Zbudź się

Istnieje jedno pytanie, którego pisarze szczególnie nie lubią: Skąd Pan/Pani bierze swoje pomysły? Powodów tej niechęci jest zapewne całkiem sporo, a dwa kluczowe i wysuwające się na plan pierwszy to zapewne takie, że a) pytanie to słyszy się najczęściej, b) odpowiedź można albo zawrzeć w kilku zdaniach i tak naprawdę nie powiedzieć nic, albo mówić pół godziny i wyjść w najlepszym razie na niegroźnego czubka.

222Wspominam o tym, ponieważ kilka dni temu premierę miała antologia szeroko pojętej grozy pt. „Zapomniane historie”. Dziesięć zgromadzonych tam tekstów to pokłosie konkursu literackiego, a znaleźć wśród nich można chociażby opowiadania Kornela Mikołajczyka oraz Maćka Kaźmierczaka, których rzeczy czytałem już nie raz i za ich jakość jestem gotów ręczyć w ciemno. Aha, no i mój tekst tam także znajdziecie. „Zbudź się” to – jak określił wydawca – horror psychologiczny. Żeby nie psuć Wam frajdy z czytania, nie zdradzę nic odnośnie fabuły. Powiem tylko tyle (w kontekście pierwszego akapitu i pytania o inspiracje), że w tym konkretnym przypadku lwią część pomysłu zaczerpnąłem po prostu z mojego codziennego życia. Z doświadczeń rodzica wkładającego sporo wysiłku i serca w wychowanie dziecka. I w przezwyciężanie różnych trudności – w tym własnych demonów. Może właśnie dlatego, ze względu na tak mocne zakotwiczenie tekstu w rzeczywistości, dotychczasowi czytelnicy tego opowiadanie reagowali tak wyraziście: ciarami na plecach, kluchą w gardle, nawet płaczem. Wreszcie, niejako na zachętę, proponuję poniższy fragmencik:

Jak ktoś kiedyś powiedział, człowieka zakochanego pozna się po tym, że nie może zasnąć – a zasnąć nie może, ponieważ jawa jest dla niego piękniejsza niż sen.

Byłem zakochany. I nie mogłem spać. Ale mojej codzienności nie nazwałbym piękną.

Wegetowałem pośród nocy, siedząc bez ruchu w fotelu, w pokoju spowitym w ciszę i mrok. W głowie miałem chaos. Wspomnienia obrazów, głosów i zapachów płynęły rwącym strumieniem, wirowały, kryły się, pojawiały się znowu i znowu, nigdy naprawdę nie ginąc. Czasem rozkapryszone, samowolne myśli przystawały, zmęczone ciągłą gonitwą, i wtedy popadałem w głupawe odrętwienie, żałosny substytut snu.

Z podobnej drzemki wyrwało mnie stukanie do drzwi. Myśli, dotychczas błogo splątane w ciasny kokon, rozpełzły się natychmiast we wszystkich kierunkach, niczym karaluchy uciekające przed światłem.

Wstałem z fotela i zerknąłem na zegar. Trzecia w nocy. Kto to mógł być o tej porze?

Nie mam pojęcia, czy to, co napisałem powyżej, zachęci Was, żeby dać tej antologii szansę. Łudzę się, że tak, bo jestem głęboko przekonany, że jeśli sięgniecie po te teksty, nie zawiedziecie się i doznacie całej masy niesamowitych literackich wrażeń. Zachęcam tym bardziej, że ten ebookowy zbiorek można pobrać ze strony wydawnictwa RW2010 (TUTAJ) za jedyne 9zł.

Pozdrawiam Was serdecznie, do przeczytania niebawem!

Opublikowano Różne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Jak pisać, czyli „Malowidło” Grzegorza Gajka

malowidloGdyby jakimś absurdalnym zrządzeniem losu przyszło mi kiedyś tworzyć podręcznik z poradami dotyczącymi pisania, zrobiłbym, co w mojej mocy, żeby do każdego egzemplarza dołączano Malowidło Grześka Gajka. Nie dlatego, że ta opowieść grozy to najlepsza książka, jaką kiedykolwiek czytałem – nie, nie jest nią bynajmniej. Nie dlatego też, że jest przykładem na to, jak napisać murowany bestseller; utwór Gajka na 99% statusu bestsellera się nie dochrapie (niestety). Zadbałbym o to, ponieważ na przykładzie Malowidła można pięknie wypunktować wszystko to, co przydatne albo wręcz niezbędne, aby zmajstrować wyśmienitą powieść gatunkową.

