Odkrycia marca

Stephen King, Ręka mistrzaRęka mistrza opowiada historię Edgara Freemantle, odnoszącego sukcesy budowlańca, który po tragicznym wypadku musi ułożyć sobie życie na nowo – bez żony, która zażądała rozwodu, bez ręki i z mózgiem płatającym figle. Rozważający samobójstwo Edgar postanawia posłuchać porady lekarza i zmienia otoczenie, przenosi się na maleńką wysepkę u wybrzeża Florydy, gdzie oddaje się zapomnianej pasji, jaką jest rysowanie i malowanie. Nieoczekiwanie życie Edgara wydaje się na nowo nabierać pozorów sensu: mężczyzna zaprzyjaźnia się z sąsiadami, odzyskuje spokój, jego grafiki zyskują coraz większy poklask. Nietrudno jednak przewidzieć, że coś upiornego czai się za rogiem, pod osłoną mroku. Podobny zarys fabuły brzmi całkiem zachęcająco, przyznacie chyba sami, ale niestety Ręka mistrza nie do końca spełnia pokładane w niej oczekiwania i zaraz wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze, praktycznie całe zło w książce jest nadnaturalnej proweniencji i odseparowane od ludzkiego  pierwiastka. Przy okazji innych tekstów Kinga nie raz i nie dwa wspominałem o tym, że ten konkretny autor horrorów straszy w sposób bardzo specyficzny. Otóż rewelacyjnie radzi sobie z pokazywaniem okropieństw i demonów tkwiących w ludziach, z przerażającą sugestywnością potrafi opisać zło, jakie jeden człowiek jest gotów wyrządzić drugiemu. Takiego Kinga uwielbiam i taki wywołuje prawdziwe ciary na plecach. Niestety, kiedy do gry wkraczają ohydne monstra i zjawiska nadprzyrodzone, groza przeistacza się z horroru w fantastyczną przygodówkę. Tak to u mnie działa i nic na to nie poradzę, ojciec Bev Marsch zawsze będzie dla mnie wielokroć straszniejszy niż potwór przywdziewający maskę klowna Pennywise’a. Niestety rezultat jest taki, że Ręka mistrza jak dla mnie kompletnie się nie sprawdza jako horror. King gawędzi sobie przyjemnie, chętnie słuchamy historii, którą opowiada, przejmujemy się jako tako losem Edgara i jego bliskich, ale o prawdziwym strachu możemy zapomnieć. Poza tym może za dużo ostatnio czytałem Kinga, ale zaczęły mnie męczyć wykorzystywane przez niego postaci i relacje między nimi. Główny bohater napotyka na swojej drodze ludzi, którzy są na każde jego zawołanie, gotowi właściwie bez powodu pójść za nim w ogień i na dodatek „akurat” posiadają umiejętności, które w chwili próby okażą się nieocenione. Tak było w Mrocznej Wieży, tak było w trylogii o detektywie Hodgesie (patrz Holly i Jerome), ale w Ręce mistrza mamy już do czynienia z totalną przesadą: obrazami Edgara zachwycają się wszyscy, wszyscy kochają Edgara, każdy wyciąga do niego pomocną dłoń i życzliwie klepie go po pleckach. Nie ma tu żadnego konfliktu, żadnej ambiwalencji, żadnego „ale” nadającego całej sytuacji pozory realności. Dwaj kompani Edgara, Wireman i Jack, bez wahania ryzykują dla niego życie, a na dodatek pierwszy okazuje się znakomitym strzelcem a drugi brzuchomówcą (sic!). O relacji Edgara z jego żoną pozwolę sobie nie wspominać, bo… nie, po prostu pominę ten temat. Jak w takim razie prezentuje się całokształt Ręki mistrza? Umiarkowanie. Książka ma dobre momenty, ale niestety tylko momenty. Wystarczająco dużo, żeby nie rzucić jej w kąt w połowie lektury, ale na pewno nie dość, żeby mogła stanąć w jednym rzędzie z najlepszymi tekstami Kinga.

