Odkrycia lutego

Wiem, wiem, luty już dawno za nami, a ja mam poślizg. Jak zwykle. Wiem. Wszystko przez wyjazd do Anglii oraz premierę Ostatniego dnia pary 2 (o tym drugim więcej było w poprzednim poście). Ale już jestem i już piszę, czym to się zachwycałem (albo i nie) w lutym.

Jeff VanderMeer, Shriek: Posłowie – Z utworami VanderMeera spotkałem się po raz pierwszy w którejś antologii z serii Kroki w Nieznane. Potem chwyciłem za jego zbiór Miasto Szaleńców i Świętych, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie formą, ale też trochę zmęczył, jeśli idzie o treść. Shriek: Posłowie również rozgrywa się w fikcyjnym mieść Ambergris, pojawiają się tu niektóre postaci z Miasta…, kontynuowane i rozwijane są wątki wspomniane w tamtym zbiorze. A jednak Shriek: Posłowie można spokojnie czytać bez znajomość tamtych historii, powieść nic na tym nie straci, a kto wie – może nawet odrobinę zyska, bo pierwiastek niezwykłości i wszechobecnej osobliwości będzie jeszcze większy. Ale czy warto? Warto! Powieść VanderMeera nie należy do lekkich i łatwych czytadeł, ale setnie odpłaca czytelnikowi za poświęcony jej czas. To rasowy twór w konwencji new weird – jest dziwacznie, niekiedy surrealistycznie czy onirycznie, bywa też, że ocierająca się o steampunk przygoda miesza się z lovecraftowskim koszmarem. Olśniewa forma utworu – pretekstem do odpowiedzenia zajmującej historii jest tu pisanie tytułowego posłowia do książki, które prędko zamienia się w rodzaj biografii czy pamiętnika. To fascynujący kolaż, bowiem narracja prowadzona przez jednego z bohaterów przeplata się z fragmentami książek, artykułów, listów i cudzych pamiętników, a nade wszystko raz po raz przełamywana jest osobistymi wtrętami samozwańczego redaktora. Natomiast pod względem treści Shriek: Posłowie to perła, która – odarta z fantastyczności – nadawałaby się na hollywoodzki wysokobudżetowy melodramat: są tu wzloty i upadki rodzeństwa, które łączy skomplikowana mieszanka miłości i niechęci, są tajemnice czekające na rozwiązanie, są namiętności i skandale, a to wszystko na tle długotrwałej wojny pokazanej ze wszystkimi jej okropieństwami i absurdami. Jak dla mnie rewelacja, którą polecam bez wahania wszystkim miłośnikom ciut ambitniejszej fantastyki.

Jack McDevitt, Droga do wieczności – Statystycznemu czytelnikowi postapokalipsa kojarzy się obecnie głównie z zombie, klimatami rodem ze Stalkera i Metra 2033, ewentualnie z serią Mad Max czy wyraźnie nią inspirowanymi Falloutami. Jednak teksty w tej konwencji powstają na całym świecie – ze szczególnie silnym naciskiem na autorów ze Stanów Zjednoczonych – od ponad pięćdziesięciu lat i prezentowały najróżniejsze wizje, często bardzo od siebie odmienne. Jednym z takich klasycznych już utworów jest Droga do wieczności Jacka McDevitta z 1998 roku. Jej akcja rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych w dwieście albo trzysta lat po upadku cywilizacji enigmatycznych Drogowców, gdy niedobitki ludzkości wiodą niełatwe życie w otoczeniu ruin pełnych niebezpieczeństw i tajemnic wymykających się pojmowaniu. Treść, choć czerpie garściami z oklepanych schematów, wciąga od pierwszych stron prologu: oto z niedużej społeczności wyrusza na poszukiwanie mitycznej Przystani grupa śmiałków. Po kilku miesiącach wraca tylko jeden z nich, a na domiar złego nie chce opowiadać o zakończonej klęską ekspedycji. Dopiero po latach, gdy ów ocalały umiera, wśród jego rzeczy znalezione zostają przedmioty, który podają w wątpliwość jego okrojoną wersję wydarzeń i sugerują, że może wyprawa jednak osiągnęła zamierzony cel. Chaka Milana, której brat zginął podczas pierwszej ekspedycji, decyduje się zorganizować kolejną, aby poznać prawdę. Droga do wieczności to pod względem konstrukcji klasyczna powieść przygodowa: mamy grupę indywidualności wyruszających w niebezpieczną podróż, a kolejne odwiedzane lokacje nie tylko pozwalają nam powoli poznać losy ich poprzedników, ale też dowiedzieć się więcej o opisywanym przez McDevitta świecie. Jest to książka dobra, którą czyta się z przyjemnością, choć zdarzają się i nieco nudniejsze momenty. Podobać się może bardzo prosty, wręcz surowy, ale często niesłychanie trafny język wykorzystywany przez autora. Dobre wrażenie robią też postaci, wyraziście nakreślone mimo ograniczonej przestrzeni utworu. Ciekawie prezentuje się wizja świata, nie zawodzi też – czego bardzo się obawiałem – finał powieści. Wisienką na torcie jest natomiast ostatnie zdanie Drogi do wieczności, które w moim prywatnym zestawieniu ostatnich zdań powieści znajduje się bardzo, bardzo wysoko. Jak ono brzmi – tego już dowiecie się tylko i wyłącznie czytając książkę. Warto, mimo fatalnej nawiasem mówiąc korekty – w wydaniu Prószyńskiego i S-ki z 2003 roku zdarzają się bowiem nawet i po dwie, trzy literówki na stronę.

