Odkrycia marca

Stephen King, Ręka mistrzaRęka mistrza opowiada historię Edgara Freemantle, odnoszącego sukcesy budowlańca, który po tragicznym wypadku musi ułożyć sobie życie na nowo – bez żony, która zażądała rozwodu, bez ręki i z mózgiem płatającym figle. Rozważający samobójstwo Edgar postanawia posłuchać porady lekarza i zmienia otoczenie, przenosi się na maleńką wysepkę u wybrzeża Florydy, gdzie oddaje się zapomnianej pasji, jaką jest rysowanie i malowanie. Nieoczekiwanie życie Edgara wydaje się na nowo nabierać pozorów sensu: mężczyzna zaprzyjaźnia się z sąsiadami, odzyskuje spokój, jego grafiki zyskują coraz większy poklask. Nietrudno jednak przewidzieć, że coś upiornego czai się za rogiem, pod osłoną mroku. Podobny zarys fabuły brzmi całkiem zachęcająco, przyznacie chyba sami, ale niestety Ręka mistrza nie do końca spełnia pokładane w niej oczekiwania i zaraz wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze, praktycznie całe zło w książce jest nadnaturalnej proweniencji i odseparowane od ludzkiego  pierwiastka. Przy okazji innych tekstów Kinga nie raz i nie dwa wspominałem o tym, że ten konkretny autor horrorów straszy w sposób bardzo specyficzny. Otóż rewelacyjnie radzi sobie z pokazywaniem okropieństw i demonów tkwiących w ludziach, z przerażającą sugestywnością potrafi opisać zło, jakie jeden człowiek jest gotów wyrządzić drugiemu. Takiego Kinga uwielbiam i taki wywołuje prawdziwe ciary na plecach. Niestety, kiedy do gry wkraczają ohydne monstra i zjawiska nadprzyrodzone, groza przeistacza się z horroru w fantastyczną przygodówkę. Tak to u mnie działa i nic na to nie poradzę, ojciec Bev Marsch zawsze będzie dla mnie wielokroć straszniejszy niż potwór przywdziewający maskę klowna Pennywise’a. Niestety rezultat jest taki, że Ręka mistrza jak dla mnie kompletnie się nie sprawdza jako horror. King gawędzi sobie przyjemnie, chętnie słuchamy historii, którą opowiada, przejmujemy się jako tako losem Edgara i jego bliskich, ale o prawdziwym strachu możemy zapomnieć. Poza tym może za dużo ostatnio czytałem Kinga, ale zaczęły mnie męczyć wykorzystywane przez niego postaci i relacje między nimi. Główny bohater napotyka na swojej drodze ludzi, którzy są na każde jego zawołanie, gotowi właściwie bez powodu pójść za nim w ogień i na dodatek „akurat” posiadają umiejętności, które w chwili próby okażą się nieocenione. Tak było w Mrocznej Wieży, tak było w trylogii o detektywie Hodgesie (patrz Holly i Jerome), ale w Ręce mistrza mamy już do czynienia z totalną przesadą: obrazami Edgara zachwycają się wszyscy, wszyscy kochają Edgara, każdy wyciąga do niego pomocną dłoń i życzliwie klepie go po pleckach. Nie ma tu żadnego konfliktu, żadnej ambiwalencji, żadnego „ale” nadającego całej sytuacji pozory realności. Dwaj kompani Edgara, Wireman i Jack, bez wahania ryzykują dla niego życie, a na dodatek pierwszy okazuje się znakomitym strzelcem a drugi brzuchomówcą (sic!). O relacji Edgara z jego żoną pozwolę sobie nie wspominać, bo… nie, po prostu pominę ten temat. Jak w takim razie prezentuje się całokształt Ręki mistrza? Umiarkowanie. Książka ma dobre momenty, ale niestety tylko momenty. Wystarczająco dużo, żeby nie rzucić jej w kąt w połowie lektury, ale na pewno nie dość, żeby mogła stanąć w jednym rzędzie z najlepszymi tekstami Kinga.