Jarosław Grzędowicz, Azyl – Zawiodłem się na Azylu, oj, zawiodłem. Grzędowicz to jeden z moich ulubieńców na polskim poletku fantastycznym, dlatego w nowym zbiorze opowiadań chciałem widzieć kolejny tomik na poziomie wcześniejszych – Wypychacza zwierząt albo najlepiej Księgi jesiennych demonów. Nawet kiedy okazało się, że zawartość Azylu to utwory już nie pierwszej świeżości (obejmują przede wszystkim najwcześniejszy etap działalności autora, od 1982 roku poczynając), dalej byłem pełen dobrych myśli – wszak na publikację jakiejś totalnej miernoty ani autor, ani wydawnictwo z pewnością nie daliby zgody. A jednak zawiodłem się. Bo Azyl może nie jest zły, ale dobry niestety też nieszczególnie. Owszem są tu opowiadania przyzwoite – do takich należy chociażby pierwszy opublikowany tekst Grzędowicza, „Azyl dla starych pilotów”, króciutki, ale napisany bardzo zgrabnie jak na szesnasto- czy siedemnastolatka, w dodatku z fajnym twistem. Przyzwoitych wrażeń mi osobiście dostarczyły również opowiadania „Ruleta”, „Enter i jesteś martwy” oraz „Dom na krawędzi światła”, bo i pomysł niezły, i wykonanie coraz bliższe tej sprawności językowej, którą Grzędowicz zachwycał chociażby w Panu Lodowego Ogrodu. Niestety sporo jest tu tekstów moim zdaniem mało udanych albo takich, które zwyczajnie za bardzo się postarzały. „Przespać piekło” to nieciekawa wariacja na oklepany temat, „Śmierć szczurołapa” przypomina poziomem produkowane taśmowo opowiadania dodawane do podręczników RPG, a „Twierdza Trzech Studni” to niestrawna próba popełnienia klasycznego fantasy, którą to próbę ratuje – a i to tylko nieznacznie – finałowy zwrot akcji. „Rozkaz kochać” trzyma poziom językowo, ale tytuł zdradza za dużo i psuje całą radość z lektury, od pierwszej sceny można z dość dużą dokładnością przewidzieć, jak potoczy się akcja. Wreszcie „Chwila przed deszczem” – znowu językowo bez zarzutu, ale treść… minęły niespełna trzy tygodnie, a ja praktycznie nic z tego opowiadania nie pamiętam, co chyba najlepiej oddaje wrażenie, jakie ten tekst na mnie zrobił. W ramach podsumowania pozwolę sobie powtórzyć: Azyl mnie zawiódł. Z taką przykładowo Księgą jesiennych demonów nie ma co w ogóle go porównywać, bo to jest inna liga literacka, zupełnie inny poziom autorskiej dojrzałości. W efekcie rozpatrywałbym Azyl w kategoriach ciekawostki, kuriozum dla absolutnych miłośników prozy Grzędowicza albo pasjonatów polskiej fantastyki z lat 80-tych i 90-tych. Innym osobom niestety tę antologię odradzam – zbyt wiele jest znakomitych książek, przy których czas można spędzić znacznie przyjemniej i owocniej.

Neil Gaiman, Mitologia nordycka – Neil Gaiman po raz pierwszy zwrócił moją uwagę, pisząc wspólnie z Pratchettem znakomity Dobry Omen. Potem awansował do grona moich absolutnych faworytów, gdy trafiłem na jego Amerykańskich Bogów. Miało to miejsce już kilkanaście ładnych lat temu i od tamtej pory z dziką frajdą poznaję kolejne wytwory wyobraźni Gaimana. Jest to bowiem pisarz, który – poza świetnie opanowanym warsztatem, wybitnym zmysłem narracyjnym i wyjątkowo mi odpowiadającym poczuciem humoru – zachwyca przede wszystkim właśnie pomysłami. Dlatego z pewnym zdziwieniem przyjąłem informację, że kolejnym literackim projektem Gaimana jest Mitologia nordycka, czyli było nie było opowiedzenie w nowy, uwspółcześniony sposób gotowych przecież historii,  w pełni uformowanych fabularnie. Uznałem jednak – a doniesienia na facebookowym froncie utwierdzały mnie w tym przeświadczeniu – że pisarz, będąc wielkim fanem skandynawskich mitów, postanowił stworzyć nie książkę, a Księgę, opasłe tomiszcze, w którym znajdzie się miejsce na każdy, bodaj najdrobniejszy strzęp folkloru północy. Dlatego znowu bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że Mitologia nordycka Gaimana to w gruncie rzeczy książeczka, którą można bezstresowo pochłonąć w jeden wieczór. Co więcej, okazało się, że zgromadzone w niej historie o Odynie, Thorze, Lokim w zdecydowanej większości poznałem już jako nastolatek w różnych ilustrowanych albumach dotyczących mitów – historie dla mnie zgoła nowe stanowiły w najlepszym razie czwartą część całości, a w tych już mi znanych bardzo niewiele znalazło się elementów w jakimkolwiek stopniu rozbudowujących, poszerzających obraz, który już wcześniej posiadałem. Czy w takim razie Mitologia nordycka jest literackim niewypałem? Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim jest to rzecz pięknie napisana, z charakterystycznymi dla Gaimana dialogami i rewelacyjnym poczuciem humoru. Dla osób, które mają bardzo powierzchowną wiedzę na temat nordyckich mitów to doskonałe źródło informacji przedstawionych w sposób niebywale zgrabny i wciągający. Natomiast dla osób bardziej obeznanych z tematem książka Gaimana nie jest żadną pozycją obowiązkową – ot, można sięgnąć i na pewno człowiek nie będzie się przy tej lekturze źle bawił, ale musu nie ma.

