Odkrycia lipca

Szczepan Twardoch, Drach – Rzadko się zdarza, by książka równocześnie irytowała mnie i fascynowała do takiego stopnia, jak miało to miejsce w przypadku Dracha. Czemu fascynowała? Bo Twardoch wziął na warsztat rodzinną sagę, konwencję dziś już niezbyt popularną. Co więcej, opisał historię nie bogatych wielmożów, ale przeciętnych mieszkańców śląskiej wsi rozciągającą się praktycznie na cały wiek dwudziesty i początek dwudziestego pierwszego. Wreszcie trzeba dodać, że opisał ją brawurowo: z wielokrotnie łamaną chronologią, z dbałością o zapis gwary, z fantastyczną rytmiką zdań i akapitów. Co chyba najważniejsze, samą historię opisał w sposób niesłychanie prawdziwy i wiarygodny, tak że niemal mamy przed oczyma nie wymyślone postacie, a ludzi, wielowarstwowych i do bólu autentycznych. Bólu zresztą Twardoch nikomu nie szczędzi, jego postacie cierpią, a cierpienie to przedstawione też jest zjawiskowo sprawnie. W efekcie autor z łatwością wzbudza w nas emocje, które – jak się wydaje – wzbudzić zamierzał: przemoc rodzi w nas grozę albo obrzydzenie, tragedia przyprawia o szczere ciarki, sceny o zabarwieniu erotycznym spowodują pewnie wypieki na twarzy. Wydawać by się więc mogło, że Twardoch popełnił dzieło znakomite. Skąd w takim razie ta wspomniana na wstępie irytacja? Z maniery, bez wątpienia w stu procentach zamierzonej, ale przez tą swoją celowość ani trochę nie mniej wkurzającej. Ma bowiem Twardoch tendencję w tej książce do okropnego powtarzania się – zarówno jeśli idzie o nagminne (i znowu – celowe) wykorzystywanie tej samej konstrukcji w ramach akapitu czy nawet całej sceny, ale przede wszystkim w kwestii treści. O pewnych zdarzeniach autor informuje nas – albo nam o nich przypomina – po dwadzieścia, trzydzieści razy; podobnie wtóre i nużące robi się w pewnym momencie refrenowe niemal powtarzanie narratora, że to czy tamto nie ma znaczenia. Osobiście uważam, że gdyby tę narracyjną manierę odrobinę ograniczyć, książkę dałoby się spokojnie skrócić o dobrą jedną dziesiątą (jeśli nie więcej) bez żadnej szkody dla treści czy warstwy językowej, za to z wyraźnym zyskiem w postaci większej płynności całej opowieści. Nie zmienia to jednak faktu, że Drach jest książką dobrą i jak najbardziej wartą poświęconego jej czasu.

Markus Zusak, Złodziejka książek – Powiem to od razu na wstępie: Złodziejka książek to najlepsza książka, jaką przeczytałem od początku tego roku, i prawdopodobnie najlepsza, jaką przeczytam do jego końca. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy wszystkie składniki opowieści zostały starannie dobrane, odmierzone we właściwych proporcjach i zmieszane inteligentnie, z daleko idącym narracyjnym zmysłem, ale też z tym trudnym do opisania czymś, co niektórzy nazywają polotem. Po pierwsze, autorowi udało się ugryźć przeraźliwie – zdawać by się mogło – ograny już temat drugiej wojny światowej i holokaustu z interesującej, świeżej perspektywy, główną bohaterką jest bowiem niemiecka dziewczynka, której przybrani rodzice ukrywają w swoim domu Żyda. Po drugie, uczynił ów autor narratorem w tej swojej opowieści śmierć – i zrobił to na tyle umiejętnie i pomysłowo, że czytelnik ma faktycznie wrażenie, że całą historię relacjonuje istota, która człowiekiem nie jest, choć nieustannie nam przecież towarzyszy. Po trzecie, Zusak stworzył postacie wyraziste i barwne, a jednak równocześnie bardzo ludzkie, wiarygodne. Po czwarte, powieść ta została napisana z niesłychanym wdziękiem i wyczuciem, gładko i naturalnie prowadząc czytelnika od śmiechu do przygnębienia, od zgrozy do radości, od obrzydzenia do rozsadzającej serce nadziei. Po piąte, to historia opowiedziana przepięknym językiem (choć tu akurat mogę się wypowiedzieć wyłącznie na temat oryginału, polskiego przekładu nie miałem w rękach). Po szóste, to powieść pełna emocji, diablo inteligentna, mówiąca rzeczy wartościowe i cenne. Po siódme, to chyba pierwsza książka od czasu Hobbita (którego czytałem, mając lat dziesięć albo coś blisko tego), przy której się najzwyczajniej w świecie popłakałem. Genialna, absolutnie genialna.

