia Lisey zrobiła na mnie tak duże wrażenie, jest następujący: tekst Calvino jest zakręconą opowieścią o książkach i ich czytaniu. Ten autotematyzm dominuje nad wszystkim innym, przez niego przefiltrowana jest cała treść utworu. Jeśli spróbujemy ułożyć sobie w głowie historię Czytelnika (czyli głównego bohatera Jeśli zimową nocą podróżny), wyjdzie nam jakiś dziwaczny twór, koktajl z prozy gatunkowej zmiksowanej z oniryzmem i surrealizmem czy nawet teatrem absurdu, który pod względem logicznym nie trzyma się kupy. Twór Calvino – choć przemyślany i konsekwentnie realizujący założony plan – jest płaski, dwuwymiarowy, napuchnięty może od intelektualnych konceptów, ale emocjonalnie jałowy, mało wartościowy. Tymczasem Historia Lisey to fascynująca opowieść, której największą zaletą jest możliwość odczytania na więcej niż tylko jednej płaszczyźnie. Szukający drugiego dna odbiorca może przy odrobinie chęci dostrzec je pod elementami fantastycznymi książki – pod długaśnikiem, Księżycem Boo’ya i uzdrawiającą mocą wody ze stawu Scotta. Otóż Historia Lisey, po odrzuceniu wszelkiej niezwykłości, to opowieść o tym, jak ludzie nasiąkają sobą nawzajem: swoim językiem, zwyczajami, zachowaniami, przeszłością. To opowieść o tym, jak Lisey nieświadomie staje się panią Landon nie tylko w aspekcie formalnym; ona pod różnymi względami upodabnia się do męża i jego rodziny, staje się jej częścią. Calvino oferuje nam postmodernistyczną zabawę z ideą literatury jako takiej – King tymczasem proponuje nam odrobinę prawdy na temat ludzi i ich natury.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: książka Calvino sprawiła mi przyjemność, czytało się ją dobrze i sprowokowała mnie do poświęcenia takiemu czy innemu zagadnieniu kilku chwil rozmyślań. Ale podejrzewam, że za rok kompletnie nie będę o niej pamiętał, tymczasem Historia Lisey pozostanie ze mną na całe lata.

Kończę apelem: przeczytajcie ją. Przeczytajcie Historię Lisey. Dajcie jej szansę. Może nie przypadnie Wam do gustu i stwierdzicie, że wszystko co napisałem powyżej to brednie. Ale może was też oczaruje i zabierze w miejsca, których nie spodziewaliście się wcale po starym dobrym Stephenie Kingu.

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s