UFO, The Salentino Cuts – W większości przypadków nagrywanie płyty z coverami kojarzy mi się z zespołami wypalonymi, pozbawionymi pomysłu na świeżą muzykę, ewentualnie szukającymi łatwego zastrzyku gotówki. Tak też było w przypadku UFO – kapeli, którą kocham bardziej niż wszystkie inne (i o której znacznie obszerniej pisałem TUTAJ). Nie wiedziałem, po co gościom, którzy na scenie muzycznej są obecni z drobnymi przerwami od blisko 50 lat, płyta z utworami innych wykonawców – tym bardziej, że chłopaki z UFO nie próżnują i co 2-3 lata serwują fanom autorski materiał na cholernie wysokim poziomie. Teraz, po kilkukrotnym odsłuchaniu tej płyty, dalej nie posiadam odpowiedzi na to pytanie, wiem natomiast, co innego: a mianowicie, że The Salentino Cuts to fantastyczny krążek, którego słucha się z wielką przyjemnością. Wśród dwunastu zarejestrowanych coverów znaleźć można przedpotopowe starocie (kawałki Doorsów, Animalsów czy The Yardbirds) i klasykę hard rockowych lat 70-tych (Montrose, ZZ Top). Są tu wycieczki w stronę blues rocka (Robin Trower) i americany (Tom Petty, John Mellencamp) oraz kawałki, których po UFO chyba nikt by się nie spodziewał („River of Deceit” Mad Season czy „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa) – a każdy z tych numerów zagrany jest z polotem i ze smakiem, do tego zaśpiewany naprawdę wybornie – Phil Mogg mimo blisko siedemdziesiątki na karku prezentuje się w tych utworach fenomenalnie, bezbłędnie trafia w każdy dźwięk, śpiewa je bardzo swobodnie, a jednak świeżo i z przekonaniem, nic tu nie jest wymuszone i sztuczne. Cała płyta zresztą brzmi bardzo dobrze – w każdej partii słychać, że kapela ma radochę z grania tych numerów, z interpretowania ich na swój sposób. I może to jest właśnie odpowiedź na pytanie: po co ten krążek? Bo chłopcy z UFO zwyczajnie mogli i chcieli to zrobić. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo utworem wieńczącym płytę jest kompozycja Animalsów pt. „It’s My Life”, której refren leci mniej więcej tak: „It’s my life and I’ll do what I want, It’s my mind and I’ll think what I want”. Koniec końców to, że jest to płyta z coverami okazuje się mało ważne – najważniejsze, że jest to po prostu kawał diabelnie dobrego rocka.

Reklamy
Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia lutego

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu – Debiut, który z miejsca staje się totalnym bestsellerem nie jest w dzisiejszych czasach niczym szczególnie sensacyjnym, większość społeczeństwa wyrobiła sobie już bowiem zdanie  – cyniczne, owszem, ale równocześnie całkiem prawdziwe – że dobra akcja promocyjna wylansuje nawet szmirę. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedy pierwsze miejsce na listach sprzedaży oznacza tyle co nic, odrobiną zaufania obdarzyć można opinię twórcy uznanego i szanowanego. Na okładce debiutu Pauli Hawkins pt. Dziewczyna z pociągu możemy przeczytać słowa samego Stephena Kinga, który serwuje nam następującą rekomendację: „Znakomity thriller. Nie mogłem się oderwać przez całą noc.” Pochwała niczego sobie, przyznacie sami. A jak jest w rzeczywistości? Nieźle, choć po przeczytaniu całości trudno pozbyć się wrażenia, że słowa Kinga są mocno na wyrost i to jednak głównie kurtuazja, a nie rzeczowa ocena. Zacznijmy jednak od początku. Dziewczyna z pociągu to historia opowiadana przede wszystkim przez Rachel (choć narratorów jest w sumie trzech) – rozwódkę bez pracy, z problemami z alkoholem, żyjącą wspomnieniami sielskiej przeszłości. Poznajemy ją, gdy w te i nazad kursuje koleją podmiejską, starając się stwarzać pozory kobiety codziennie dojeżdżającej do Londynu do pracy. Jak nietrudno się domyśleć, pewnego dnia Rachel widzi z okna pociągu coś, czego widzieć nie powinna, a w konsekwencji całe jej życie zostaje wywrócone do góry nogami. Osoby choć trochę zaznajomione z mechaniką rządzącą dreszczowcami mogą z łatwością przewidzieć, co Dziewczyna z pociągu ma do zaoferowania. Sporo zwrotów akcji, prostą, rzeczową narrację, pozbawioną stylistycznych fajerwerków oraz solidną niespodziankę w finale. To wszystko, owszem, znajdziemy tutaj. Czym debiut Hawkins wyróżnia się na niekorzyść? Momentami jest potwornie przegadany: zdarzają się dość liczne fragmenty, że Rachel chodzi tu i tam, telefonuje, gada z różnymi ludźmi, ale absolutnie nic z tego nie wynika. Jej zachowanie też bywa tak nielogiczne, niezrozumiałe dla czytelnika, że skutecznie psuje przyjemność z lektury. Wreszcie sam punkt kulminacyjny jest jakiś dziwaczny, niepotrzebnie rozwleczony, momentami wręcz ocierający się o absurd – jakby autorka założyła sobie z góry pewne część składowe tej sceny, z których później nie potrafiła zrezygnować. Zgadza się, wygląda to nieciekawie. Trzeba jednak przyznać, że Dziewczyna z pociągu ma też swoje mocne strony. Zmagania Rachel z uzależnieniem oddane są może pozbawione przesadnie naturalistycznych szczegółów, ale jednak dość wiarygodnie i niezbyt naiwnie. Kilka zwrotów akcji robi autentyczne wrażenie, a rozwiązanie intrygi może nie wgniata w fotel, ale potrafi w satysfakcjonującym stopniu zaskoczyć. Na plus wypadają też różnice między narratorami – każdy z nich posiada własny, unikalny głos, sposób opowiadania, spod którego wyziera indywidualna mentalność, światopogląd, stan umysłu. Podobać się może też zakończenie – nie mamy tu do czynienia z pełnym błogości happy endem, lecz raczej z ulgą przetrąconą trochę smutkiem, trochę goryczą, troszkę może nawet obawą. W sumie więc otrzymujemy tekst nierówny, niepozbawiony wad, ale chyba jednak wart przeczytania (albo przesłuchania, jak w moim przypadku), o aktualnej i niebanalnej tematyce – nie arcydzieło, ale przyzwoity wytwór początkującego, może nawet obiecującego rzemieślnika.

