Odkrycia czerwca

Łukasz Orbitowski, Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego – Orbitowski to człowiek podlegający nieustannej ewolucji, ciągłym przeobrażeniom. Zaczynał od tworzenia horrorów, a teraz obrasta w rozmaite nagrody Nike, Paszporty Polityki i podobne zaszczyty. Pisał powieści bardzo poważne i zgoła pulpowe, wydał pocztówki z podróży po RPA i pękającą w szwach od aforyzmów książkę o parze kotów. Niełatwo znaleźć w Polsce pisarza, którego trudniej byłoby zamknąć w jakichś konkretnych ramach, zakleić mu usta marketingową metką. Wynika to nie tylko z różnorodności jego pisarskich wybryków, ale też z niezwykle szerokiego wachlarza doświadczeń i wyborów, mniej lub bardziej trafionych, z szeregu pozornych przeciwieństw, które składają się na jego wielowymiarowy obraz. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że najnowsza książka Orbitowskiego to wybór spośród wpisów ukazujących się od jakichś dziewięciu lat w tygodniowych odstępach na jego blogu. A głównym tematem tychże wpisów – jak to w przypadku bloga bywa – jest przeważnie sam autor. Jakie w takim razie są te Rzeczy utracone? Podobnie jak ich twórca, różnorodne i pełne pozornie wykluczających się skrajności. Zdarzają się fragmenty wesołe i smutne, anegdoty i opowiastki z życia mieszają się z czymś na kształt spowiedzi czy wyznania wiary. Język śliczny, wyszukany, kotłuje się nie raz i nie dwa z wulgaryzmami, ale cały czas czuje się, że to dzieje się nie bez przypadku, w służbie treści, ku osiągnięciu takiego, a nie innego wyrazu. A treściowo? Dużo tu jest Orbitowskiego obserwującego i analizującego otaczający go świat, ale obudowującego tenże świat specyficznym dla siebie komentarzem, zwięzłym, skromnym, przewrotnym, doskonale oddającym złożoność ludzkiej natury. Rzeczy piękne nieraz zostaną tutaj wyszydzone i zmieszane z błotem, te brzydkie wyniesione na piedestał. Sam autor ucieka od mitologizowania swojej postaci i choć zdarza mu się raz po raz wyrażać zadowolenie z takich, a nie innych kolei, którymi toczy się jego życie, dominuje w tej książce chyba jednak subtelna gorycz i smutna autorefleksja. Więcej niż tryumfalnego wymachiwania ramionami jest też ironicznego dystansu i spoglądania na siebie z przymrużeniem oka. W sumie tematów Orbitowski porusza tu niemało, i nawet jeśli wchodzi w nie może niezbyt głęboko, to regularnie bije po pysku trafnością sformułowań, niebanalnością sądów, plastycznością opisów. W efekcie w postaci Rzeczy utraconych otrzymujemy literaturę nie wymagającą szalonego skupienia, ze względu na zwięzłość formy doskonałą do lektury w drodze, za to inteligentną, pełną emocji i językowo wysmakowaną. Polecam.

