Odkrycia stycznia

Dmitry Glukhovsky, FUTU.RE – Powiedzmy to sobie od razu: to nie jest książka autora Metra 2033. Zbieżność nazwisk jest zupełnie przypadkowa. To znaczy, musi być, nieważne, co piszą we wszystkich Wikipediach i tym podobnych. Ja w każdym razie nie wierzę, że te dwa tytuły mogła popełnić ta sama osoba. Okej, zdaję sobie sprawę z tego, że publikację Metra 2033 i FUTU.RE dzieli niebagatelne jedenaście lat, ale dalej wierzyć mi się nie chce, żeby ktoś mógł zrobić taki skok. Metro 2033 to młodzieżowa przygodówka, w fajnym settingu, oparta na niezłym pomyśle, przyznaję, ale w gruncie rzeczy mocno wtórna, bardzo naiwna, językowo totalnie przeciętna. Czytadełko. Tymczasem FUTU.RE to jest poziom klasyków gatunku – to książka, która może spokojnie stać w jednym szeregu z takimi prominentami literackiej dystopii jak 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego albo nawet Rok 1984 Orwella. Objawia się to na różne sposoby. Po pierwsze Glukhovsky bierze na warsztat bardzo poważny temat – oto ludzkość ogarnęła wreszcie pod względem medyczno-technologicznym kwestię nieśmiertelności i musimy jako gatunek zmierzyć się z problemem ekstremalnego przeludnienia i znajdujących się na skrajnym wyczerpaniu zasobów naszej planety. Po drugie autor obrabia ten temat niesłychanie sprawnie, jak stary wyga: historię poznajemy z perspektywy szeregowego funkcjonariusza Nieśmiertlenych, czegoś na kształt specjalnej policji wyłapującej ludzi, którzy wbrew nakazom prawa decydują się na posiadanie dzieci. Główny bohater punktuje pod względem literackim na paru płaszczyznach – ma nieszablonowy charakter, niemal namacalną przeszłość, jego rozdarcie i niezdarne próby nakarmienia pożerającej go od środka pustki pokazane są po prostu znakomicie. Jego ewolucja – bo przecież znamy ten model, kojarzymy go ze wspomnianego już Bradbury’ego czy chociażby z Equilibrium – opisana jest niebywale przekonująco, bez uproszczeń i skrótów, a książka jest tak cholernie długa właśnie po to, żeby wiarygodnie oddać zachodzące w bohaterze przemiany. Trzeci element, za sprawą którego Glukhovsky pokazuje jak bardzo dojrzał, jak niesamowicie się pisarsko rozwinął, to język. Język wysmakowany, pełen świetnych porównań i niespodziewanych puent, doskonale komponujący się z nad podziw celnymi spostrzeżeniami autora. I nawet jeśli FUTU.RE rozkręca się powoli, jeśli przez pewne fragmenty trzeba przebrnąć, jeśli momentami dialogi brzmią trochę dziwacznie, wrażenie, jakie ta książka po sobie pozostawia, sprawia, że warto poświęcić jej ten czas, ten wysiłek. Bo momentami – i jest tych momentów niemało – FUTU.RE to jest literatura najwyższego sortu, science fiction, które swoją jakością miażdży znakomitą większość literatury głównego nurtu.

Brandon Sanderson, Studnia Wstąpienia – Akcja drugiego tomu trylogii Ostatnie Imperium rozpoczyna się wkrótce po tym, jak wyhamowała na koniec tomu pierwszego. Ostatni Imperator nie żyje, młody Elend Venture został osadzony na tronie i stara się zaprowadzić w kraju nowy ład, oparty na sprawiedliwości i równości, a jego ukochana, obdarzona niezwykłymi mocami Vin dba o jego bezpieczeństwo i próbuje dojść do porządku ze swoją tożsamością, swoją rolą, oraz możliwościami, jakie daje jej panowanie nad allomancją. Sielanka i spokój trwają krótko, bo prędko okazuje się, że w pogrążonym w chaosie Imperium nie brakuje chętnych do odebrania Elendowi tronu. Jakby tego było mało, złe moce, do tej pory trzymane na wodzy przez Ostatniego Imperatora, coraz śmielej sobie poczynają i uprzykrzają ludziom życie. Tak się ma zarys fabuły. A jak frajda z lektury. Cóż, Studnia Wstąpienia jest niestety książką nierówną. Z jednej strony Sanderson potrafi zaskoczyć ciekawymi zwrotami akcji, a sceny walki nie raz i nie dwa przyprawią czytelnika o wypieki na twarzy. Autor całkiem zręcznie bawi się napięciem i sprawia, że opowiadana przez niego historia nie nuży. Niestety są też i wady. Podobnie jak w tomie pierwszym, sporo jest tutaj scen zwyczajnie przegadanych, niepotrzebnie rozdymających całość, ale na to akurat spokojnie mógłbym jeszcze przymknąć oko. Dużo poważniejszym problemem jest manifestujący się raz po raz brak logiki i wewnętrznej spójności. Autor zależnie od potrzeb danej sceny swobodnie żongluje możliwościami i ograniczeniami allomancji oraz feruchemii, bardziej troszcząc się o filmową spektakularność niż o zgodność z informacjami przedstawionymi wcześniej. Ponadto Sanderson, choć wziął na swoje barki napisanie książki tak naprawdę mówiącej o oblężeniu miasta, nie pokusił się o porządny research, w związku z czym to jego oblężenie jest śmieszne, naiwne, momentami wręcz idiotyczne, a poczynania postaci powodują u choć troszkę bardziej rozgarniętego czytelnika regularne walenie dłonią we własne czoło. W efekcie za Studnię Wstąpienia można chwycić, owszem, szczególnie jeśli ktoś lubi klasyczne fantasy, ale lepiej zrobić to bez większych oczekiwań, otrzymujemy bowiem tekst przyzwoity, ale wybijający się ponad tę przyzwoitość bardzo sporadycznie.

