Odkrycia lutego

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu – Debiut, który z miejsca staje się totalnym bestsellerem nie jest w dzisiejszych czasach niczym szczególnie sensacyjnym, większość społeczeństwa wyrobiła sobie już bowiem zdanie  – cyniczne, owszem, ale równocześnie całkiem prawdziwe – że dobra akcja promocyjna wylansuje nawet szmirę. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedy pierwsze miejsce na listach sprzedaży oznacza tyle co nic, odrobiną zaufania obdarzyć można opinię twórcy uznanego i szanowanego. Na okładce debiutu Pauli Hawkins pt. Dziewczyna z pociągu możemy przeczytać słowa samego Stephena Kinga, który serwuje nam następującą rekomendację: „Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc.” Pochwała niczego sobie, przyznacie sami. A jak jest w rzeczywistości? Nieźle, choć po przeczytaniu całości trudno pozbyć się wrażenia, że słowa Kinga są mocno na wyrost i to jednak głównie kurtuazja, a nie rzeczowa ocena. Zacznijmy jednak od początku. Dziewczyna z pociągu to historia opowiadana przede wszystkim przez Rachel (choć narratorów jest w sumie trzech) – rozwódkę bez pracy, z problemami z alkoholem, żyjącą wspomnieniami sielskiej przeszłości. Poznajemy ją, gdy w te i nazad kursuje koleją podmiejską, starając się stwarzać pozory kobiety codziennie dojeżdżającej do Londynu do pracy. Jak nietrudno się domyśleć, pewnego dnia Rachel widzi z okna pociągu coś, czego widzieć nie powinna, a w konsekwencji całe jej życie zostaje wywrócone do góry nogami. Osoby choć trochę zaznajomione z mechaniką rządzącą dreszczowcami mogą z łatwością przewidzieć, co Dziewczyna z pociągu ma do zaoferowania. Sporo zwrotów akcji, prostą, rzeczową narrację, pozbawioną stylistycznych fajerwerków oraz solidną niespodziankę w finale. To wszystko, owszem, znajdziemy tutaj. Czym debiut Hawkins wyróżnia się na niekorzyść? Momentami jest potwornie przegadany: zdarzają się dość liczne fragmenty, że Rachel chodzi tu i tam, telefonuje, gada z różnymi ludźmi, ale absolutnie nic z tego nie wynika. Jej zachowanie też bywa tak nielogiczne, niezrozumiałe dla czytelnika, że skutecznie psuje przyjemność z lektury. Wreszcie sam punkt kulminacyjny jest jakiś dziwaczny, niepotrzebnie rozwleczony, momentami wręcz ocierający się o absurd – jakby autorka założyła sobie z góry pewne część składowe tej sceny, z których później nie potrafiła zrezygnować. Zgadza się, wygląda to nieciekawie. Trzeba jednak przyznać, że Dziewczyna z pociągu ma też swoje mocne strony. Zmagania Rachel z uzależnieniem oddane są może pozbawione przesadnie naturalistycznych szczegółów, ale jednak dość wiarygodnie i niezbyt naiwnie. Kilka zwrotów akcji robi autentyczne wrażenie, a rozwiązanie intrygi może nie wgniata w fotel, ale potrafi w satysfakcjonującym stopniu zaskoczyć. Na plus wypadają też różnice między narratorami – każdy z nich posiada własny, unikalny głos, sposób opowiadania, spod którego wyziera indywidualna mentalność, światopogląd, stan umysłu. Podobać się może też zakończenie – nie mamy tu do czynienia z pełnym błogości happy endem, lecz raczej z ulgą przetrąconą trochę smutkiem, trochę goryczą, troszkę może nawet obawą. W sumie więc otrzymujemy tekst nierówny, niepozbawiony wad, ale chyba jednak wart przeczytania (albo przesłuchania, jak w moim przypadku), o aktualnej i niebanalnej tematyce – nie arcydzieło, ale przyzwoity wytwór początkującego, może nawet obiecującego rzemieślnika.