Łukasz Orbitowski, Exodus – O ile do wczesnych książek Orbitowskiego mam trochę zastrzeżeń, o tyle jego Szczęśliwą ziemię i Inną duszę czytałem z wypiekami na twarzy i totalną podjarką neofity po raz pierwszy obcującego ze świętym tekstem. W tych dwóch książkach Orbitowski osiągnął jak dla mnie poziom mistrzowski, stawiający go w jednym szeregu z literackimi klasykami, odnalazł bowiem rzecz chyba najtrudniejszą i najbardziej ulotną, to jest balans między wysmakowanym językiem a wciągającą treścią, pękającą w szwach od emocji. Dlatego na Exodus czekałem z niecierpliwością i dlatego też z dużym niepokojem zabierałem się za tę powieść. Bo marzyłem o kolejnej uczcie, o kolejnej książce, w której się zakocham. Stało się tak? I tak, i nie, zaraz wyjaśnię dlaczego. Exodus zaczyna się fenomenalnie – oto widzimy głównego bohatera, który wyciąga wszystek forsę z bankowego konta, zaciera za sobą ślady, wsiada w pociąg i jedzie w cholerę. Wiemy, że przed czymś ucieka, wiemy, że spotkało go coś przerażającego, druzgoczącego. Orbitowski wciąga od pierwszego zdania, łapie czytelnika na haczyk i nie daje mu najmniejszych szans – po prostu trzeba czytać, nie można przestać. Widać na pierwszy rzut oka, że autor, choć obecnie postrzegany jako literat głównego nurtu, zjadł zęby na tekstach gatunkowych, wie, jak zadbać o odpowiednie ciśnienie krwi u odbiorcy. Książka spełnia obietnice wypisane na okładce – fabuła prowadzi nas przez Berlin, obóz uchodźców, Lublanę i grecką Salaminę. Każde z tych miejsc autor opisuje przeraźliwie plastycznie, do bólu wiarygodnie, pobudza wyobraźnię do tego stopnia, że mózg produkuje kompletne, wielowarstwowe, polisensoryczne wizje lokacji odwiedzanych przez głównego bohatera. Rewelacja. Bardzo dobrze wypadają również oszczędnie dawkowane retrospekcje, z jednej strony prowadzące ku wyjaśnieniu głównej zagadki, z drugiej zaś zgrabnie przeciwstawiające „zwyczajność” i „codzienność” dawnej egzystencji bohatera jego obecnej, mocno nietypowej sytuacji. Orbitowski zachwyca celnymi obserwacjami i przede wszystkim warsztatem: bogatym słownictwem, błyskotliwymi porównaniami, szeroko pojętym wyczuciem języka. Wreszcie autor pisze o takich rzeczach i w taki sposób, że raz gęba nam się śmieje, raz po plecach wędrują ciary, a raz w kącikach oczu lęgną się łzy. Byłoby wyśmienicie, gdybym mógł na tym poprzestać i nie psuć tego pochwalnego hymnu – ale nie mogę. Exodus ma też bowiem swoje wady: parę drobiazgów, na które można by przymknąć oko, ale też dwa większego kalibru. Najpoważniejszym problemem jest to, co ze swoim bohaterem robi Orbitowski w drugim fragmencie książki, rozgrywającym się w obozie przesiedleńczym, a mianowicie autor przedstawia nam nagle protagonistę jako człowieka odklejonego od rzeczywistości i przez to odklejenie nie tragicznego, ale zwyczajnie śmiesznego – osobiście miałem wrażenie powtórki z rozrywki ze Stu dni bez słońca Szostaka. Psuje to nastrój, wprowadza też czytelnika w lekką konfuzję, bo nie wiemy czy książka – do tej pory diablo klimatyczna i pełna silnych emocji – nie zamieni nam się za kilka stron w jakiś teatr absurdu czy inną komedyjkę. Drugim problemem jest rozwiązanie głównej tajemnicy, a mianowicie odpowiedź na pytanie, dlaczego i przed czym główny bohater ucieka. Wyjaśnienie, które serwuje Orbitowski, do mnie na przykład kompletnie nie trafia – więcej, nie pasuje mi do sylwetki bohatera, którą autor z takim pietyzmem kreuje na tych ponad czterystu stronach. Okej – możecie powiedzieć, że to tylko mój problem. I zgadzam się – to może być wyłącznie mój problem. Co nie zmienia faktu, że psuje radochę z lektury i tyle. Spieszę jednak zaznaczyć, że te niedociągnięcia są właśnie tym – niedociągnięciami. Exodus to bardzo dobra książka, rewelacyjnie napisana, ambitna, wciągająca i niegłupia, bo porusza zdumiewająco wiele ważnych tematów i to porusza je na serio, a nie tylko ślizga się po powierzchni. Dlatego zachęcam do lektury, zachęcam gorąco i bez wahania. Bo nawet przy pewnych brakach i wadach, to dalej jest jedna z najlepszych polskich książek, jakie czytałem na przestrzeni ostatnich lat, książka piękna, straszna i poruszająca.