Robert J. Schmidt, Apokalipsa według Pana Jana – Problemów z Apokalipsą… Schmidta miałem kilka. Najpoważniejszy był chyba taki, że sięgnąłem po tę powieść zaraz po wspomnianej wyżej Złodziejce książek, a to narzucało pewne czynione mimochodem porównania, z których mało który tytuł wyszedłby zwycięsko. Drugim były spore oczekiwania – nasłuchałem się, że Apokalipsa… to absolutna klasyka polskiego post-apo i po cichu spodziewałem się może nie Bastionu Kinga, ale przynajmniej czegoś na poziomie Drogi do wieczności McDevitta – książki klimatycznej, wciągającej, dającej choć trochę do myślenia. Niestety przez pierwsze sto stron rozczarowanie goniło rozczarowanie. Wątki się sypały, logika szwankowała, postacie gadały jak w tutorialach gier komputerowych. Potem było już lepiej, szczególnie od momentu pojawienia się Zawady, Adamczyka i Filipka: bohaterów, którzy budzili we mnie jako w czytelniku jakiekolwiek uczucia – czego nie można niestety powiedzieć o reszcie apokalipsowego towarzystwa. Generalnie na plus książki Schmidta wypada zrobiony research, znajomość militariów oraz ciekawa wizja zmian natury geograficznej, które okazują się konsekwencją wojny nuklearnej. Minusów niestety jest – przynajmniej jak dla mnie – też niemało: nielogiczności w zachowaniu bohaterów, połamana fabuła, powtarzający się mechanizm, że gdy tylko pojawiają się poważniejsze trudności, ślepy traf usuwa je bohaterom z drogi. W toku lektury skojarzenie z grą komputerową zresztą tylko się umacniało – równie dobrze ktoś mógłby podkoloryzować fabularnie partyjkę postapokaliptycznych Heroesów czy Cywilizjacji – gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy sojusze, gromadzimy wojska, zajmujemy miasta, nawiązujemy… Wiecie, o co chodzi. W rezultacie Apokalipsa według Pana Jana zrobiła na mnie bardzo przeciętne wrażenie, choć równocześnie zachęciła, by w ramach testu sięgnąć po jakąś inną, dojrzalszą książkę Schmidta.

Tabu – Ten serial to dla mnie absolutna perełka. Z jednej strony to w gruncie rzeczy wariacja na temat historii hrabiego Monte Christo (ta sama epoka; człowiek powracający do domu po latach z fortuną w garści i obszerną, powszechnie niedostępną wiedzą; motyw zemsty; próba odzyskania niegdysiejszej miłości) z drugiej jest to opowieść oryginalna, pomysłowa, brutalna i mroczna. Mamy tam fantastycznie ukazaną rywalizację poszczególnych stronnictw (Kompania Wschodnioindyjska, Korona Brytyjska, Amerykanie), mamy tajemnice z przeszłości, mamy bród i nędzę londyńskich slumsów oraz ludzi, dla których cudze życie nie jest warte funta kłaków. Jest to też, co ważne, serial, którego siła bazuje – co osobliwe w dzisiejszych czasach – nie tylko na seksie, krwi i rozmieszczonych z matematyczną precyzją cliffhangerach, ale przede wszystkim na intrygach, na bohaterze, który inteligentnie lawiruje między niebezpieczeństwami, a jego kolejne posunięcia to strategicznie cwane manewry godne wytrawnego szachisty. Mnie osobiście Tabu zachwyciło fantastyczną realizacją (scenografia, kostiumy, montaż), zgrabnie skonstruowanym i trzymającym w napięciu scenariuszem, a przede wszystkim postacią głównego bohatera – napisaną wprost fenomenalnie, a potem kunsztownie zagraną przez Toma Hardy’ego. Polecam wszystkim dorosłym widzom i zacieram rączki w oczekiwaniu na drugi sezon.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s