Łukasz Orbitowski, Exodus – O ile do wczesnych książek Orbitowskiego mam trochę zastrzeżeń, o tyle jego Szczęśliwą ziemię i Inną duszę czytałem z wypiekami na twarzy i totalną podjarką neofity po raz pierwszy obcującego ze świętym tekstem. W tych dwóch książkach Orbitowski osiągnął jak dla mnie poziom mistrzowski, stawiający go w jednym szeregu z literackimi klasykami, odnalazł bowiem rzecz chyba najtrudniejszą i najbardziej ulotną, to jest balans między wysmakowanym językiem a wciągającą treścią, pękającą w szwach od emocji. Dlatego na Exodus czekałem z niecierpliwością i dlatego też z dużym niepokojem zabierałem się za tę powieść. Bo marzyłem o kolejnej uczcie, o kolejnej książce, w której się zakocham. Stało się tak? I tak, i nie, zaraz wyjaśnię dlaczego. Exodus zaczyna się fenomenalnie – oto widzimy głównego bohatera, który wyciąga wszystek forsę z bankowego konta, zaciera za sobą ślady, wsiada w pociąg i jedzie w cholerę. Wiemy, że przed czymś ucieka, wiemy, że spotkało go coś przerażającego, druzgoczącego. Orbitowski wciąga od pierwszego zdania, łapie czytelnika na haczyk i nie daje mu najmniejszych szans – po prostu trzeba czytać, nie można przestać. Widać na pierwszy rzut oka, że autor, choć obecnie postrzegany jako literat głównego nurtu, zjadł zęby na tekstach gatunkowych, wie, jak zadbać o odpowiednie ciśnienie krwi u odbiorcy. Książka spełnia obietnice wypisane na okładce – fabuła prowadzi nas przez Berlin, obóz uchodźców, Lublanę i grecką Salaminę. Każde z tych miejsc autor opisuje przeraźliwie plastycznie, do bólu wiarygodnie, pobudza wyobraźnię do tego stopnia, że mózg produkuje kompletne, wielowarstwowe, polisensoryczne wizje lokacji odwiedzanych przez głównego bohatera. Rewelacja. Bardzo dobrze wypadają również oszczędnie dawkowane retrospekcje, z jednej strony prowadzące ku wyjaśnieniu głównej zagadki, z drugiej zaś zgrabnie przeciwstawiające „zwyczajność” i „codzienność” dawnej egzystencji bohatera jego obecnej, mocno nietypowej sytuacji. Orbitowski zachwyca celnymi obserwacjami i przede wszystkim warsztatem: bogatym słownictwem, błyskotliwymi porównaniami, szeroko pojętym wyczuciem języka. Wreszcie autor pisze o takich rzeczach i w taki sposób, że raz gęba nam się śmieje, raz po plecach wędrują ciary, a raz w kącikach oczu lęgną się łzy. Byłoby wyśmienicie, gdybym mógł na tym poprzestać i nie psuć tego pochwalnego hymnu – ale nie mogę. Exodus ma też bowiem swoje wady: parę drobiazgów, na które można by przymknąć oko, ale też dwa większego kalibru. Najpoważniejszym problemem jest to, co ze swoim bohaterem robi Orbitowski w drugim fragmencie książki, rozgrywającym się w obozie przesiedleńczym, a mianowicie autor przedstawia nam nagle protagonistę jako człowieka odklejonego od rzeczywistości i przez to odklejenie nie tragicznego, ale zwyczajnie śmiesznego – osobiście miałem wrażenie powtórki z rozrywki ze Stu dni bez słońca Szostaka. Psuje to nastrój, wprowadza też czytelnika w lekką konfuzję, bo nie wiemy czy książka – do tej pory diablo klimatyczna i pełna silnych emocji – nie zamieni nam się za kilka stron w jakiś teatr absurdu czy inną komedyjkę. Drugim problemem jest rozwiązanie głównej tajemnicy, a mianowicie odpowiedź na pytanie, dlaczego i przed czym główny bohater ucieka. Wyjaśnienie, które serwuje Orbitowski, do mnie na przykład kompletnie nie trafia – więcej, nie pasuje mi do sylwetki bohatera, którą autor z takim pietyzmem kreuje na tych ponad czterystu stronach. Okej – możecie powiedzieć, że to tylko mój problem. I zgadzam się – to może być wyłącznie mój problem. Co nie zmienia faktu, że psuje radochę z lektury i tyle. Spieszę jednak zaznaczyć, że te niedociągnięcia są właśnie tym – niedociągnięciami. Exodus to bardzo dobra książka, rewelacyjnie napisana, ambitna, wciągająca i niegłupia, bo porusza zdumiewająco wiele ważnych tematów i to porusza je na serio, a nie tylko ślizga się po powierzchni. Dlatego zachęcam do lektury, zachęcam gorąco i bez wahania. Bo nawet przy pewnych brakach i wadach, to dalej jest jedna z najlepszych polskich książek, jakie czytałem na przestrzeni ostatnich lat, książka piękna, straszna i poruszająca.