Na razie jednak nikt nie zlecił mi pisania poradnika dla domorosłych adeptów branży literackiej, dlatego wersję maksymalnie skróconą zaserwuję Wam tu i teraz, zupełnie za darmo, pełen dobrych chęci i otwarty na polemikę.

1. Rozwój

Istnieją prawdopodobnie w świecie geniusze, którzy pewnego dnia postanowili napisać książkę, następnie zaś popełnili rzeczoną bukwę, poszli do wydawcy, który przywitał ich, klaszcząc uszami z ukontentowania, a później już tylko odbijali butelki szampana, by świętować zarówno komercyjny, jak i krytyczny sukces swojego dzieła. Większość przeciętnych śmiertelników nie ma jednak tego szczęścia. Uczymy się powoli, na (miejmy nadzieję, cudzych raczej niż własnych) błędach, stopniowo poznajemy warsztat i charakter pracy, decydujemy się na pierwsze eksperymenty, a potem z zachwytem albo policzkami płonącymi ze wstydu obserwujemy efekty. Uczymy się sposobów prowadzenia narracji, konstruowania fabuły i bohaterów, rozmieszczania akcentów, budowania konfliktów. To wszystko trwa. Grzesiek Gajek popełnił całe mnóstwo opowiadań oraz dwie powieści, zanim zajął się Malowidłem. Ćwiczył się w układaniu słów w zdania i tworzeniu klimatu, tak jak muzyk godzinami ślęczy nad skalami i rozciąga niezdarne paluchy. Swoje znaczenie miała na pewno informacja zwrotna od czytelników, ale też praca z redaktorami i korektorami przy wspomnianych już opowiadaniach oraz wcześniejszych powieściach. Uwierzcie mi, żeby pisać dobrze, trzeba pisać. Jeśli macie do czynienia z zapierającym dech w piersiach debiutem, to najpewniej chodzi o a) geniusza (patrz początek akapitu), b) kogoś, kto zamiast publikować swoje wcześniejsze, mniej udane teksty, skrupulatnie kisił je w szufladzie, palił albo korzystał z nich w sytuacjach nagłego a krytycznego braku papieru toaletowego. Chcecie pisać dobrze – piszcie. Dużo. Tak jak Grzesiek.

2. Przygotowanie

Jak wyżej, prawdopodobnie istnieją geniusze, którzy czytając głównie powieści historyczne, postanowią nagle napisać kryminał, fantasy albo horror i wyjdzie im to przynajmniej dobrze. Większość nas, skromnych żuczków, musi jednak wcześniej zapoznać się z docelowym gatunkiem. Szczerze uważam, że ktoś mierzący w fantasy powinien przeczytać przynajmniej Tolkiena, Le Guin i kilkoro innych tuzów konwencji. Tak samo można wymagać od przyszłego twórcy grozy, żeby znał Lovecrafta, Poego, Kinga czy Koontza. Nie musi ich lubić – ale znać powinien. Po pierwsze, żeby orientować się w ramach konwencji i wiedzieć, czego czytelnicy w danego typu literatury mogą oczekiwać. Po drugie, żeby mieć świadomość, jakie motywy będą postrzegane jako świeże, a jakie jawić się będą wyświechtanymi i oklepanymi.

Gajek w Malowidle doskonale pokazuje, że klasyka grozy nie jest mu obca. Korzysta z klisz i schematów (wielki, zrujnowany dom; nawiedzony obraz; mężczyzna na życiowym zakręcie), ale w taki sposób, że nie mamy wrażenia „been there, done that, got the fucking T-shirt”. Czytelnicy nie otrzymują odgrzewanych kotletów, tylko umiejętną grę konwencją i tejże konwencji dobrodziejstwem, jej dziedzictwem, spuścizną. Wielu pisało o wprowadzaniu się do wielkich domów, ale Gajek robi to po swojemu. Jego tytułowe malowidło też jest jedyne w swoim rodzaju. Grzesiek nie kalkuje, nie podkrada – raczej przypomina artystę, który buduje coś nowego z produktów po recyklingu. Co więcej, robi to znakomicie, bo (patrz pierwszy powód, dla którego trzeba znać konwencję) na przykładach uznanych dzieł nauczył się konstruować powieść grozy tak, żeby wszystko w niej chodziło jak w szwajcarskim zegarku.