Jarosław Grzędowicz, Azyl – Zawiodłem się na Azylu, oj, zawiodłem. Grzędowicz to jeden z moich ulubieńców na polskim poletku fantastycznym, dlatego w nowym zbiorze opowiadań chciałem widzieć kolejny tomik na poziomie wcześniejszych – Wypychacza zwierząt albo najlepiej Księgi jesiennych demonów. Nawet kiedy okazało się, że zawartość Azylu to utwory już nie pierwszej świeżości (obejmują przede wszystkim najwcześniejszy etap działalności autora, od 1982 roku poczynając), dalej byłem pełen dobrych myśli – wszak na publikację jakiejś totalnej miernoty ani autor, ani wydawnictwo z pewnością nie daliby zgody. A jednak zawiodłem się. Bo Azyl może nie jest zły, ale dobry niestety też nieszczególnie. Owszem są tu opowiadania przyzwoite – do takich należy chociażby pierwszy opublikowany tekst Grzędowicza, „Azyl dla starych pilotów”, króciutki, ale napisany bardzo zgrabnie jak na szesnasto- czy siedemnastolatka, w dodatku z fajnym twistem. Przyzwoitych wrażeń mi osobiście dostarczyły również opowiadania „Ruleta”, „Enter i jesteś martwy” oraz „Dom na krawędzi światła”, bo i pomysł niezły, i wykonanie coraz bliższe tej sprawności językowej, którą Grzędowicz zachwycał chociażby w Panu Lodowego Ogrodu. Niestety sporo jest tu tekstów moim zdaniem mało udanych albo takich, które zwyczajnie za bardzo się postarzały. „Przespać piekło” to nieciekawa wariacja na oklepany temat, „Śmierć szczurołapa” przypomina poziomem produkowane taśmowo opowiadania dodawane do podręczników RPG, a „Twierdza Trzech Studni” to niestrawna próba popełnienia klasycznego fantasy, którą to próbę ratuje – a i to tylko nieznacznie – finałowy zwrot akcji. „Rozkaz kochać” trzyma poziom językowo, ale tytuł zdradza za dużo i psuje całą radość z lektury, od pierwszej sceny można z dość dużą dokładnością przewidzieć, jak potoczy się akcja. Wreszcie „Chwila przed deszczem” – znowu językowo bez zarzutu, ale treść… minęły niespełna trzy tygodnie, a ja praktycznie nic z tego opowiadania nie pamiętam, co chyba najlepiej oddaje wrażenie, jakie ten tekst na mnie zrobił. W ramach podsumowania pozwolę sobie powtórzyć: Azyl mnie zawiódł. Z taką przykładowo Księgą jesiennych demonów nie ma co w ogóle go porównywać, bo to jest inna liga literacka, zupełnie inny poziom autorskiej dojrzałości. W efekcie rozpatrywałbym Azyl w kategoriach ciekawostki, kuriozum dla absolutnych miłośników prozy Grzędowicza albo pasjonatów polskiej fantastyki z lat 80-tych i 90-tych. Innym osobom niestety tę antologię odradzam – zbyt wiele jest znakomitych książek, przy których czas można spędzić znacznie przyjemniej i owocniej.

