Jak pisać, czyli „Malowidło” Grzegorza Gajka

malowidloGdyby jakimś absurdalnym zrządzeniem losu przyszło mi kiedyś tworzyć podręcznik z poradami dotyczącymi pisania, zrobiłbym, co w mojej mocy, żeby do każdego egzemplarza dołączano Malowidło Grześka Gajka. Nie dlatego, że ta opowieść grozy to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek czytałem – nie, nie jest nią bynajmniej. Nie dlatego też, że jest przykładem na to, jak napisać murowany bestseller; utwór Gajka na 99% statusu bestsellera się nie dochrapie (niestety). Zadbałbym o to, ponieważ na przykładzie Malowidła można pięknie wypunktować wszystko to, co przydatne albo wręcz niezbędne, aby zmajstrować wyśmienitą powieść gatunkową.

Na razie jednak nikt nie zlecił mi pisania poradnika dla domorosłych adeptów branży literackiej, dlatego wersję maksymalnie skróconą zaserwuję Wam tu i teraz, zupełnie za darmo, pełen dobrych chęci i otwarty na polemikę.

1. Rozwój

Istnieją prawdopodobnie w świecie geniusze, którzy pewnego dnia postanowili napisać książkę, następnie zaś popełnili rzeczoną bukwę, poszli do wydawcy, który przywitał ich, klaszcząc uszami z ukontentowania, a później już tylko odbijali butelki szampana, by świętować zarówno komercyjny, jak i krytyczny sukces swojego dzieła. Większość przeciętnych śmiertelników nie ma jednak tego szczęścia. Uczymy się powoli, na (miejmy nadzieję, cudzych raczej niż własnych) błędach, stopniowo poznajemy warsztat i charakter pracy, decydujemy się na pierwsze eksperymenty, a potem z zachwytem albo policzkami płonącymi ze wstydu obserwujemy efekty. Uczymy się sposobów prowadzenia narracji, konstruowania fabuły i bohaterów, rozmieszczania akcentów, budowania konfliktów. To wszystko trwa. Grzesiek Gajek popełnił całe mnóstwo opowiadań oraz dwie powieści, zanim zajął się Malowidłem. Ćwiczył się w układaniu słów w zdania i tworzeniu klimatu, tak jak muzyk godzinami ślęczy nad skalami i rozciąga niezdarne paluchy. Swoje znaczenie miała na pewno informacja zwrotna od czytelników, ale też praca z redaktorami i korektorami przy wspomnianych już opowiadaniach oraz wcześniejszych powieściach. Uwierzcie mi, żeby pisać dobrze, trzeba pisać. Jeśli macie do czynienia z zapierającym dech w piersiach debiutem, to najpewniej chodzi o a) geniusza (patrz początek akapitu), b) kogoś, kto zamiast publikować swoje wcześniejsze, mniej udane teksty, skrupulatnie kisił je w szufladzie, palił albo korzystał z nich w sytuacjach nagłego a krytycznego braku papieru toaletowego. Chcecie pisać dobrze – piszcie. Dużo. Tak jak Grzesiek.

2. Przygotowanie

Jak wyżej, prawdopodobnie istnieją geniusze, którzy czytając głównie powieści historyczne, postanowią nagle napisać kryminał, fantasy albo horror i wyjdzie im to przynajmniej dobrze. Większość nas, skromnych żuczków, musi jednak wcześniej zapoznać się z docelowym gatunkiem. Szczerze uważam, że ktoś mierzący w fantasy powinien przeczytać przynajmniej Tolkiena, Le Guin i kilkoro innych tuzów konwencji. Tak samo można wymagać od przyszłego twórcy grozy, żeby znał Lovecrafta, Poego, Kinga czy Koontza. Nie musi ich lubić – ale znać powinien. Po pierwsze, żeby orientować się w ramach konwencji i wiedzieć, czego czytelnicy w danego typu literatury mogą oczekiwać. Po drugie, żeby mieć świadomość, jakie motywy będą postrzegane jako świeże, a jakie jawić się będą wyświechtanymi i oklepanymi.

Gajek w Malowidle doskonale pokazuje, że klasyka grozy nie jest mu obca. Korzysta z klisz i schematów (wielki, zrujnowany dom; nawiedzony obraz; mężczyzna na życiowym zakręcie), ale w taki sposób, że nie mamy wrażenia „been there, done that, got the fucking T-shirt”. Czytelnicy nie otrzymują odgrzewanych kotletów, tylko umiejętną grę konwencją i tejże konwencji dobrodziejstwem, jej dziedzictwem, spuścizną. Wielu pisało o wprowadzaniu się do wielkich domów, ale Gajek robi to po swojemu. Jego tytułowe malowidło też jest jedyne w swoim rodzaju. Grzesiek nie kalkuje, nie podkrada – raczej przypomina artystę, który buduje coś nowego z produktów po recyklingu. Co więcej, robi to znakomicie, bo (patrz pierwszy powód, dla którego trzeba znać konwencję) na przykładach uznanych dzieł nauczył się konstruować powieść grozy tak, żeby wszystko w niej chodziło jak w szwajcarskim zegarku.

3. Język

Rzadko trafia się na nowy literacki utwór grozy, który ma szansę wywołać w nas podobne emocje, co kino. Wzgórza mają oczy, [Rec], The Babadook, 28 dni później, Let The Right  One In – to tylko niektóre z filmów, z którymi książki przegrywają w przedbiegach… o ile próbują grać na tych samych emocjach i korzystać z tych samych sztuczek. Ze względu na specyfikę medium, książki nie zrobią na nas nawet zbliżonego wrażenia za pomocą nagłych zwrotów akcji, imitacji jumpscare’ów, szerokopojętych wizualiów. Tak już jesteśmy stworzeni, że bardziej boimy się cienia, niż słowa „cień” zapisanego na kartce papieru. Książka, jeśli chce rywalizować z filmem, musi korzystać z innych, sobie właściwych tricków i sobie przypisanych walorów. A język jest tym narzędziem, który zmuszony jest zastąpić nam zdjęcia, grę aktorów, muzykę, montaż. Tak jak każdy reżyser ma swój styl, tak dobry autor ma swój język. Inaczej pisać będzie grozę Dawid Kain, inaczej zabierze się za nią Łukasz Orbitowski, a inaczej Jack Ketchum. Grzesiek Gajek w Malowidle decyduje się na literacko piękne, okrągłe zdania. Jego opisy są plastyczne i wysmakowane. Metafory udane, porównania zaś celne i niezbyt rozwlekłe. To język może ciut niedzisiejszy, czerpiący chyba więcej z tradycji powieści gotyckiej czy utworów Poego lub Grabińskiego niż bardziej współczesnych autorów pokroju Kinga, Barkera czy Mastertona… ale język doskonale pasujący do treści, opierającej się bardziej na tajemnicy i psychologii niż na wstrząsających scenach pełnych krwi i flaków. To kolejny przykład dojrzałości autora, który akuratnie dobrał styl narracji do przedstawianej treści, zapewniając czytelnikom smakowity posiłek nie tylko w warstwie fabularnej, ale też językowej.

4. Rozpoczęcie

Kluczem w przypadku grozy jest klimat. A kluczem do osiągnięcia klimatu w literaturze jest, jak mi się zdaje, spójność. Spójność języka, toku narracji, dynamiki, sposobu przedstawiania kolejnych wydarzeń oraz tempa wyjaśniania dręczących czytelnika niewiadomych. W przypadku horroru często mamy do czynienia z obfitym eksponowaniem początkowej sielanki, w którą stopniowo wkrada się element niepokoju. Zdarza się też tak, że od razu na początku dostajemy obuchem w łeb i przez pierwsze kilka rozdziałów próbujemy potem dojść do siebie. Grzesiek Gajek wybiera wyjście pośrednie, idealnie dostosowane do skromnych rozmiarów (zaledwie 250 stron) tej powieści. Obucha w łeb nie ma, ale już na pierwszej stronie zdobywamy najważniejsze informacje: że zagadkowy obraz, że stare domiszcze, że facet w żałobie. Gajek od razu wykłada sporo kart na stół, zupełnie jak w przypadku opowiadania, a nie powieści. Ale bardzo wiele w ten sposób zyskuje: czytelnik od pierwszej strony jest wciągnięty i zaangażowany w opowieść, nie ma wrażenia, że pisarz sprzedaje mu produkt wtórny i odtwórczy; zamiast tego błyskawicznie odczytuje archetypy i przechodzi nad nimi do porządku dziennego, a akcent z tego „co” się dzieje, natychmiast zostaje przesunięty na „jak” się dzieje.

5. Fabuła

Grzesiek Gajek nie znajduje się w piątce moich ulubionych autorów. Byliby wśród nich z pewnością Gaiman, Sapkowski, Pratchett, może jeszcze Grzędowicz albo Auster, albo King, albo jeszcze ktoś inny, kto nie przychodzi mi w tej chwili od razu do głowy… Różnic między nimi a Grześkiem Gajkiem jest sporo, ale ta chwilowo najistotniejsza jest następująca: coś zbliżonego do Malowidła sądzę, że byłbym w stanie napisać, obdarzony wystarczającą ilością czasu i przy wyjątkowo sprzyjającej koniunkcji planet. Drugich Amerykańskich Bogów – nie. Nie podołałbym swojemu odpowiednikowi Trylogii husyckiej albo Pana Lodowego Ogrodu. To żadna kokieteria, tylko świadomość własnych niedociągnięć i braków. Konstruując fabułę Malowidła Grzesiek nie porwał się z motyką na słońce, nie próbował ugryźć więcej, niż byłby w stanie strawić. Doskonale ocenił swoje siły i w efekcie, zamiast bubla wyhodowanego na pożywce z wygórowanych ambicji, zaserwował nam niesłychanie zgrabną powieść gatunkową. Fabularnie Malowidło raczej nie rzuci nikogo na kolana, nie zawładnie naszymi myślami na długie tygodnie, nie zostawi nas z szeroko otwartymi ustami i śliną cieknącą po brodzie. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile książek dostarcza podobnych emocji? Malowidło, choć pewnie nie zapisze się trwale w kanonie konwencji, bez wątpienia zapewni fanom grozy (i nie tylko!) kilka godzin doskonałej rozrywki. A to znacznie więcej, niż można powiedzieć o większości obecnie publikowanych książek. Dlatego, jeśli marzy się Wam napisanie drugiej Mrocznej Wieży, nie ma sprawy, powodzenia. Ale może zacznijcie od odpowiednika Carrie, ok?

6. Research

Kiedyś, gdy byłem głupszy (co nie ma bynajmniej sugerować, że teraz jestem jakoś szczególnie mądry), sądziłem, że w pisaniu liczą się dwie rzeczy: język i pomysł. Te dwa elementy to oczywiście fundamenty dobrego tekstu, ale z czasem zrozumiałem, że jest jeszcze trzeci filar, bez którego naprawdę wartościowa literatura ma nikłe szanse powstać. To szeroko pojęty research, czyli rozmaite badania i przygotowania niezbędne do wiarygodnego przelania danego konceptu na papier. Taki research może objawiać się na tysiąc różnych sposóbów, od czytania książek i oglądania filmów po zwyczajne rozmowy z ludźmi: research robił Sapkowski, czytając czeskie książki historyczne przed postawieniem pierwszego przecinka w Narrenturmie, ale research robiła też Rowling, przysłuchując się specyfice mowy rodem z West Country, żeby później obdarzyć Hagrida charakterystycznym akcentem. Gajek skrupulatnie odrobił swoje zadanie domowe: wiarygodnie omawia nie tylko tematy związane ze sztuką czy konserwacją obrazów, ale także rozmaite realia historyczne, odwiedzane przez bohatera miejsca czy rzeczy tak pozornie banalne jak specyfikę generalnego remontu. Co istotne, Grzesiek nie przegina i książka na szczęście nie zamienia się niespodziewanie w podręcznik DIY domorosłego renowatora antyków – autor udziela akurat tyle informacji, żeby czytelnik miał świadomość, że nie ślizga się po powierzchni i nie czyta bzdur, jednocześnie zaś na żadnym etapie wiedza nie spycha fabuły na plan dalszy. I tak właśnie powinno być.

7. Podsumowanie

Prawdopodobnie to wyborne miejsce, żeby skwitować wszystko jakąś błyskotliwą, niebywale śmieszną i celną puentą, która samoistnie wdrukuje się w szarą materię Waszych mózgów i odmieni Wasze życie, o spojrzeniu na literaturę i jej pisanie nie wspominając. Nic z tego. Nie będzie błyskotliwych puent. Tylko sugestia: jeśli macie na zbyciu kilka dych oraz chcecie poobcować z fajną, wartościową literaturą, Malowidło czeka. Kto wie, może jeśli się dobrze spiszecie, Grzesiek jednak doczeka się tego bestsellera? Ja w każdym razie serdecznie mu tego życzę i czekam z niecierpliwością na jego kolejne tytuły, bo rzemieślnikiem jest już bardzo zdolnym i nie wiadomo, czy za jakiś czas nie przepoczwarzy się przypadkiem w artystę z prawdziwego zdarzenia. Czego z kolei życzę tak sobie, jak i Wam 🙂

Pozdrawiam, do rychłego przeczytania!

Advertisements

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Jak pisać, czyli „Malowidło” Grzegorza Gajka

  1. Maya pisze:

    A czy to jest bardzo straszna książka? Będę mogła potem spać? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s