Niepamięć

Zapominam zakończenia książek.

Kobiety_4Zauważam to przy Kobietach Bukowskiego, książce wulgarnej i dość monotonnej, ale też ze świetnymi momentami. Kończę ją nocą, dajmy na to ze środy na czwartek, a już w sobotę podczas rozmyślań nad lekturą nie mogę przypomnieć sobie zakończenia. W pierwszej chwili chcę złożyć to na karb wiecznego niewyspania. Tłumaczę sobie, że ze zmęczenia pobieżnie przeleciałem kilka ostatnich stron zamiast poświęcić im należytą uwagę. Potem jednak myślę o innych książkach, które pochłonąłem na przestrzeni minionych miesięcy i stwierdzam, o zgrozo, że coś jest na rzeczy. Pamiętam sceny, czasami całe długie sploty zdarzeń, postaci, niekiedy pełne kwestie… Ale zakończenia? Bardzo rzadko.

Postanawiam przeprowadzić badanie ilościowe: staję przed biblioteczką i sunę wzrokiem po tytułach, zaznaczając mentalny krzyżyk przy tych tekstach, których zakończenia wyleciały mi z głowy. NeuromancerPieśń łuków Azincourt… Spryciarz z Londynu (w ogóle praktycznie wszystko Pratchetta)… Friday 13 AniołPopiół i kurz… Masa książek i żadnych zakończeń, co najwyżej ogólne wyobrażenie: zakończenie pozytywne albo negatywne, ten przeżył, tamten kojfnął, zbrodnię wyjaśniono, zło pokonano, etc. Wszystko mgliste, żadnych konkretów.

Przestraszyłem się nie na żarty. Latka lecą, to fakt, ale na sklerozę albo, broń Boże, Alzheimera jestem w swoim mniemaniu ciutkę jednak za młody. Nie piję też znowu aż tyle, żeby procenty miały mi wyżerać całe partycje twardego dysku – poza tym cóż za alkohol byłby na tyle złośliwy w swoich efektach ubocznych, żeby kasować tylko szare komórki odpowiedzialne za zakończenia, nie ruszając na ten przykład początków?

złotoW ramach testu przeskakuję na inne medium i oddycham z ulgą. Jeśli idzie o filmy, pamięć działa mi bez zarzutu. Nazwiska reżyserów i aktorów, oryginalne tytuły, fabuła od A od Z – wszystko na swoim miejscu. Seksmisję albo Pulp Fiction dalej jestem w stanie cytować niemal kwestia po kwestii; w Złocie dla zuchwałych pamiętam właściwie każde ujęcie i wtrącony do karcera albo innej ciemnicy pewnie byłbym w stanie odtworzyć sobie ten film pod zamkniętymi powiekami. Podobnie w kwestiach muzycznych. Tytuły płyt i piosenek, składy zespołów, najważniejsze daty – wszystko wciąż grzecznie czeka we właściwych szufladkach.

Wychodzi na to, że pamięć jeszcze jako tako hula. Dobrze. Ale co w takim razie z tymi przeklętymi zakończeniami?

Zmieniam taktykę. Zaczynam myśleć o tych zakończeniach, które szczególnie utkwiły mi w pamięci i siedzą w niej do dzisiaj. Szukam jakiegoś klucza, wspólnego mianownika. Jest wśród tych utworów Mroczna Wieża Kinga, która moim zdaniem może się pochwalić jednym z najlepszych zakończeń ever w historii literatury. Jest Komu bije dzwon. Jest Pan Lodowego Ogrodu. Jest Sapkowski z Panią Jeziora i jednym z tych zakończeń, które swego czasu wzbudziły we mnie skrajną frustrację. Są J.K. Rowling i Suzanne Collins ze swoimi słodko-pierdzącymi, polanymi lukrem happyendami. Są Widma Orbitowskiego – książka przez którą brnąłem żmudnie – natomiast nie ma, o ironio, jego rewelacyjnej Szczęśliwej Ziemi. Są genialne Kłamstwa Locke’a Lamory, ale też przeciętna Tajemnica Diabelskiego Kręgu. Jest Gwiezdny pył Gaimana, ale jego fenomenalni Amerykańscy Bogowie już nie.

Szukam klucza i nie znajduję go.

Daję wreszcie za wygraną. Postanawiam zaakceptować stan rzeczy i zająć się czym innym. Siadam do komputera, odgradzam się od otoczenia ścianą dźwięków firmowanych przez Tiamat i wracam do pisania książki.

Słucham tego ciężkiego, nastrojowego grania i klepię w klawisze. Leci cała płyta, kawałki zlewają się ze sobą, nie zauważam, kiedy kończy się jeden, a zaczyna drugi. Słucham ich na YouTubie, więc w pewnym momencie jeden album przechodzi w kolejny, a ja niczego nie spostrzegam.

I nagle to do mnie dociera. W muzyce – szczególnie w muzyce rozrywkowej – zakończenie jest prawdopodobnie najmniej istotną częścią utworu. Początek, zwrotki, refreny, interludia… to wszystko tworzy mięcho, wpada w ucho, porusza serce albo stopę, wzbudza emocje i zostawia w odbiorcy ślad. Zakończenie fade-outem, zwolnieniem, nagłym ucięciem, podwojenie albo potrojenie refrenu  – to już są kwestie drugorzędne, pozbawione znaczącego wpływu na efekt końcowy.

Podobnie jak w książkach.

Mroczna-Wieża-VII-Mroczna-WieżaPrzed ostatnim fragmentem Mrocznej Wieży Stephen King kieruje do czytelnika takie słowa: „Zakończenia są bezduszne. Koniec to zamknięte drzwi, których żaden człowiek (…) nie zdoła otworzyć. Napisałem wiele, ale większość z tego samego powodu, dla którego wkładam rano spodnie przed wyjściem z sypialni — ponieważ tak jest przyjęte w tym kraju.” Mimo, że po tym fragmencie następuje jedno z najlepszych, najbardziej spójnych i najbardziej klimatycznych literackich domknięć, King ma absolutną rację, kiedy powtarza: „Zakończenia są bezduszne. Zakończenie to po prostu inna nazwa pożegnania.”

Myślę o tym teraz, i sądzę, że wreszcie to złapałem, wreszcie to mam. Wiem, już czemu pamiętam jedne zakończenia, a nie pamiętam innych. Mianowicie, rządzi tym przypadek. Nic więcej. Bo one nie są ważne. Wcale. Ważne jest wszystko to, co je poprzedza.

Zupełnie jak w życiu. To, jak je kończysz, jest rzeczą drugorzędną.

Stokroć istotniejsze jest to, jak je przeżyjesz.

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Różne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s