Neil Gaiman, Mitologia nordycka – Neil Gaiman po raz pierwszy zwrócił moją uwagę, pisząc wspólnie z Pratchettem znakomity Dobry Omen. Potem awansował do grona moich absolutnych faworytów, gdy trafiłem na jego Amerykańskich Bogów. Miało to miejsce już kilkanaście ładnych lat temu i od tamtej pory z dziką frajdą poznaję kolejne wytwory wyobraźni Gaimana. Jest to bowiem pisarz, który – poza świetnie opanowanym warsztatem, wybitnym zmysłem narracyjnym i wyjątkowo mi odpowiadającym poczuciem humoru – zachwyca przede wszystkim właśnie pomysłami. Dlatego z pewnym zdziwieniem przyjąłem informację, że kolejnym literackim projektem Gaimana jest Mitologia nordycka, czyli było nie było opowiedzenie w nowy, uwspółcześniony sposób gotowych przecież historii,  w pełni uformowanych fabularnie. Uznałem jednak – a doniesienia na facebookowym froncie utwierdzały mnie w tym przeświadczeniu – że pisarz, będąc wielkim fanem skandynawskich mitów, postanowił stworzyć nie książkę, a Księgę, opasłe tomiszcze, w którym znajdzie się miejsce na każdy, bodaj najdrobniejszy strzęp folkloru północy. Dlatego znowu bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że Mitologia nordycka Gaimana to w gruncie rzeczy książeczka, którą można bezstresowo pochłonąć w jeden wieczór. Co więcej, okazało się, że zgromadzone w niej historie o Odynie, Thorze, Lokim w zdecydowanej większości poznałem już jako nastolatek w różnych ilustrowanych albumach dotyczących mitów – historie dla mnie zgoła nowe stanowiły w najlepszym razie czwartą część całości, a w tych już mi znanych bardzo niewiele znalazło się elementów w jakimkolwiek stopniu rozbudowujących, poszerzających obraz, który już wcześniej posiadałem. Czy w takim razie Mitologia nordycka jest literackim niewypałem? Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim jest to rzecz pięknie napisana, z charakterystycznymi dla Gaimana dialogami i rewelacyjnym poczuciem humoru. Dla osób, które mają bardzo powierzchowną wiedzę na temat nordyckich mitów to doskonałe źródło informacji przedstawionych w sposób niebywale zgrabny i wciągający. Natomiast dla osób bardziej obeznanych z tematem książka Gaimana nie jest żadną pozycją obowiązkową – ot, można sięgnąć i na pewno człowiek nie będzie się przy tej lekturze źle bawił, ale musu nie ma.

UFO, The Salentino Cuts – W większości przypadków nagrywanie płyty z coverami kojarzy mi się z zespołami wypalonymi, pozbawionymi pomysłu na świeżą muzykę, ewentualnie szukającymi łatwego zastrzyku gotówki. Tak też było w przypadku UFO – kapeli, którą kocham bardziej niż wszystkie inne (i o której znacznie obszerniej pisałem TUTAJ). Nie wiedziałem, po co gościom, którzy na scenie muzycznej są obecni z drobnymi przerwami od blisko 50 lat, płyta z utworami innych wykonawców – tym bardziej, że chłopaki z UFO nie próżnują i co 2-3 lata serwują fanom autorski materiał na cholernie wysokim poziomie. Teraz, po kilkukrotnym odsłuchaniu tej płyty, dalej nie posiadam odpowiedzi na to pytanie, wiem natomiast, co innego: a mianowicie, że The Salentino Cuts to fantastyczny krążek, którego słucha się z wielką przyjemnością. Wśród dwunastu zarejestrowanych coverów znaleźć można przedpotopowe starocie (kawałki Doorsów, Animalsów czy The Yardbirds) i klasykę hard rockowych lat 70-tych (Montrose, ZZ Top). Są tu wycieczki w stronę blues rocka (Robin Trower) i americany (Tom Petty, John Mellencamp) oraz kawałki, których po UFO chyba nikt by się nie spodziewał („River of Deceit” Mad Season czy „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa) – a każdy z tych numerów zagrany jest z polotem i ze smakiem, do tego zaśpiewany naprawdę wybornie – Phil Mogg mimo blisko siedemdziesiątki na karku prezentuje się w tych utworach fenomenalnie, bezbłędnie trafia w każdy dźwięk, śpiewa je bardzo swobodnie, a jednak świeżo i z przekonaniem, nic tu nie jest wymuszone i sztuczne. Cała płyta zresztą brzmi bardzo dobrze – w każdej partii słychać, że kapela ma radochę z grania tych numerów, z interpretowania ich na swój sposób. I może to jest właśnie odpowiedź na pytanie: po co ten krążek? Bo chłopcy z UFO zwyczajnie mogli i chcieli to zrobić. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo utworem wieńczącym płytę jest kompozycja Animalsów pt. „It’s My Life”, której refren leci mniej więcej tak: „It’s my life and I’ll do what I want, It’s my mind and I’ll think what I want”. Koniec końców to, że jest to płyta z coverami okazuje się mało ważne – najważniejsze, że jest to po prostu kawał diabelnie dobrego rocka.

Reklamy

Informacje o Marcin Rusnak

Wrocławianin, rocznik 1984. Miłośnik literatury fantastycznej, muzyki rockowej i dobrego kina. Pisarz, muzyk, tłumacz, nauczyciel angielskiego, mąż.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantastyka, Muzyka, Polecanki i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.