3. Język

Rzadko trafia się na nowy literacki utwór grozy, który ma szansę wywołać w nas podobne emocje, co kino. Wzgórza mają oczy, [Rec], The Babadook, 28 dni później, Let The Right  One In – to tylko niektóre z filmów, z którymi książki przegrywają w przedbiegach… o ile próbują grać na tych samych emocjach i korzystać z tych samych sztuczek. Ze względu na specyfikę medium, książki nie zrobią na nas nawet zbliżonego wrażenia za pomocą nagłych zwrotów akcji, imitacji jumpscare’ów, szerokopojętych wizualiów. Tak już jesteśmy stworzeni, że bardziej boimy się cienia, niż słowa „cień” zapisanego na kartce papieru. Książka, jeśli chce rywalizować z filmem, musi korzystać z innych, sobie właściwych tricków i sobie przypisanych walorów. A język jest tym narzędziem, który zmuszony jest zastąpić nam zdjęcia, grę aktorów, muzykę, montaż. Tak jak każdy reżyser ma swój styl, tak dobry autor ma swój język. Inaczej pisać będzie grozę Dawid Kain, inaczej zabierze się za nią Łukasz Orbitowski, a inaczej Jack Ketchum. Grzesiek Gajek w Malowidle decyduje się na literacko piękne, okrągłe zdania. Jego opisy są plastyczne i wysmakowane. Metafory udane, porównania zaś celne i niezbyt rozwlekłe. To język może ciut niedzisiejszy, czerpiący chyba więcej z tradycji powieści gotyckiej czy utworów Poego lub Grabińskiego niż bardziej współczesnych autorów pokroju Kinga, Barkera czy Mastertona… ale język doskonale pasujący do treści, opierającej się bardziej na tajemnicy i psychologii niż na wstrząsających scenach pełnych krwi i flaków. To kolejny przykład dojrzałości autora, który akuratnie dobrał styl narracji do przedstawianej treści, zapewniając czytelnikom smakowity posiłek nie tylko w warstwie fabularnej, ale też językowej.

4. Rozpoczęcie

Kluczem w przypadku grozy jest klimat. A kluczem do osiągnięcia klimatu w literaturze jest, jak mi się zdaje, spójność. Spójność języka, toku narracji, dynamiki, sposobu przedstawiania kolejnych wydarzeń oraz tempa wyjaśniania dręczących czytelnika niewiadomych. W przypadku horroru często mamy do czynienia z obfitym eksponowaniem początkowej sielanki, w którą stopniowo wkrada się element niepokoju. Zdarza się też tak, że od razu na początku dostajemy obuchem w łeb i przez pierwsze kilka rozdziałów próbujemy potem dojść do siebie. Grzesiek Gajek wybiera wyjście pośrednie, idealnie dostosowane do skromnych rozmiarów (zaledwie 250 stron) tej powieści. Obucha w łeb nie ma, ale już na pierwszej stronie zdobywamy najważniejsze informacje: że zagadkowy obraz, że stare domiszcze, że facet w żałobie. Gajek od razu wykłada sporo kart na stół, zupełnie jak w przypadku opowiadania, a nie powieści. Ale bardzo wiele w ten sposób zyskuje: czytelnik od pierwszej strony jest wciągnięty i zaangażowany w opowieść, nie ma wrażenia, że pisarz sprzedaje mu produkt wtórny i odtwórczy; zamiast tego błyskawicznie odczytuje archetypy i przechodzi nad nimi do porządku dziennego, a akcent z tego „co” się dzieje, natychmiast zostaje przesunięty na „jak” się dzieje.