Medusa, Medusa – Hard rock jest gatunkiem muzycznym, który okres szczytowej popularności dawno już ma za sobą i pełni teraz rolę niszy, produktu adresowanego do ściśle wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Niemniej jednak regularnie pojawiają się nie tylko nowe zespoły proponujące tego typu twórczość, ale z zaskakującą regularnością jesteśmy świadkami powstawania supergrup grających w takiej konwencji. Za przykład niech posłużą takie formacje jak Black Country Communion, The Winery Dogs czy Chickenfoot. Polscy muzycy najwyraźniej pozazdrościli kolegom z Zachodu, czego efektem jest Medusa – projekt, w który zaangażowali się tacy muzycy jak Bartosz „Bratek” Wójcik (solo, Revolucja), Jacek Krzaklewski (Perfect), Grzegorz „ornette” Stępień (Oddział Zamknięty), Mietek Jurecki (Budka Suflera) oraz Krzysztof Żurek (Revolucja), a za mikrofonem stanął Liam McMurray (ponoć współpracował z Ianem Paicem z Deep Purple, ale Internet skąpi informacji na ten temat). Na papierze wygląda to ciekawie, a jak w rzeczywistości? Nad podziw przyjemnie. Debiutancki krążek Medusy dobrze brzmi, muzycy grają znakomicie, wokalista ma charakterystyczną, niebanalną barwę, solidne umiejętności i czuje klimat. To ostatnie zresztą jest chyba tutaj kluczowe – fani klasycznego hard rocka od pierwszego dźwięku poczują się tutaj jak w domu, przy czym nie chodzi bynajmniej o to, że Medusa to plagiaty czy melodie wtórne, nie. To po prostu umiejętne czerpanie z tradycji gatunku i pełne swobody oraz polotu poruszanie się wewnątrz ram konwencji. Są momenty cięższe i bardziej progresywne (tytułowa „Medusa”), są riffy mogące kojarzyć się z dorobkiem UFO czy MSG („Dogs and Girls”) i takie, którym bliżej do Rushu („Get Out Of Here”), są fragmenty cudownie bujające („You Gotta Know”) oraz bardziej nastrojowe („Trouble”, „Think It All Over”), jest też ciężki blues, którego nie powstydziliby się chłopcy z TSA („Little Lady”). Wszystko zagrane szalenie sprawnie, z serduchem, zaśpiewane z feelingiem, werwą i całą paletą emocji. W rezultacie debiutanckiego krążka Medusy, na który składa się dziesięć utworów, słucha się bardzo miło i właściwie każdy fan rasowego hard rocka powinien być tym materiałem więcej niż usatysfakcjonowany. Aha – byłbym zapomniał. Jeśli lubicie podobne klimaty i będziecie mieli okazję wybrać się na koncert Medusy, skorzystajcie. To prawdziwi zawodowcy, którzy na żywo wypadają równie dobrze jak w studio, a przy okazji – takie przynajmniej odniosłem wrażenie będąc na ich wrocławskim gigu – ludzie sympatyczni, skromni, z dystansem do siebie i tego, co robią. Klasa!

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.