Medusa, Medusa – Hard rock jest gatunkiem muzycznym, który okres szczytowej popularności dawno już ma za sobą i pełni teraz rolę niszy, produktu adresowanego do ściśle wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Niemniej jednak regularnie pojawiają się nie tylko nowe zespoły proponujące tego typu twórczość, ale z zaskakującą regularnością jesteśmy świadkami powstawania supergrup grających w takiej konwencji. Za przykład niech posłużą takie formacje jak Black Country Communion, The Winery Dogs czy Chickenfoot. Polscy muzycy najwyraźniej pozazdrościli kolegom z Zachodu, czego efektem jest Medusa – projekt, w który zaangażowali się tacy muzycy jak Bartosz „Bratek” Wójcik (solo, Revolucja), Jacek Krzaklewski (Perfect), Grzegorz „ornette” Stępień (Oddział Zamknięty), Mietek Jurecki (Budka Suflera) oraz Krzysztof Żurek (Revolucja), a za mikrofonem stanął Liam McMurray (ponoć współpracował z Ianem Paicem z Deep Purple, ale Internet skąpi informacji na ten temat). Na papierze wygląda to ciekawie, a jak w rzeczywistości? Nad podziw przyjemnie. Debiutancki krążek Medusy dobrze brzmi, muzycy grają znakomicie, wokalista ma charakterystyczną, niebanalną barwę, solidne umiejętności i czuje klimat. To ostatnie zresztą jest chyba tutaj kluczowe – fani klasycznego hard rocka od pierwszego dźwięku poczują się tutaj jak w domu, przy czym nie chodzi bynajmniej o to, że Medusa to plagiaty czy melodie wtórne, nie. To po prostu umiejętne czerpanie z tradycji gatunku i pełne swobody oraz polotu poruszanie się wewnątrz ram konwencji. Są momenty cięższe i bardziej progresywne (tytułowa „Medusa”), są riffy mogące kojarzyć się z dorobkiem UFO czy MSG („Dogs and Girls”) i takie, którym bliżej do Rushu („Get Out Of Here”), są fragmenty cudownie bujające („You Gotta Know”) oraz bardziej nastrojowe („Trouble”, „Think It All Over”), jest też ciężki blues, którego nie powstydziliby się chłopcy z TSA („Little Lady”). Wszystko zagrane szalenie sprawnie, z serduchem, zaśpiewane z feelingiem, werwą i całą paletą emocji. W rezultacie debiutanckiego krążka Medusy, na który składa się dziesięć utworów, słucha się bardzo miło i właściwie każdy fan rasowego hard rocka powinien być tym materiałem więcej niż usatysfakcjonowany. Aha – byłbym zapomniał. Jeśli lubicie podobne klimaty i będziecie mieli okazję wybrać się na koncert Medusy, skorzystajcie. To prawdziwi zawodowcy, którzy na żywo wypadają równie dobrze jak w studio, a przy okazji – takie przynajmniej odniosłem wrażenie będąc na ich wrocławskim gigu – ludzie sympatyczni, skromni, z dystansem do siebie i tego, co robią. Klasa!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Fantazmaty – okładka i data premiery

Na 16-ego kwietnia 2018 zaplanowana została premiera pierwszego tomu odjazdowej antologii, zatytułowanej Fantazmaty, w której pojawi się między innymi również moje premierowe opowiadanie pt. „Śnienie”. Czym w ogóle są te całe Fantazmaty? Wyręczę się cytatem: „Fantazmaty to projekt non-profit, przygotowany w całości przez wolontariuszy, chcących przybliżyć czytelnikom polską fantastykę od jej najlepszej strony. Obok znanych i lubianych twórców, takich jak Agnieszka Hałas, Magdalena Kucenty, Paweł Majka czy Andrzej Sawicki, w antologii znalazły się także konkursowe prace piątki autorów, znajdujących się dopiero na początku literackiej drogi. Usiądź wygodnie i przygotuj się na niezapomnianą podróż po planach astralnych, równoległych światach, dalekich krajach i do… sąsiedniego miasta. Twoimi towarzyszami będą śmiech i wzruszenie, magia i nauka, realizm i fantazja. Przede wszystkim jednak czeka cię dobra zabawa.”

W skład antologii wejdą opowiadania:
„Babie lato” – Piotr Borlik
„Drakodoncja stosowana” – Kamila Dankowska
„Następna stacja: Katastrofa” – Piotr Gruchalski
„Zachwyt” – Wojciech Gunia
„Pod skórą” – Agnieszka Hałas
„Na podobieństwo” – Alicja Janusz
„Pan Kukiełka” – Dawid Kain
„Dwie głowy węża” – Magdalena Kucenty
„Gang Higiena” – Kazimierz Kyrcz Jr, Michał Walczak
„AJAS 22.9.5.12.11.9” – Jacek Łukawski
„Trupy” – Paweł Majka
„Wieczne życie” – Tomasz Przyłucki
„Na obraz i podobieństwo” – Krzysztof Rewiuk
„Dzień Walpurgii” – Ahsan Ridha Hassan
„Śnienie” – Marcin Rusnak
„Błędny rycerz” – Andrzej W. Sawicki
„Ego te absolvo” – Agnieszka Sudomir
„Księga Daat” – Anna Szumacher
„I moją głowę też” – Alicja Tempłowicz
„Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym” – Istvan Vizvary

Okładka antologii prezentuje się następująco:

Nie wiem, jak Wy, ale ja już się nie mogę doczekać 🙂

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Odkrycia stycznia

Dmitry Glukhovsky, FUTU.RE – Powiedzmy to sobie od razu: to nie jest książka autora Metra 2033. Zbieżność nazwisk jest zupełnie przypadkowa. To znaczy, musi być, nieważne, co piszą we wszystkich Wikipediach i tym podobnych. Ja w każdym razie nie wierzę, że te dwa tytuły mogła popełnić ta sama osoba. Okej, zdaję sobie sprawę z tego, że publikację Metra 2033 i FUTU.RE dzieli niebagatelne jedenaście lat, ale dalej wierzyć mi się nie chce, żeby ktoś mógł zrobić taki skok. Metro 2033 to młodzieżowa przygodówka, w fajnym settingu, oparta na niezłym pomyśle, przyznaję, ale w gruncie rzeczy mocno wtórna, bardzo naiwna, językowo totalnie przeciętna. Czytadełko. Tymczasem FUTU.RE to jest poziom klasyków gatunku – to książka, która może spokojnie stać w jednym szeregu z takimi prominentami literackiej dystopii jak 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego albo nawet Rok 1984 Orwella. Objawia się to na różne sposoby. Po pierwsze Glukhovsky bierze na warsztat bardzo poważny temat – oto ludzkość ogarnęła wreszcie pod względem medyczno-technologicznym kwestię nieśmiertelności i musimy jako gatunek zmierzyć się z problemem ekstremalnego przeludnienia i znajdujących się na skrajnym wyczerpaniu zasobów naszej planety. Po drugie autor obrabia ten temat niesłychanie sprawnie, jak stary wyga: historię poznajemy z perspektywy szeregowego funkcjonariusza Nieśmiertlenych, czegoś na kształt specjalnej policji wyłapującej ludzi, którzy wbrew nakazom prawa decydują się na posiadanie dzieci. Główny bohater punktuje pod względem literackim na paru płaszczyznach – ma nieszablonowy charakter, niemal namacalną przeszłość, jego rozdarcie i niezdarne próby nakarmienia pożerającej go od środka pustki pokazane są po prostu znakomicie. Jego ewolucja – bo przecież znamy ten model, kojarzymy go ze wspomnianego już Bradbury’ego czy chociażby z Equilibrium – opisana jest niebywale przekonująco, bez uproszczeń i skrótów, a książka jest tak cholernie długa właśnie po to, żeby wiarygodnie oddać zachodzące w bohaterze przemiany. Trzeci element, za sprawą którego Glukhovsky pokazuje jak bardzo dojrzał, jak niesamowicie się pisarsko rozwinął, to język. Język wysmakowany, pełen świetnych porównań i niespodziewanych puent, doskonale komponujący się z nad podziw celnymi spostrzeżeniami autora. I nawet jeśli FUTU.RE rozkręca się powoli, jeśli przez pewne fragmenty trzeba przebrnąć, jeśli momentami dialogi brzmią trochę dziwacznie, wrażenie, jakie ta książka po sobie pozostawia, sprawia, że warto poświęcić jej ten czas, ten wysiłek. Bo momentami – i jest tych momentów niemało – FUTU.RE to jest literatura najwyższego sortu, science fiction, które swoją jakością miażdży znakomitą większość literatury głównego nurtu.

Brandon Sanderson, Studnia Wstąpienia – Akcja drugiego tomu trylogii Ostatnie Imperium rozpoczyna się wkrótce po tym, jak wyhamowała na koniec tomu pierwszego. Ostatni Imperator nie żyje, młody Elend Venture został osadzony na tronie i stara się zaprowadzić w kraju nowy ład, oparty na sprawiedliwości i równości, a jego ukochana, obdarzona niezwykłymi mocami Vin dba o jego bezpieczeństwo i próbuje dojść do porządku ze swoją tożsamością, swoją rolą, oraz możliwościami, jakie daje jej panowanie nad allomancją. Sielanka i spokój trwają krótko, bo prędko okazuje się, że w pogrążonym w chaosie Imperium nie brakuje chętnych do odebrania Elendowi tronu. Jakby tego było mało, złe moce, do tej pory trzymane na wodzy przez Ostatniego Imperatora, coraz śmielej sobie poczynają i uprzykrzają ludziom życie. Tak się ma zarys fabuły. A jak frajda z lektury. Cóż, Studnia Wstąpienia jest niestety książką nierówną. Z jednej strony Sanderson potrafi zaskoczyć ciekawymi zwrotami akcji, a sceny walki nie raz i nie dwa przyprawią czytelnika o wypieki na twarzy. Autor całkiem zręcznie bawi się napięciem i sprawia, że opowiadana przez niego historia nie nuży. Niestety są też i wady. Podobnie jak w tomie pierwszym, sporo jest tutaj scen zwyczajnie przegadanych, niepotrzebnie rozdymających całość, ale na to akurat spokojnie mógłbym jeszcze przymknąć oko. Dużo poważniejszym problemem jest manifestujący się raz po raz brak logiki i wewnętrznej spójności. Autor zależnie od potrzeb danej sceny swobodnie żongluje możliwościami i ograniczeniami allomancji oraz feruchemii, bardziej troszcząc się o filmową spektakularność niż o zgodność z informacjami przedstawionymi wcześniej. Ponadto Sanderson, choć wziął na swoje barki napisanie książki tak naprawdę mówiącej o oblężeniu miasta, nie pokusił się o porządny research, w związku z czym to jego oblężenie jest śmieszne, naiwne, momentami wręcz idiotyczne, a poczynania postaci powodują u choć troszkę bardziej rozgarniętego czytelnika regularne walenie dłonią we własne czoło. W efekcie za Studnię Wstąpienia można chwycić, owszem, szczególnie jeśli ktoś lubi klasyczne fantasy, ale lepiej zrobić to bez większych oczekiwań, otrzymujemy bowiem tekst przyzwoity, ale wybijający się ponad tę przyzwoitość bardzo sporadycznie.