5. Fabuła

Grzesiek Gajek nie znajduje się w piątce moich ulubionych autorów. Byliby wśród nich z pewnością Gaiman, Sapkowski, Pratchett, może jeszcze Grzędowicz albo Auster, albo King, albo jeszcze ktoś inny, kto nie przychodzi mi w tej chwili od razu do głowy… Różnic między nimi a Grześkiem Gajkiem jest sporo, ale ta chwilowo najistotniejsza jest następująca: coś zbliżonego do Malowidła sądzę, że byłbym w stanie napisać, obdarzony wystarczającą ilością czasu i przy wyjątkowo sprzyjającej koniunkcji planet. Drugich Amerykańskich Bogów – nie. Nie podołałbym swojemu odpowiednikowi Trylogii husyckiej albo Pana Lodowego Ogrodu. To żadna kokieteria, tylko świadomość własnych niedociągnięć i braków. Konstruując fabułę Malowidła Grzesiek nie porwał się z motyką na słońce, nie próbował ugryźć więcej, niż byłby w stanie strawić. Doskonale ocenił swoje siły i w efekcie, zamiast bubla wyhodowanego na pożywce z wygórowanych ambicji, zaserwował nam niesłychanie zgrabną powieść gatunkową. Fabularnie Malowidło raczej nie rzuci nikogo na kolana, nie zawładnie naszymi myślami na długie tygodnie, nie zostawi nas z szeroko otwartymi ustami i śliną cieknącą po brodzie. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile książek dostarcza podobnych emocji? Malowidło, choć pewnie nie zapisze się trwale w kanonie konwencji, bez wątpienia zapewni fanom grozy (i nie tylko!) kilka godzin doskonałej rozrywki. A to znacznie więcej, niż można powiedzieć o większości obecnie publikowanych książek. Dlatego, jeśli marzy się Wam napisanie drugiej Mrocznej Wieży, nie ma sprawy, powodzenia. Ale może zacznijcie od odpowiednika Carrie, ok?

6. Research

Kiedyś, gdy byłem głupszy (co nie ma bynajmniej sugerować, że teraz jestem jakoś szczególnie mądry), sądziłem, że w pisaniu liczą się dwie rzeczy: język i pomysł. Te dwa elementy to oczywiście fundamenty dobrego tekstu, ale z czasem zrozumiałem, że jest jeszcze trzeci filar, bez którego naprawdę wartościowa literatura ma nikłe szanse powstać. To szeroko pojęty research, czyli rozmaite badania i przygotowania niezbędne do wiarygodnego przelania danego konceptu na papier. Taki research może objawiać się na tysiąc różnych sposóbów, od czytania książek i oglądania filmów po zwyczajne rozmowy z ludźmi: research robił Sapkowski, czytając czeskie książki historyczne przed postawieniem pierwszego przecinka w Narrenturmie, ale research robiła też Rowling, przysłuchując się specyfice mowy rodem z West Country, żeby później obdarzyć Hagrida charakterystycznym akcentem. Gajek skrupulatnie odrobił swoje zadanie domowe: wiarygodnie omawia nie tylko tematy związane ze sztuką czy konserwacją obrazów, ale także rozmaite realia historyczne, odwiedzane przez bohatera miejsca czy rzeczy tak pozornie banalne jak specyfikę generalnego remontu. Co istotne, Grzesiek nie przegina i książka na szczęście nie zamienia się niespodziewanie w podręcznik DIY domorosłego renowatora antyków – autor udziela akurat tyle informacji, żeby czytelnik miał świadomość, że nie ślizga się po powierzchni i nie czyta bzdur, jednocześnie zaś na żadnym etapie wiedza nie spycha fabuły na plan dalszy. I tak właśnie powinno być.

7. Podsumowanie

Prawdopodobnie to wyborne miejsce, żeby skwitować wszystko jakąś błyskotliwą, niebywale śmieszną i celną puentą, która samoistnie wdrukuje się w szarą materię Waszych mózgów i odmieni Wasze życie, o spojrzeniu na literaturę i jej pisanie nie wspominając. Nic z tego. Nie będzie błyskotliwych puent. Tylko sugestia: jeśli macie na zbyciu kilka dych oraz chcecie poobcować z fajną, wartościową literaturą, Malowidło czeka. Kto wie, może jeśli się dobrze spiszecie, Grzesiek jednak doczeka się tego bestsellera? Ja w każdym razie serdecznie mu tego życzę i czekam z niecierpliwością na jego kolejne tytuły, bo rzemieślnikiem jest już bardzo zdolnym i nie wiadomo, czy za jakiś czas nie przepoczwarzy się przypadkiem w artystę z prawdziwego zdarzenia. Czego z kolei życzę tak sobie, jak i Wam 🙂

Pozdrawiam, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , | 3 komentarze

Teledysk

Dzisiaj wieści kompletnie nieliterackie, natomiast dla mnie bardzo ważne. Otóż kilka dni temu pojawił się w sieci teledysk do utworu „W żagle wiatr” zespołu Scarecow, w którym mam przyjemność grać. Obejrzeć go można choćby tutaj, do czego serdecznie zachęcam.