Lars Kepler, Plac zabaw – Dawno już żadna książka tak bardzo mnie nie rozczarowała. A szkoda, bo potencjał na dobrą, równą powieść był spory, tylko został okrutnie zmarnowany. Ale od początku, zacznijmy od fabuły. Porucznik Jasmin Pascal-Anderson bierze udział w akcji wojskowej w Kosowie. Zostaje ciężko ranna, jej serce staje. Podczas śmierci klinicznej ma wizję osobliwego przedsionka królestwa zmarłych – niebezpiecznego, nękanego przez zbrodniczą Triadę chińskiego portowego miasta, skąd umarli odpływają ku nieznanemu, a ludzie tacy jak Jasmin, zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, czekają aż ich los stanie się jasny. Młoda pani porucznik zostaje odratowana i wraca do świata żywych. Odchodzi z armii, zakłada rodzinę, ma dziecko. A potem – jak nietrudno przewidzieć – nieszczęśliwy splot wydarzeń sprawia, że musi powrócić w to straszne miejsce i walczyć o życie swojego ukochanego synka na tytułowym placu zabaw.  Z początku Plac zabaw prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Autorzy (Lars Kepler to pseudonim pary szwedzkich pisarzy) dość wiarygodnie opisują wojskową akcję, widać też, że odrobili zadanie domowe w kwestii medycyny czy różnych wierzeń dotyczących życia pozagrobowego. Powieść napisana jest zgrabnie, plastycznym językiem, z dbałością o detale i smaczki budujące fascynującą scenografię królestwa śmierci. Co w takim razie poszło nie tak? Szwankują niestety dwa kluczowe elementy: logika i spójność. Postaci często zachowują się dziwacznie, mało realistycznie. Główna bohaterka, mimo że w wojsku dochrapała się stopnia porucznika, miała spore doświadczenie polowe i była ponoć znakomicie wyszkolona, przez znakomitą część książki poddaje się najprostszym emocjom i reaguje w sposób, którego można by spodziewać się raczej po zastraszonej szarej myszce. Poza tym  sam główny pomysł, na którym zasadza się fabuła Placu zabaw, roi się od logicznych luk i niespójności, które skutecznie odbierają przyjemność z lektury. Mogło być bardzo dobrze – mogła być fascynująca, inteligentnie przedstawiona i wciągająca powieść o matce gotowej zrobić wszystko, żeby ratować swoje dziecko. Dostaliśmy jednak płytki i banalny miszmasz obyczajówki, thrillera i Igrzysk Śmierci, który czyta się błyskawicznie, ale bez większej frajdy i satysfakcji.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon – No i co ja mam począć z tą książką? Z jednej strony Radio Armageddon to stylistyczna petarda. To książka językowo genialna, znakomita na każdym poziomie – od doboru słów, przez rytmikę zdań, na całym pomyśle na narrację kończąc. Wykonanie iście mistrzowskie i godne znacznie starszego, dojrzalszego autora. Z drugiej strony… z drugiej strony jest treść. I nie chodzi o to, że fabuła kuleje, że nuda albo jakieś bezsensowne bzdurzenia o niczym. Nic z tych rzeczy. Żulczyk opowiada pełną brudu i nieprzyjemności historię czterech przyjaciół, którzy zakładają zespół punkrockowy, ten zaś niemal sam z siebie błyskawicznie przeistacza się w organizację terrorystyczną i nieokiełznane zjawisko społeczne.  I tu jak dla mnie pojawia się problem. Bo Żulczyk za pomocą tego szalenie trafnego, precyzyjnego, obrazowego języka, nad którym zdaje się panować aż po najdrobniejszy detal, opowiada historię totalnie odrealnioną, absolutnie niemożliwą. Jego postaci nie są ludźmi, tylko bohaterami rodem z kart komiksu, skrajnie przerysowanymi karykaturami. Zdarzenia tak samo – wszędzie tu pełno przesady, pełno niewiarygodnych konsekwencji i osobliwych rezultatów. Tak jakby autor, podobnie jak opisywany przez niego zespół postanowił rozkręcić swój wzmacniacz do oporu, a potem wycisnąć z niego jeszcze ciupinkę więcej. Nie wyszło – przynajmniej jak dla mnie. To znaczy, nie wyszło o tyle, że mogła z tego powstać jedna z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem, a wyszła książka po prostu bardzo dobra. Bo Żulczyk mówi w niej o różnych rzeczach bardzo trafnie, bardzo pięknie i przygnębiająco zarazem, zachwyca na poziomie słów, zdań i akapitów, ale nie osiąga jednej rzeczy, która dla mnie osobiście jest w literaturze bardzo ważna – zawieszenia niewiary. I choć podczas czytania szczęka opadała mi raz po raz do kolan z podziwu dla językowych popisów autora, ani na moment nie zapomniałem, że czytam książkę, że jestem poza tą opowieścią, a nie w niej.

Marcin Mortka, Tappi i urodzinowe ciasto – Na łamach niniejszego bloga opisuję przeważnie pozycje dla czytelników dorosłych, ewentualnie dla młodzieży. Tym razem pozwolę sobie zrobić wyjątek, a to dlatego, że – jak sądzę – niemało osób, które to czytają mają dzieci/wnuki/młodsze rodzeństwo/kuzynostwo etc. A problem z pozycjami dla szczególnie młodych czytelników jest taki, że wśród mrowia rzekomo dobrych pozycji, sporo jest tekstów zwyczajnie mizernych. Na tym większą uwagę zasługują moim zdaniem książki dobre: treściowo wartościowe i ładnie napisane. Tym bardziej, jeśli nie są tłumaczeniami, ale popełnił je autor polski. Tym razem na pochwałę zasłużył Marcin Mortka, autor, którego teksty dla dorosłych często budziły we mnie raczej mieszane odczucia. Otóż w historyjkach o Tappim Mortka spisał się wybornie. Perypetie poczciwego wikinga oraz jego zamieszkujących Szepczący Las przyjaciół – między innymi niedźwiedzia Brzuchacza, renifera Chichotka czy kruka Paplaka – to dla rodzica szukającego dobrej książki do czytania dziecku prawdziwa perełka. Te historyjki są ładnie napisane, skomponowane przy użyciu słownictwa bogatego, ale bez niepotrzebnej przesady, ujęte w karby płynnej, a równocześnie zwięzłej narracji. Śmieszą, bawią, stymulują wyobraźnię. Charakterystyczni bohaterowie budzą autentyczną sympatię, a fabuła nie obraża inteligencji czytelnika –ani tego młodszego, ani tego starszego. Poza tym, co szczególnie cenne w przypadku tekstów dla dzieci, opowieści o Tappim przekazują – mimochodem, bez sztywnego, nachalnego moralizatorstwa – różne ważne prawdy i promują wartości, które chyba każdy rodzic chciałby wpoić swoim pociechom. Dla mnie bomba, dla mojego cztero(ipół)latka również – dowodem niech będzie fakt, że od miesiąca na dobranoc nie czytamy nic innego.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s