Jakub Małecki, Dygot – Jakoś tak się poskładało, że na przestrzeni ostatnich miesięcy co się chwytałem za polską literaturę piękną, lądowałem na prowincji, w dodatku na prowincji wojennej, powojennej albo inaczej z wojną związanej. Tak było w przypadku Dracha Szczepana Twardocha, tak było w przypadku Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica Kuby Wojtaszczyka, tak też ma się sprawa z Dygotem Małeckiego. Osobiście uważam, że powieść Małeckiego wypada w tym gronie najlepiej. U Twardocha – mimo świetnej historii – drażniła mnie specyficzna maniera i ciągłe powtarzanie tych samych zwrotów, Wojtaszczyk natomiast rozczarował, bo choć językowo sprawny, pisał w gruncie rzeczy o niczym. Tymczasem w Dygocie wszystko się zgadza. Stylistycznie – bomba, czyta się błyskawicznie i z wielką przyjemnością wynikającą z obcowania z bogatą, nietuzinkową polszczyzną. Fabularnie też jest zacnie. Zlewająca się w pewnym momencie w jedno historia dwóch rodzin prowadzi nas od lat poprzedzających drugą wojnę światową aż po dwudziesty pierwszy wiek. Dzieje się sporo, ale jednocześnie bez przesady rodem z powieści awanturniczej, sprawność Małeckiego sprawia zresztą, że zdarzenia mało prawdopodobne łykamy bez zająknięcia, a te zupełnie zwyczajne nabierają mocy i potrafią podnieść człowiekowi ciśnienie. Kluczem zresztą jest tu chyba ładny balans pomiędzy zdarzeniami popychającymi fabułę do przodu a drobiazgami, które pomagają nam osadzić sobie akcję w kolejnych dekadach dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku – to, co robi Małecki kojarzy mi się z osiągnięciami Orbitowskiego ze Szczęśliwej Ziemi czy Innej Duszy; autor bardzo umiejętnie portretuje nie tylko bohaterów, ale chyba przede wszystkim czasy, w których każe im żyć. Dygot poziomu tekstów Orbitowskiego nie osiąga – jest od nich krótszy, bardziej powierzchowny, brakuje mu też ich specyficznego humoru – ale z całą pewnością zasługuje na uwagę i wart jest każdej spędzonej na lekturze minuty.

Dark – Niemiecka produkcja Netflixa przyciągnęła moją uwagę z dwóch względów. Pierwszym było rzekome podobieństwo do Stranger Things. Drugim – zachwyty licznych znajomych, na których guście zazwyczaj mogę spokojnie polegać. Nie zawiodłem się i  tym razem, okazało się bowiem, że Dark to serial bardzo dobry. Tę opowieść o kryjącym zaskakującą tajemnicę niemieckim miasteczku i splatających się ze sobą losach kilku mieszkających w nim rodzin ogląda się znakomicie, a to z paru powodów. Przede wszystkim na uznanie zasługuje klimat, posępny, ale jednak nie popadający w depresyjną monotonię, budowany bardzo starannie i umiejętnie, od zdjęć, przez muzykę, przez scenografię i wykorzystane lokacje, na elegancko pogmatwanym scenariuszu kończąc. Na medal spisują się aktorzy, reżyseria jest bez zarzutu, sam pomysł – jakkolwiek zupełnie nie innowacyjny – też ograny został z odpowiednią dozą oryginalności i narracyjnego zmysłu. W rezultacie otrzymujemy dziesięć wciągających odcinków, w których śledzimy losy wyrazistych, nieobojętnych nam bohaterów. Czego chcieć więcej? Ja osobiście byłem tylko zawiedziony finałem – łudziłem się mianowicie, że na podobieństwo wspomnianego już Stranger Things większość wątków zostanie zamknięta wraz z końcem pierwszego sezonu, a producenci pozostawią sobie jedynie furtkę pod kontem ewentualnej kontynuacji. Tymczasem w chwili, gdy pojawiają się napisy końcowe, wiele towarzyszących nam pytań dalej pozostaje bez odpowiedzi. Nie jestem też pewien, czy podoba mi się kierunek, w jakim wydaje się zmierzać Dark – ale to będzie można ocenić tak naprawdę dopiero w konfrontacji z sezonem drugim, za który na pewno chwycę się, gdy tylko będzie on miał swoją premierę.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Polecanki, Różne i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Odkrycia stycznia

  1. Propsuję Futu.re i Małeckiego ❤ ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.