Jakub Małecki, Dygot – Jakoś tak się poskładało, że na przestrzeni ostatnich miesięcy co się chwytałem za polską literaturę piękną, lądowałem na prowincji, w dodatku na prowincji wojennej, powojennej albo inaczej z wojną związanej. Tak było w przypadku Dracha Szczepana Twardocha, tak było w przypadku Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica Kuby Wojtaszczyka, tak też ma się sprawa z Dygotem Małeckiego. Osobiście uważam, że powieść Małeckiego wypada w tym gronie najlepiej. U Twardocha – mimo świetnej historii – drażniła mnie specyficzna maniera i ciągłe powtarzanie tych samych zwrotów, Wojtaszczyk natomiast rozczarował, bo choć językowo sprawny, pisał w gruncie rzeczy o niczym. Tymczasem w Dygocie wszystko się zgadza. Stylistycznie – bomba, czyta się błyskawicznie i z wielką przyjemnością wynikającą z obcowania z bogatą, nietuzinkową polszczyzną. Fabularnie też jest zacnie. Zlewająca się w pewnym momencie w jedno historia dwóch rodzin prowadzi nas od lat poprzedzających drugą wojnę światową aż po dwudziesty pierwszy wiek. Dzieje się sporo, ale jednocześnie bez przesady rodem z powieści awanturniczej, sprawność Małeckiego sprawia zresztą, że zdarzenia mało prawdopodobne łykamy bez zająknięcia, a te zupełnie zwyczajne nabierają mocy i potrafią podnieść człowiekowi ciśnienie. Kluczem zresztą jest tu chyba ładny balans pomiędzy zdarzeniami popychającymi fabułę do przodu a drobiazgami, które pomagają nam osadzić sobie akcję w kolejnych dekadach dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku – to, co robi Małecki kojarzy mi się z osiągnięciami Orbitowskiego ze Szczęśliwej Ziemi czy Innej Duszy; autor bardzo umiejętnie portretuje nie tylko bohaterów, ale chyba przede wszystkim czasy, w których każe im żyć. Dygot poziomu tekstów Orbitowskiego nie osiąga – jest od nich krótszy, bardziej powierzchowny, brakuje mu też ich specyficznego humoru – ale z całą pewnością zasługuje na uwagę i wart jest każdej spędzonej na lekturze minuty.

Dark – Niemiecka produkcja Netflixa przyciągnęła moją uwagę z dwóch względów. Pierwszym było rzekome podobieństwo do Stranger Things. Drugim – zachwyty licznych znajomych, na których guście zazwyczaj mogę spokojnie polegać. Nie zawiodłem się i  tym razem, okazało się bowiem, że Dark to serial bardzo dobry. Tę opowieść o kryjącym zaskakującą tajemnicę niemieckim miasteczku i splatających się ze sobą losach kilku mieszkających w nim rodzin ogląda się znakomicie, a to z paru powodów. Przede wszystkim na uznanie zasługuje klimat, posępny, ale jednak nie popadający w depresyjną monotonię, budowany bardzo starannie i umiejętnie, od zdjęć, przez muzykę, przez scenografię i wykorzystane lokacje, na elegancko pogmatwanym scenariuszu kończąc. Na medal spisują się aktorzy, reżyseria jest bez zarzutu, sam pomysł – jakkolwiek zupełnie nie innowacyjny – też ograny został z odpowiednią dozą oryginalności i narracyjnego zmysłu. W rezultacie otrzymujemy dziesięć wciągających odcinków, w których śledzimy losy wyrazistych, nieobojętnych nam bohaterów. Czego chcieć więcej? Ja osobiście byłem tylko zawiedziony finałem – łudziłem się mianowicie, że na podobieństwo wspomnianego już Stranger Things większość wątków zostanie zamknięta wraz z końcem pierwszego sezonu, a producenci pozostawią sobie jedynie furtkę pod kontem ewentualnej kontynuacji. Tymczasem w chwili, gdy pojawiają się napisy końcowe, wiele towarzyszących nam pytań dalej pozostaje bez odpowiedzi. Nie jestem też pewien, czy podoba mi się kierunek, w jakim wydaje się zmierzać Dark – ale to będzie można ocenić tak naprawdę dopiero w konfrontacji z sezonem drugim, za który na pewno chwycę się, gdy tylko będzie on miał swoją premierę.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Sklepik z zabawkami – premiera

Dzisiaj ma swoją premierę zapowiadany przeze mnie już od pewnego czasu zbiór opowiadań pt. „Sklepik z zabawkami”. To dziewięć tekstów, które popełniłem od roku 2013 do 2017,  w sumie blisko trzysta stron szerokopojętej fantastyki. Książka została zresztą okraszona blurbem następującej treści:

To nie jest zwyczajny sklepik, nie znajdziesz w nim zabawek reklamowanych w telewizji. W jego ciemnym, dusznym wnętrzu podejrzane typy przemykają chyłkiem, rozmawiają przyciszonymi głosami, a na przypadkowych przybyszy spoglądają spode łba. Rozejrzyj się, skoro tak bardzo chcesz, ale zaufaj mi, nie znajdziesz tutaj gadającej lalki dla swojej siostrzenicy ani klocków Lego dla młodszego brata. Możesz za to trafić na mapę świata, gdzie między Rosją a Niemcami leży tylko placek ziemi niczyjej. Znajdziesz tu miecz pamiętający czasy Celtów i papierzyska gęsto zadrukowane runami na gnomich automatach, i sześciostrzałowy rewolwer, za pomocą którego zabito kiedyś Minotaura. Jest tu akustyczna gitara z łapą diabła odbitą na cienkim drewnie pudła, a także twardy dysk, w którym pomieszkuje wyjątkowo #cenzura# sztuczna inteligencja… Racja, to wcale nie są zabawki. Bo to właśnie taki sklepik – nie sprzedajemy w nim zabawek. My tu sprzedajemy opowieści.