Kręcenie klipu do „W żagle wiatr” trwało trzy dni i okazało się fantastyczną przygodą. Za reżyserię i wszelkie technikalia odpowiadał nasz dobry portugalski znajomy Gonçalo Viana i jemu montowanie wszystkiego zajęło na pewno znacznie więcej czasu, mniej też przypominało fantastyczną przygodę, bardziej zaś mozolną harówkę. Tak czy owak efekt końcowy nas powalił i mam nadzieję, że Wam też przypadnie do gustu. A przynajmniej wywoła uśmiech na twarzy.

No to jeszcze raz: miłego oglądania i do przeczytania wkrótce!

Opublikowano Muzyka | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Słodka, nieznośna tęsknota

Mam doła. Nie jakąś tam podłą deprechę, nic z tych rzeczy. Po prostu przejmującą, dogłębną tęsknotę za czymś, co dobiegło końca. To diabelnie dziwne uczucie: potworne i wspaniałe równocześnie. Nie rozumiem go, nie pojmuję do końca mocy, jaką nade mną ma i ten brak zrozumienia w jakiś sposób szalenie mnie cieszy, bo cofa mnie do tych obłędnych lat młodości, kiedy serce niemal zawsze brało górę nad rozumem.

Pamiętam, że to uczucie kiedyś częściej mi towarzyszyło. Objawiało się podczas powrotu z wakacji pełnych wrażeń, przygód i nowych znajomości. Brało mnie w swoje łapska po odjazdowym koncercie albo bardzo udanym konwencie. A także – i w tych przypadkach było najpiękniejsze, najsilniejsze, najbardziej nieznośne – po wchłonięciu wyjątkowej, epickiej historii.

Tak było po przeczytaniu siedmioksięgu wiedźminowskiego. Po Harrym Potterze. Po Mrocznej Wieży Kinga i Kole Czasu Jordana. Ale też po kilku serialach, jak Battlestar Galactica czy Californication. Pamiętam to doskonale: ostatnią stronę opowieści, ostatni kadr, a później godziny błąkania się po domu, nieudolne próby zajęcia czymś myśli, niemożliwość znalezienia sobie miejsca. Tęsknotę i żal, że to już koniec. Poszczególne sceny odtwarzane w głowie raz po raz. Przywoływane w nieskończoność postaci bohaterów, zaskakująco podobne do wakacyjnych miłostek w tym, że – choć wiadomo, że trzeba – nie chce się wypuścić ich z rąk, pożegnać, porzucić.

Dawno się tak nie czułem. Potwornie dawno. Już mi się zdawało, że zmieniłem się, że zmieniła się moja wrażliwość i po prostu inaczej odbieram fikcję. Ale nie. Po prostu brakowało mi właściwej opowieści.

Teraz, po Stranger Things, to wszystko wróciło. Silne jak diabli. Może silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

111

Chyba najbardziej fascynujące jest to, że w gruncie rzeczy nie pojmuję, dlaczego akurat ten serial wywarł na mnie aż takie wrażenie. Bo przecież na pierwszy rzut oka to prosta historyjka z pogranicza grozy i fantastyki naukowej; jedna z tych, które w wyjątkowo dobry dzień mógłby popełnić Stephen King. Ba, to niemal klisza na kliszy: tajne rządowe laboratorium, porwany chłopiec i jego zrozpaczona matka, zapijaczony glina z przeszłością, potwór krążący po lasach, grupa nerdowatych chłopaków prowadzących własne śledztwo, dziecko obdarzone tajemnymi mocami. To wszystko już było, i to nie raz. A jednak nigdy wcześniej nie zagrało tak jak tutaj. Przynajmniej nie dla mnie.

Może prawdą jest to, że odbieramy teksty kultury przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń i Stranger Things po prostu trafia w czułe sentymenty z okresu mojego dzieciństwa. Wychowałem się w dużej mierze na amerykańskich filmach z lat 80-tych, a ten serial czerpie z nich nawet nie pełnymi garściami, ale pełnymi łyżkami przemysłowych koparek. Bo Stranger Things to wszystkie te rzeczy, które kręciły mnie i rajcowały, gdy byłem małym gnojkiem: poczynając od Goonies i reszty kina familijnego, przez rozmaite horrory oraz filmy sf, przez Lovecrafta i Tolkiena, na grach RPG i komiksach kończąc. Czyżby więc mój zachwyt był tylko wyrazem tęsknoty za minionym dzieciństwem?