The Expanse – serialowa adaptacja powieści sygnowanych nazwiskiem James S. A. Corey. Dwudziesty trzeci wiek. Ludzkość rozpanoszyła się po sporej części układu słonecznego. Szybko eskalujące przepychanki między Ziemią a Marsem dotyczą przede wszystkim pasa asteroidów, gdzie mieszczą się najważniejsze placówki wydobywcze i zakłady przemysłowe układu, a ludzie żyją w slumsach, traktowani podle i regularnie wyzyskiwani, gotowi lada moment odpowiedzieć krwawym buntem. Na takim tle rozgrywają się z pozoru nie powiązane ze sobą losy kilkorga bohaterów: wypalonego detektywa Millera (znakomity Thomas Jane), cwanej pani podsekretarz organizacji Narodów Zjednoczonych (również bardzo dobra Shohreh Aghdashloo) oraz załogi małego promu cudem ocalałego z tajemniczego ataku na bogu ducha winny transportowiec. Fabularnie jest w porządku, choć mnie opowiadana historia nie do końca porwała – nie ona jest jednak moim zdaniem siłą napędową tego serialu. The Exapanse to przede wszystkim niesamowity klimat – ciężki, mroczny, duszny – ale też fascynujący świat, genialna scenografia, doskonała realizacja; słowem cała otoczka robi niesamowite wrażenie i sprawia, że każdy fan science fiction po to dziełko sięgnąć po prostu powinien.

Kings of Leon, WALLS – Kings of Leon to kapela nierówna. Spodobali mi się bardzo, gdy wyszła ich debiutancka płyta Youth and Young Manhood, garażowo surowa, energetyczna, a przy tym pełna świetnych melodii. Drugi krążek okazał się niewypałem, próbującym na siłę kopiować sprawdzone wzorce poprzednika, więc po trzecią nie bardzo chciało mi się sięgać. A potem znienacka Kingsi wydali wypakowaną przebojami Only By The Night i rzucili mnie na kolana. Z niecierpliwością czekałem na ich kolejne dokonania i… znowu się zawiodłem. Come Around Sundown była boleśnie nijaką próbą powtórzenia sukcesu poprzedniczki, a szósty album, Mechanical Bull, choć równiejszy i ciekawszy, to ciągle nie była ta sama kapela, która powalała takimi numerami jak „Closer” czy „Crawl”. Dlatego po WALLS, najnowsze dzieło chłopaków z Kings of Leon sięgałem bez wielkich oczekiwań, spodziewając się, że przesłucham ją dwa razy i zapomnę. A tu niespodzianka – Amerykanie zaserwowali fanom kolejny fajny, wpadający w ucho album! Stylistycznie to dalej ta sama kapela, trzymają się tych samych rozwiązań co na Only By The Night. Są tutaj refreny proszące się o chóralny śpiew na stadionie, są przestrzenne gitary, znajomy chrapliwy wokal, do bólu prosty, pulsujący bas. Ale słucha się tego bardzo przyjemnie, głównie dlatego, że umiejętnościom i produkcji dorównują pomysły, a piosenki są dość zróżnicowane pod względem tempa i charakteru. Jest chwytliwy „Waste a Moment”, jest niespieszny „Reverend”, jest przyjemnie bujający „Around the World”, jest opatrzony znakomitym riffem „Find Me”… a to tylko początek, potem wcale nie jest gorzej. Podsumowując – Kings of Leon na WALLS to już dojrzały zespół, który doskonale wie, co robi, może też z racji wielkich komercyjnych sukcesów odniesionych w przeszłości pozwolić sobie na świetną produkcję. W takiej sytuacji potrzeba tylko garści dobrych pomysłów, żeby dać fanom płytę, do której ci będą z przyjemnością raz za razem wracać – i tak na szczęście jest w przypadku WALLS. Sobie i innym miłośnikom rodziny Followillów życzę, żeby kolejne płyty Kingsów okazały się przynajmniej równie dobre. Aha, byłbym zapomniał – „Find Me”, oprócz tego, że jest moim zdaniem najlepszym numerem na albumie, ma też bardzo fajny teledysk wyraźnie inspirowany Stranger Things. Polecam!

To na tyle. Do rychłego przeczytania, trzymajcie się!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Odkrycia lutego

  1. Same dobre i miłe rzeczy :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s