„Sklepik z zabawkami” to dziewięć opowiadań w różnych konwencjach fantastyki – od dark fantasy po horror, od postapokalipsy po cyberpunk. To zarówno teksty publikowane wcześniej w prasie oraz antologiach, jaki i utwory premierowe, wszystkie jednak mają ten sam wspólny mianownik: autora. Autora, który czerpie garściami z popkultury, bawi się schematami i opowiada historie pełne niezwykłości, a wszystko to ku uciesze swojej i czytelników.

„Sklepik z zabawkami” pobrać można ze strony wydawcy, czyli RW2010.PL w dowolnym z trzech klasycznych ebookowych formatów: pdf, epub, mobi. Żeby przejść na podstronę książki, wystarczy kliknąć TUTAJ. Można tam również pobrać darmową wersję demonstracyjną, ot, kilkunatostronicową zajawkę – bezpośredni link podaję TUTAJ.

Przy okazji tej dość szczególnej dla mnie chwili, chciałbym szybciutko podziękować kilku osobom. Przede wszystkim ekipie RW2010.PL za fachową, profesjonalną współpracę przy książce, za entuzjazm i pasję, za gotowość włożenia czasu i energii w projekt o, powiedzmy sobie wprost, średnim potencjale komercyjnym. W dalszej kolejności chciałbym podziękować kolegom i koleżankom po piórze, którzy od czasu do czasu życzliwie kopią mnie w tyłek i mobilizują do działania. Dziekuję też rodzinie: rodzicom, którzy wspierają mnie od zawsze, żonie, która jakimś cudem toleruje wszystkie moje fanaberie i trzyma kciuki za moje kolejne projekty, synkowi, który po prostu jest i tym swoim byciem dzień po dniu przypomina mi, że prawdziwe życie jest tysiąc razy ważniejsze od fikcji.

Wreszcie dziękuję Wam – gdyby nie Wy, moje słowa trafiałyby w próżnię, a tekstów nikt by nie czytał. Dzięki, że jesteście. Dzięki, że mam dla kogo pisać.

Mam nadzieję, że przy „Sklepiku z zabawkami” będziecie się świetnie bawić. Ja w każdym razie nie żałuję ani jednej chwili spędzonej przy pisaniu opowiadań, które tam znajdziecie.

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sklepik z zabawkami – okładka

Premiera mojego ebookowego zbiorku „Sklepik z zabawkami” coraz bliżej – do chwili, gdy będzie się można zabrać za lekturę, zostały już właściwie pojedyncze dni. W związku z tą, wielce ekscytującą sytuacją, uchylania rąbka tajemnicy ciąg dalszy. A mianowicie: okładka. Jak się Wam podoba?

Przypominam, że więcej na temat zawartości „Sklepiku…” dowiedzieć się można z poprzedniego wpisu na niniejszym blogu – dla leniwych link TUTAJ.

Trzymajcie się ciepło, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sklepik z zabawkami – pierwsza zapowiedź

Z dumą, radością i nieprzyzwoicie dużą dozą ekscytacji donoszę, że wkrótce w sprzedaży objawi się e-bookowy zbiór opowiadań mojego autorstwa. Tomik ten, zatytułowany Sklepik z zabawkami, wydany zostanie przez oficynę RW2010 i, o ile mi wiadomo, będzie można go pobrać w wersji PDF, Epub oraz Mobi, w związku z czym elektroniczni czytacze wszelkich sortów i preferencji powinni być zadowoleni. Na jego zawartość składać się będą w większości opowiadania publikowane już wcześniej w prasie, antologiach czy Internecie, ale znajdzie się tam również jeden tekst totalnie premierowy. Spis treści przedstawiać się ma następująco:

  1. Sklepik z zabawkami (pierwsza publikacja w antologii Toystories, Wydawnictwo Morpho 2014)
  2. Wszystko dobre, co się dobrze kończy (oryginalnie w Nowej Fantastyce 08/2016)
  3. Póki śmierć nas nie rozłączy (oryginalnie na portalu Fahrenheit – tutaj wersja poprawiona)
  4. Podwójne życie (pierwotnie w antologii Ostatni Dzień Pary II)
  5. Krąg de Berville’a (pierwotnie w antologii Wolsung, Wydawnictwo Van Der Book 2015)
  6. Fort na wzgórzu (opublikowane w antologii Księga Wampirów, Studio Truso 2014)
  7. W labiryncie (oryginalnie w Fantastyce: Wydaniu Specjalnym 2/2015)
  8. Diabeł na rozstajach (premiera!)
  9. Zbudź się (opublikowane w antologii Zapomniane historie, RW 2010 2016)

Na dzisiaj to wszystko, więcej informacji niebawem.

Trzymajcie się ciepło!

Opublikowano Fantastyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz