Słodka, nieznośna tęsknota

Mam doła. Nie jakąś tam podłą deprechę, nic z tych rzeczy. Po prostu przejmującą, dogłębną tęsknotę za czymś, co dobiegło końca. To diabelnie dziwne uczucie: potworne i wspaniałe równocześnie. Nie rozumiem go, nie pojmuję do końca mocy, jaką nade mną ma i ten brak zrozumienia w jakiś sposób szalenie mnie cieszy, bo cofa mnie do tych obłędnych lat młodości, kiedy serce niemal zawsze brało górę nad rozumem.

Pamiętam, że to uczucie kiedyś częściej mi towarzyszyło. Objawiało się podczas powrotu z wakacji pełnych wrażeń, przygód i nowych znajomości. Brało mnie w swoje łapska po odjazdowym koncercie albo bardzo udanym konwencie. A także – i w tych przypadkach było najpiękniejsze, najsilniejsze, najbardziej nieznośne – po wchłonięciu wyjątkowej, epickiej historii.

Tak było po przeczytaniu siedmioksięgu wiedźminowskiego. Po Harrym Potterze. Po Mrocznej Wieży Kinga i Kole Czasu Jordana. Ale też po kilku serialach, jak Battlestar Galactica czy Californication. Pamiętam to doskonale: ostatnią stronę opowieści, ostatni kadr, a później godziny błąkania się po domu, nieudolne próby zajęcia czymś myśli, niemożliwość znalezienia sobie miejsca. Tęsknotę i żal, że to już koniec. Poszczególne sceny odtwarzane w głowie raz po raz. Przywoływane w nieskończoność postaci bohaterów, zaskakująco podobne do wakacyjnych miłostek w tym, że – choć wiadomo, że trzeba – nie chce się wypuścić ich z rąk, pożegnać, porzucić.

Dawno się tak nie czułem. Potwornie dawno. Już mi się zdawało, że zmieniłem się, że zmieniła się moja wrażliwość i po prostu inaczej odbieram fikcję. Ale nie. Po prostu brakowało mi właściwej opowieści.

Teraz, po Stranger Things, to wszystko wróciło. Silne jak diabli. Może silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

111

Chyba najbardziej fascynujące jest to, że w gruncie rzeczy nie pojmuję, dlaczego akurat ten serial wywarł na mnie aż takie wrażenie. Bo przecież na pierwszy rzut oka to prosta historyjka z pogranicza grozy i fantastyki naukowej; jedna z tych, które w wyjątkowo dobry dzień mógłby popełnić Stephen King. Ba, to niemal klisza na kliszy: tajne rządowe laboratorium, porwany chłopiec i jego zrozpaczona matka, zapijaczony glina z przeszłością, potwór krążący po lasach, grupa nerdowatych chłopaków prowadzących własne śledztwo, dziecko obdarzone tajemnymi mocami. To wszystko już było, i to nie raz. A jednak nigdy wcześniej nie zagrało tak jak tutaj. Przynajmniej nie dla mnie.

Może prawdą jest to, że odbieramy teksty kultury przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń i Stranger Things po prostu trafia w czułe sentymenty z okresu mojego dzieciństwa. Wychowałem się w dużej mierze na amerykańskich filmach z lat 80-tych, a ten serial czerpie z nich nawet nie pełnymi garściami, ale pełnymi łyżkami przemysłowych koparek. Bo Stranger Things to wszystkie te rzeczy, które kręciły mnie i rajcowały, gdy byłem małym gnojkiem: poczynając od Goonies i reszty kina familijnego, przez rozmaite horrory oraz filmy sf, przez Lovecrafta i Tolkiena, na grach RPG i komiksach kończąc. Czyżby więc mój zachwyt był tylko wyrazem tęsknoty za minionym dzieciństwem?

222

Chyba nie tylko. Bo Stranger Things to, chyba już zupełnie obiektywnie, dzieło fenomenalne. Doskonale napisane, ze świetnie rozłożonym akcentami, dynamiką i znakomicie operujące nastrojem – bywa śmieszne, straszne, podniosłe, smutne, wzruszające i zwyczajnie piękne. Zachwycająco zagrane, zarówno jeśli chodzi o dziecięcych aktorów (Czad, czad i jeszcze raz czad! Jak te smyki są potwornie utalentowane!), jak i stare wygi (Jak ja okropnie długo czekałem – i z pewnością nie ja jeden – na równie dobry występ Winony Ryder! Nareszcie!). Opatrzone wyborną, klimatyczną muzyką, pięknymi zdjęciami, rewelacyjną scenografią. Tak kompletnie i wyśmienicie oddające klimat lat 80-tych. Przemyślane. Zrobione z polotem i wyczuciem. Ze smakiem.

Zatrzymuję się i czytam to, co napisałem powyżej. Niby wszystko się zgadza, ale tak naprawdę te słowa mógłbym z drobnymi zastrzeżeniami odnieść do dziesiątek filmów, seriali czy – pomijając specyficzne dla kinematografii technikalia – książek. A jednak od lat żaden inny tytuł nie poruszył mnie tak jak Stranger Things.

444

Dalej jestem tak samo zagubiony, jak byłem. I tak samo bezradny w obliczu tego cholernego doła.

Poddaję się, bo nic innego mi nie zostaje. Odtwarzam w pustej czaszce obejrzane sceny, wsłuchuję się w echo głosów Eleven, Mike’a czy Jonathana. Oglądam bzdurne filmiki na YT: wywiady z obsadą, urywki talk showów, nic nie mówiący trailer drugiego sezonu. Słucham ścieżki dźwiękowej. Czytam o Stranger Things na IMDB, Wikipedii, na dużych portalach i małych portalikach. Sztucznie przedłużam kontakt z tą historią, odsuwam w czasie moment, kiedy będę musiał się z nią pożegnać. To wszystko to tylko marniutkie substytuty, żałosna namiastka gigantycznej frajdy, jaką sprawiało mi oglądanie tego serialu. Ale nie jestem w stanie sobie tego odmówić. Jeszcze nie potrafię odpuścić. Jeszcze nie.

Snuję się po domu. Czas przecieka mi między palcami. Nie mogę się zmusić do pracy, nie mogę skupić się na czytanej książce.

Głowę wciąż mam pełną Stranger Things.

I nie mogę się zdecydować, czy chcę, żeby ten stan trwał, czy żeby już wreszcie minął.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s