222

Chyba nie tylko. Bo Stranger Things to, chyba już zupełnie obiektywnie, dzieło fenomenalne. Doskonale napisane, ze świetnie rozłożonym akcentami, dynamiką i znakomicie operujące nastrojem – bywa śmieszne, straszne, podniosłe, smutne, wzruszające i zwyczajnie piękne. Zachwycająco zagrane, zarówno jeśli chodzi o dziecięcych aktorów (Czad, czad i jeszcze raz czad! Jak te smyki są potwornie utalentowane!), jak i stare wygi (Jak ja okropnie długo czekałem – i z pewnością nie ja jeden – na równie dobry występ Winony Ryder! Nareszcie!). Opatrzone wyborną, klimatyczną muzyką, pięknymi zdjęciami, rewelacyjną scenografią. Tak kompletnie i wyśmienicie oddające klimat lat 80-tych. Przemyślane. Zrobione z polotem i wyczuciem. Ze smakiem.

Zatrzymuję się i czytam to, co napisałem powyżej. Niby wszystko się zgadza, ale tak naprawdę te słowa mógłbym z drobnymi zastrzeżeniami odnieść do dziesiątek filmów, seriali czy – pomijając specyficzne dla kinematografii technikalia – książek. A jednak od lat żaden inny tytuł nie poruszył mnie tak jak Stranger Things.

444

Dalej jestem tak samo zagubiony, jak byłem. I tak samo bezradny w obliczu tego cholernego doła.

Poddaję się, bo nic innego mi nie zostaje. Odtwarzam w pustej czaszce obejrzane sceny, wsłuchuję się w echo głosów Eleven, Mike’a czy Jonathana. Oglądam bzdurne filmiki na YT: wywiady z obsadą, urywki talk showów, nic nie mówiący trailer drugiego sezonu. Słucham ścieżki dźwiękowej. Czytam o Stranger Things na IMDB, Wikipedii, na dużych portalach i małych portalikach. Sztucznie przedłużam kontakt z tą historią, odsuwam w czasie moment, kiedy będę musiał się z nią pożegnać. To wszystko to tylko marniutkie substytuty, żałosna namiastka gigantycznej frajdy, jaką sprawiało mi oglądanie tego serialu. Ale nie jestem w stanie sobie tego odmówić. Jeszcze nie potrafię odpuścić. Jeszcze nie.

Snuję się po domu. Czas przecieka mi między palcami. Nie mogę się zmusić do pracy, nie mogę skupić się na czytanej książce.

Głowę wciąż mam pełną Stranger Things.

I nie mogę się zdecydować, czy chcę, żeby ten stan trwał, czy żeby już wreszcie minął.

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wywiad dla BeGoodArt.com

Ostatnio na łamach portalu BeGoodArt.com pojawiła się nie tylko bardzo przychylna recenzja moich Opowieści niesamowitych (dla chętnych – TUTAJ), ale również wywiad z moją skromną osobą. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, co sądzę o, między innymi, łączeniu pisania z grą w zespole, publikowaniu w sieci, vanity press, czy odwiecznym zatargu fantasy oraz sf, zapraszam do lektury. Cały wywiad dostępny jest TUTAJ.

Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło. I do zobaczenia już w ten weekend na Polconie!

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Różne | Otagowano , , , , , | 2 komentarze

Polcon 2016

Już wkrótce – a nawet bardzo wkrótce, bo w najbliższy weekend – we Wrocławiu wielkie święto fantastyki, a mianowicie Polcon 2016. Impreza długa (od czwartku do poniedziałku włącznie), obfitująca w moc atrakcji i kusząca chociażby okazją do spotkania z wybitnymi gośćmi (w tym roku to m.in. Peter V. Brett, Jack Ketchum, Edward Lee, Bogusław Polch czy Chris Achilleos). Zapowiada się rewelacyjnie i niżej podpisanego również tam nie zabraknie. Poza korytarzami, toaletami i innymi punktami tradycyjnych spotkań towarzyskich będzie można mnie zobaczyć i posłuchać na następujących punktach programu:

Polcon-2016

Piątek, 14:00, Sala 2 – Panel: Czy warto być pisarzem fantastyki? (wraz z Jarosławem Grzędowiczem, Witoldem Jabłońskim i Magdaleną Kucenty)

Piątek, 18:00, Sala 3 – Panel: Steampunk (wraz z Anną Kańtoch i Krzysztofem Piskorskim)

Niedziela, 10:00, Sala 8 – Panel: Młody fantastyczny Wrocław (wraz z Krzysztofem Haladynem)

Niedziela, 12:00, Sala 4 – Panel: Wampir w popkulturze – przeżytek, sztampa czy wciąż potencjał (wraz z Sylwią Błach, Michałem Stonawskim i Witoldem Jabłońskim)

Niedziela, 16:00, Sala 2 – Warsztaty pisania recenzji

Ponadto, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wraz z moim zespołem Scarecrow będziemy mieli zaszczyt i przyjemność wystąpić w Tawernie, czyli w oficjalnej polconowej knajpie w niedzielę około godziny 21:00. Zapraszamy serdecznie!

PS. Podane powyżej punkty programu oraz ich miejsce i czas wzięte są z roboczego harmonogramu i mogą w związku z tym ulec jeszcze drobnym zmianom. Szczególnie zainteresowanych zachęcam do śledzenia wszystkich informacji dotyczących Polconu na oficjalnej stronie internetowej konwentu, czyli TUTAJ.

 

Opublikowano Fantastyka, Muzyka, Różne | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Genialne kreacje?

Od dość dawna słyszę, że polski rynek wydawniczy ma się coraz gorzej. Nasz rodzimy światek literacki ma jakoby ciążyć ku degrengoladzie i rozpadowi, a pojedyncze pozytywne zjawiska są rzekomo tylko odstępstwami potwierdzającymi smutną regułę. Wydawnictwa padają albo zamykają serie wydawnicze. Czasopisma zdychają lub zawieszają działalność. Te, które wciąż jakoś egzystują, muszą liczyć się z topniejącą rzeszą czytelników. W ogóle mało kto czyta, publikują wyłącznie starzy wyjadacze, a marzący o debiucie raz, że nie mają gdzie puścić swoich książek (no chyba, że stać ich na kosztowny strzał w kolano, jakim jest vanity press), a dwa, że tak naprawdę nie potrafią pisać.

Czyli, nazywając rzecz fachowo, kaszana.

Logo-GC-kolorMoje własne doświadczenia częściowo pokrywają się z tą ponurą wizją przedstawioną powyżej. Ale tylko częściowo. Wciąż nie brakuje bowiem ciekawych inicjatyw, a jedną z takich – jak mi się zdaje – jest wydawnictwo Genius Creations. W jego ofercie znajdują się książki niemal wyłącznie debiutantów, co w obecnej sytuacji jest podejściem nie tyle nawet odważnym, co iście brawurowym. Oczywiście wrodzona złośliwość, a także stara dobra zawiść – tradycyjna nie tylko dla środowiska literackiego, ale dla Polaków w ogóle – podpowiadały, że najlepiej byłoby te debiuty wykpić, autorów wyszydzić, a wydawnictwo jak najpełniej zdyskredytować. Do czego zabrałem się ochoczo.

Moja skromna przygoda z książkami sygnowanymi przez Genius Creations rozpoczęła się od Cudów i Dziwów Mistrza Haxerlina Jacka Wróbla. Moje zdanie na temat tego tytułu znajdziecie TUTAJ, ale na potrzeby niniejszego wpisu wystarczy chyba powiedzieć, że książka okazała się nad podziw zacna i nawet gdybym nie znał się osobiście z Jackiem i zwyczajnie po ludzku go nie lubił, nie mógłbym jej specjalnie zjechać. Jeśli w przypadku panów Haxerlina i Wróbla, a także wydawnictwa GC mam o coś żal, to o to, że wciąż muszę czekać na zapowiadaną już od jakiegoś czasu kontynuację.

Redlum-Katarzyna-RupiewiczNa drugi ogień poszła świeżynka ze stajni GC, a mianowicie Redlum Katarzyny Rupiewicz. Zacząłem czytać i już po kilku stronach zacierałem rączki z niegodziwej uciechy. Opisy skromne albo niemal nieobecne, struktura oklepana, setting aż się prosi, żeby pojechać z nim bardziej po bandzie. Generalnie do bólu klasyczne fantasy o chłopaczku, który odkrywa w sobie niezwykłe moce – jedyną niespodzianką jest to, że ów chłopaczek dorasta w otoczeniu najrozmaitszych potworów, a szkoli się nie na rycerza, maga czy genialnego złodzieja, ale na karczmarza. Już byłem pewien, że Redlum posłuży mi do napisania na tym blogu notki zwięzłej, ale cudownie prześmiewczej, zjawiskowo jadowitej, uroczo gnojącej tak sam utwór, jak i jego autorkę (trochę zgryz, bo ją również zdarzyło mi się poznać i sprawiała wrażenie bardzo sympatycznej, ale co tam). A potem nagle spostrzegłem, że jestem na stronie dwieście którejś, przewracam kolejne kartki Redlum jak opętany i doskonale się bawię. Pomogło na pewno to, że jest lato i taka lekka lektura, nie wymagająca absolutnego skupienia, znakomicie pasuje do słońca i plaży… Ale to nie wszystko. Dużo zmieniają dialogi, zaskakująco zgrabne i obfite w miłe uchu (oku?) one-linery. Do gustu przypadły mi również rozmaite przemyślenia głównego bohatera i w ogóle sposób prowadzenia pierwszoosobowej narracji: nie przegadanej, ale jednak w jakiś sposób barwnej, doskonale spójnej z charakterem postaci. Poza tym jest w tej książce trochę smaczków, które sprawiają, że czyta się ją z przyjemnością – ale nie będę zdradzał więcej, żeby nie psuć Wam frajdy z ewentualnej lektury.

pokoj-swiatowNa koniec sięgnąłem po pierwszą książkę, którą GC zdecydowało się wydać – po zbierający laury i świetne recenzje Pokój światów Pawła Majki. Ten miszmasz Wojny światów, Życzenia śmierci oraz wszelkiej maści bajek, baśni i legend wydaje się hybrydą tak dziwaczną, że nie mogło z tego wyjść nic innego niż stuprocentowy kicz. A jednak, stało się inaczej. Majka wziął te części składowe, wsadził do blendera i zmajstrował koktajl, który spokojnie mógłby stanąć w jednym szeregu z książkami wchodzącymi w skład znakomitej Uczty Wyobraźni wydawnictwa Mag. Autor stworzył kompletną, koherentną wizję świata, która powala rozmachem i oryginalnością, ale to bynajmniej nie wszystko, bywały już bowiem książki z fenomenalnym pomysłem na świat, ale zarżnięte badziewną fabułą oraz bohaterami tak plastikowymi, jakby nosili na dupsku wytłoczony napis MADE IN CHINA. W przypadku Pokoju światów nic takiego nam nie grozi. Pojawiające się w książce postaci tworzą barwny i fascynujący kolektyw, fabuła pełna jest niebanalnych rozwiązań i ciekawych zwrotów akcji, narracja prowadzona umiejętnie, z polotem. Mimo poziomu skomplikowania świata przedstawionego, informacje o nim dozowane są stopniowo, z rozmysłem, tak by nie nudzić i nie zabić dynamiki opowieści. Dialogi u Majki to fragmenty szczególnie ciekawe: błyskotliwe, nastrojowe, zabawne, okraszone adekwatną dla postaci – ale nie przesadzoną – stylizacją. Do tego dochodzi erudycja autora, który wypakował swój tekst po brzegi rozmaitymi obliczami folkloru. Wszystko to sprawia, że Pokój światów jest jedną z najlepszych i najbardziej pomysłowych książek, jakie przeczytałem w ciągu ostatnich miesięcy. Taką jeszcze małą wisienką na torcie, rzeczą która szczególnie mi się spodobała, jest fakt, że Majka nie traktuje czytelników jak debili, którym trzeba wszystko jasno i klarownie wyłożyć – pewne rzeczy pozostawia w sferze domysłów i niedopowiedzeń, pozwala nam wyciągać własne wnioski i samodzielnie domyślać się, kim są niektóre z mitycznych lub baśniowych postaci napotykane przez bohaterów w obłędnym, ale i fascynującym świecie Kresu. Brawo, autorze!

Na koniec dodam, że pod względem wydania – okładki, skład tekstu, korekta – utwory te nie wypadają ani trochę słabiej, niż pozycje sygnowane przez wydawnictwa ze znacznie większym dorobkiem. Nie mam wątpliwości, że moja przygoda z książkami Genius Creations na tym się nie skończy. I choć wciąż liczę na znalezienie jakiegoś tytułu, który pozwoli, żeby się troszkę nad nim poznęcać i powyzłośliwiać, podejrzewam, że trafię tam przede wszystkim na pozycje dobre, oferujące uczciwą rozrywkę.

A Wy? Czytaliście coś wydanego przez GC? Coś godnego polecenia albo wręcz odwrotnie? Może na temat którejś z wymienionych przeze mnie książek macie podobne odczucia… A może zupełnie odmienne? Jeśli tak, piszcie śmiało.

Pozdrawiam ciepło i wakacyjnie, do rychłego przeczytania!

Opublikowano Fantastyka, Polecanki | Otagowano , , , , , , , , | 29 komentarzy